A jakim trzylatkiem byłeś Ty mądralo?

mądrości dziecko parenting porady wychowanie
Ostatnio z powodu braku samochodu i jednoczesnego mieszkania na (delikatnie mówiąc) zadupiu zmuszona jestem regularnie korzystać z usług tzw.: zbiorkomu. O ile w pojedynkę nie mam z tym większego problemu, ponieważ (zwłaszcza po odinstalowaniu fejsbuka na telefonie) zyskuję czas na czytanie książek/gazet o tyle podróż z rezolutną i charakterną 3 latką przypomina bardziej jazdę kolejką górską – nie  ma czasu na czytanie, za to są śmichy-chichy, wrzaski, płacze i radość, że mamy to już z głowy.

Jest jednak coś co podnosi mi ciśnienie bardziej niż zmęczona ZuO w komunikacji miejskiej. Są to wszyscy ludzie, którzy zapomnieli najwyraźniej jak zachowuje się dziecko w wieku 3 lat. Kilka najczęściej spotykanych zapominalskich to:

Kiwające głową z dezaprobatą bądź cmokające paszczą starsze panie
Nie są to bynajmniej sympatyczne staruszki, które samym uśmiechem potrafią rozładować sytuację. O nieee…. To ich totalne przeciwieństwo. Babsztyle, które ze zgorzkniałą miną jeszcze bardziej nakręcają zmęczone dziecko i będącą u granic swoich sił mamę tegoż dziecka.
Jeszcze żeby dzieć jakoś naprawdę rozrabiał.
Bardzo często cmokanie i machanie łbem jest reakcją na zupełnie normalne i nie przeszkadzające nikomu zachowania. Przykład: ruch kiwająco cmokający jednej starszej osobniczki tego dziwnego gatunku został wywołany przez Zo jedzącą muffinkę czekoladową. Wiadomo, w końcu każdy trzylatek je babeczki łyżeczką dbając przy tym o walory estetyczne spożywania jak również o czystość swego lica.

❌Idealne matki, idealnych dzieci. 
Ten rodzaj zapominalskich czy raczej niedowidzących (zachowań własnych dzieci) można spotkać wszędzie. Na spacerze, placu zabaw i w komunikacji miejskiej, chociaż jego naturalnym środowiskiem wydaje się być internet. Idealne matki nigdy nie krzyczą, bo nie mają powodów, nie puszczają dzieciom bajek, bo będą bezmózgami (dzieci, nie matki), w domach zawsze mają nieskazitelny porządek i twierdzą, że nie ma czegoś takiego jak high need baby.
Niestety, zwłaszcza z poprawą pogody, idealne matki opuszczają swoje leża i zaczynają dzielić się swoimi arcymądrościami z innymi rodzicami posiadającymi dzieci… ekhem normalne, czyli niewyidealizowane, bez instagramowych filtrów i innych polepszaczy. Ich znakiem rozpoznawczym jest komentowanie zachowań Twojego potomka w tonie: „A moje dziecko to nigdy/zawsze”, „ja nigdy mojemu dziecku nie pozwoliłabym na….” i na koniec „jak możesz pozwalać, żeby Twoje dziecko..." Skoro pozwalam to mogę, nie Twój zasrany interes. Jak mówi nowe ludowe porzekadło: co Twoje to Twoje, co a moje to moje, więc swoje kretyńskie uwagi zachowaj dla siebie.

❌Ludzie bezdzietni, wiedzący, że ich-dzieci-by-nigdy. 
Idealne matki i ojcowie swoich idealnych (bo nienarodzonych) dzieci. Takim ludziom wymądrzanie się przychodzi najłatwiej. W końcu co to za sztuka ocenić matkę, której dzieć leży na chodniku i drze się wniebogłosy? Wiadomo – nie radzi sobie, wychowanie bezstresowe i takie efekty... jak ja bym miała dziecko, to w życiu bym mu nie dała się tak terroryzować.
Też tak mówiłam.
I wiecie co? Karma bywa przewrotna, więc uważajcie co sobie myślicie, bo może to do Was wrócić ze zdwojoną siłą.

❌Cuda natury, które urodziły się dorosłe.
Wszyscy dorośli ludzie, dziwiący się, że 3 latek biega i niekoniecznie ma ochotę siedzieć w miejscu. Albo młodzież przedrzeźniająca płaczące dziecko. Ci wszyscy mądrzy pytający się czy to dziecko musi się tak wiercić.
Zapewne Wy w tym wieku byliście w stanie wysiedzieć 12h ciągiem, albo przynajmniej 2h z klęczeniem na grochu, ale wierzcie mi nie znaczy to, że takie zachowanie jest normą dla ciekawego świata 3 latka.

Dlatego też, ludziska trochę więcej wyrozumiałości. Ten 3 latek zdąży się jeszcze nasiedzieć w jednym miejscu. Przed nim szkoła, studia, potem pewnie praca - czy naprawdę chcecie go wcisnąć w ten siedzący kierat już teraz zaraz, tylko dlatego, ze temperament dziecka różni się od tego Waszego, poprawnego, nudnego, siedzącego na dupie temperamentu zmęczonego dorosłego? 

Myślę, że dopóki dziecko szanuje cudze granice możemy przymknąć oko na jego ruchliwość, powstrzymać się od chamskich uwag i gestów, a co za tym idzie nieco ułatwić życie mamie wiercipięty.
Myślę, że dopóki dziecko nieidealne, nie zagraża temu waszemu idealnemu, wyprzedzającemu program o pierdyliard klas to możecie się przymknąć i pozwolić jemu i jego rodzicom na ich własne standardy zabaw.

To jak? Jesteście w stanie przymknąć oko i przestać ujadać?
---------------------------------
Jeśli spodobał Ci się ten tekst i uznasz, że ktoś może na nim skorzystać - będzie mi bardzo miło jeśli prześlesz go dalej w świat klikając w jeden z udostępniaczy (pod polecanymi postami) 👇
Dziękuję 💐😘
Więcej... >

Czego (nie) życzyć na Święta?

życzenia święta boże narodzenia jak składać czego życzyć jak być oryginalnym
Już za kilka dni skończy się świąteczne szaleństwo. Wcześniej jednak przyjdzie nam się zmierzyć z większymi i mniejszymi spędami rodzinnymi. 
Mówiąc szczerze, na teksty stołowe i około przyjęciowe wyrobiłam sobie znieczulicę. Nic jednak nie mierzi mnie bardziej niż życzenia, które czasem powodują, że nie wiem czy śmiać się czy płakać czy może, dla odmiany, przybić komuś piątkę. W twarz. Talerzem z karpiem w galarecie. 
Oto kilka z nich:

Żeby Twoja dieta w końcu zaczęła działać.

Żebyś mniej pyskowała/miała do mnie więcej cierpliwości.

Żebyś w końcu się czegoś dorobił/osiągnął coś w życiu.

Żebyś się ustatkował.

Duuuuużo dzieci/drugiego dziecka/kolejnego dziecka (niepotrzebne skreślić)

Żeby ktoś Cię pokochał.

Z okazji świąt Bożego Narodzenia
Chciałbym Ci złożyć serdeczne życzenia...

To dopiero wierzchołek góry lodowej.
Przechodząc do meritum - jakich życzeń lepiej nie składać?

Po pierwsze takich, w których wyrażamy swoje własne oczekiwania wobec drugiej osoby np.: "żebyś był dla mnie milszy/ładniej się do mnie odnosił". W tych niby życzeniach serwujemy odbiorcy zarzut, a potem, bardzo często (o zgrozo) dziwimy się, że ktoś się bulwersuje.
Co więcej przerabiając własne chciejstwa na świąteczny ton pokazujemy, ni mniej ni więcej, co nas w danej osobie drażni, a idąc dalej, zamiast się świątecznie miłować bardzo nieświątecznie próbujemy się wzajemnie zmieniać, poprzez wbijanie szpil...
Brzydka prawda jest taka, że to nie są życzenia dla obdarowywanej osoby tylko dla składającego. Jeśli już czujesz, że musisz, "bo inaczej się udusisz" to spróbuj zamienić "życzę Ci" na "chciał/abym żebyśmy byli dla siebie milsi, bo zależy mi na Tobie/na naszej relacji/zacieśnianiu więzi". Prawda, że brzmi to o niebo lepiej?

Po drugie to, że sami posiadamy potomstwo (nie ważne czy jest to jedno dziecko czy pierdyliard) nie zakładajmy, że inni ludzie chcą żyć zgodnie z naszym modelem.
Nie wplatajmy w życzenia dobrych rad. To, że mamy poczucie, że jesteśmy najmądrzejsi pod słońcem nie znaczy, że inni się z tym zgadzają. To, że rozmnażanie to nasz cel numer jeden nie znaczy, że kuzynka uwielbiająca swoją pracę ten cel podziela.
Co więcej, to że myślimy, że ktoś powinien robić coś tak a nie inaczej, nie upoważnia nas do wyrażania swoich pseudo mądrości, nawet w imię dobrych chęci, którymi wiadomo co jest wybrukowane. Czas i miejsce na dobre rady jest jedno - kiedy ktoś nas o nie poprosi albo potwierdzi, że chce ich słuchać. 

Po trzecie darujmy sobie te cholerne rymy częstochowskie. Nie masz czasu spotkać się? Zadzwonić? Albo napisać osobistego maila? To serio daruj sobie życzenia, zwłaszcza te smsowe, rymowane, wysyłane hurtowo do całej książki adresowej.

Wreszcie, po czwarte, nie szalejmy z wymuszoną oryginalnością, zwłaszcza jeśli składamy życzenia kuzynostwu czy ciotce, którą widzimy raz na rok albo i rzadziej. Nie dajmy się również zwariować na imprezach takich jak firmowa wigilia. Naprawdę czasem zamiast oryginalności i niechcianej gafy lepsze jest sztampowe "zdrowia, szczęścia i pomyślności" - tego chcą wszyscy niezależnie od wieku, stopnia pokrewieństwa czy zajmowanego stanowiska.

Jeśli jednak mimo wszystko nie chcemy iść na łatwiznę zawsze możemy się zapytać, po prostu, po ludzku (jak zwierzęta w wigilijną noc): "Czego Ci życzyć?" "Czego Ci trzeba?" - to proste pytanie jest gwarantem uniknięcia gafy i trafienia w sedno naszymi życzeniami:)

PS Dodatek specjalny - powrót do przeszłości, czyli czego sobie życzy mama rocznego dziecka:)
---------------------------------
Jeśli spodobał Ci się ten tekst i uznasz, że ktoś może na nim skorzystać - będzie mi bardzo miło jeśli prześlesz go dalej w świat klikając w jeden z udostępniaczy (pod polecanymi postami) 👇 
🎄Dziękuję 🎄🎁 😘
Więcej... >

Ratujmy się

pomagajmy sobie ludzie ludziom pomoc trudne sytuacje
Bardzo często czytam teksty o tym jak to ludzie nieznajomi wpieprzają się bez pardonu w życie i wychowanie nieswoich dzieci. Jak bardzo bez taktu i jakiegokolwiek przemyślenia czy empatii dzielą się swoją pseudo mądrością z rodzicami, którzy wcale nie chcą ich słuchać.
Chciałabym, ku pokrzepieniu serc, opowiedzieć Wam o drugiej stronie medalu. Tej fajnej, empatycznej, pomocnej.

Środa, godziny popołudniowego szczytu. Autobus zapchany do granic możliwości.
Wsiada kobieta z wózkiem i około rocznym dzieciakiem. Samo jej pojawienie się uruchomiło salwy westchnień i sporo spojrzeń z pretensją w tle. Jakby sama jej obecność nie była wystarczająco nie na miejscu to jeszcze bezczelna śmiała poprosić o udostępnienie miejsca przeznaczonego na wózki. Potem zrobiło się jeszcze gorzej, bo dziecko zaczęło marudzić. Najpierw trochę nieśmiało, a potem w ten najbardziej irytujący sposób charakteryzujący się nieartykułowanym piskiem.
Zmęczona, z bólem głowy, usiłowałam skupić się na czytaniu książki. Nie dało się, więc włączyło mi się klasyczne myślenie w stylu: „no tak, godziny szczytu, to już nie miała kiedy się wpakować do autobusu…” Kiedy złapałam się na tej myśli, wymierzyłam sobie mentalnego kuksańca (mówiąc delikatnie). 
Jak ja, notabene też matka, mogę w taki bezmyślnie krytyczny sposób, myśleć o innej, nieznajomej mi kobiecie również matce? Zaczęłam sobie przypominać ileż razy Zo dawała czadu tak, że wszystkie słyszące ją istoty miały ochotę nas obie posłać w cholerę? Ile razy byłam świadkiem niewybrednych komentarzy w stylu „proszę coś zrobić ze swoim dzieckiem, niech przestanie tak się drzeć”?
Mały wrzaskun nie dawał za wygraną, a jego mama była coraz bardziej zmęczona i poirytowana. Zaciśnięte zęby, napięte mięśnie, cedzone przez zęby prośby o spokój. Ile razy byłam dokładnie w tym samym stanie? Nigdy tego nie robię, ale po raz pierwszy postanowiłam spróbować rozbić tą negatywną spiralę, która zaczynała się tworzyć. Widać to było również po pasażerach i dziecku. Spojrzałam na mamę małej marudki, uśmiechnęłam się i najspokojniej jak umiałam powiedziałam, pierwsze co mi przyszło do głowy: „Też to przerabiałam”. Głupie prawda? 
Dziewczyna w pierwszej chwili była zdziwiona ale potem to napięcie widoczne w jej postawie odpuściło, odwzajemniła mój uśmiech i zaczęłyśmy gawędzić. O wszystkim i o niczym. Zagadałam również dziecia "cześć, jak się czujesz?". Dziewczynka nie odpowiedziała rzecz jasna ale do końca podróży była spokojniejsza. Wszyscy odetchnęli z ulgą:)

Wtorek, południe. Osiedlowy plac zabaw.
Zosia szaleje na wszystkich huśtawkach po kolei. Kiedy przychodzi czas zakończenia zabawy, mimo wcześniejszego uprzedzania Zo, standardowo dochodzi do sceny histerii w wykonaniu mej pierworodnej. Od wrzasku, przez płacz, machanie rączkami, próby kopania, przez wielki finał w postaci rzucenia się na chodnik i kontynuowania popisów wokalnych. 
Stoję nad nią i czekam co i raz powtarzając, że jestem tutaj, że czekam aż się uspokoi, że mogę ją przytulić jeśli chce itp. Z boku wygląda to tak, że dzieć drze się wniebogłosy, tarza się po ziemi, a nad nim stoi bezradna matka.
Najpierw wtrąciła się jedna bezczelna baba, która Zosię przestraszyła, a mnie poirytowała bardziej niż wcześniejsza zośkowa akcja protestacyjna (o tym kiedy indziej). Kiedy życzliwy inaczej babsztyl się oddalił Zo kontynuowała swoją histerię, ale już przytulona do mnie. Zaciskam zęby, napinam wszystkie mięśnie ciała, czuję, że zaraz wybuchnę, że nie ogarniam… I nagle pojawia się ona. Starsza pani, podchodzi do mnie, kiwa głową i uśmiecha się przyjaźnie, ze zrozumieniem. Tym drobnym, jakże nieinwazyjnym gestem, rozbroiła moją wewnętrzną bombę zegarową. Zosia chwilę później się uspokoiła i razem, trzymając się za ręce, wróciłyśmy do domu.

Jaki z tego morał?
Nie bójmy się reagować. 
Nasza życzliwa(!) reakcja może komuś pomóc w przerwaniu łańcucha negatywnych emocji. Nie musimy od razu zagadywać, czy wchodzić w dyskusję, czasem wystarczy taki drobiazg jak uśmiech i życzliwe spojrzenie, żeby drugi człowiek, który jest na skraju odzyskał rezon i siły.
Nie oceniajmy, nie kategoryzujmy, po prostu zobaczmy człowieka w człowieku i uśmiechnijmy się do niego. To mały gest, a ma ogromną moc.

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i uznasz, że ktoś może na nim skorzystać - będzie mi bardzo miło jeśli prześlesz go dalej w świat klikając w jeden z udostępniaczy (pod polecanymi postami) 👇
Dziękuję 💐😘
Więcej... >

Jasna strona Internetu

kobieta w internecie, relacje, internet, dobra strona internetu, strony dla kobiet
O beznadziejnej stronie internetu można pisać bez końca. 
Każdy kto bywa w wirtualnej rzeczywistości przynajmniej kilka razy spotkał się z ludźmi, którzy schowani za klawiaturą swoich komputerów zgrywają najmądrzejszych i nie widzieć czemu roszczą sobie prawa do pouczania, wróć, obrażania innych, zazwyczaj tych, którzy ośmielili się mieć inne zdanie. Ja swoje na ten temat wyraziłam w tekście ugryź się w klawiaturę. Hejt internetowy i mowa nienawiści to niestety codzienność forów i soszial mediów.
W kontekście ostatnich wydarzeń wiele list znajomych uległo znacznej weryfikacji...

Warto jednak pamiętać, że jak wszystko, również internet ma różne oblicza. Dla odmiany chciałabym Wam opowiedzieć o jasnej stronie tego tworu, a moja opowieść będzie opierać się na historiach dziewczyn, których dotyczy.

Jest moc!
Na początku ciąży trafiłam zupełnie przypadkiem na nieistniejące już (niestety) babskie forum zrzeszające m.in. kobiety w ciąży. Grupa Kwietniówki 2014. 
Minęły już 3 lata, a dziewczyny z kwietniówek trzymają się razem – po likwidacji forum przeniosły się na fejsbuka. Okazuje się, że niezależnie od poglądów można się dogadać, ba, można stanowić dla siebie grupę wsparcia:
Czasem bywa tak, że któraś z dziewczyn milknie, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto nieśmiałą Kwietniówkę wywoła do tablicy:
Momentem niezwykle trudnym była diagnoza u jednego z kwietniówkowych dzieciaczków – Miłoszka – SMA (czyli rdzeniowy zanik mięśni). Wszystkie dziewczyny przeżywały z mamą Miłosza tę przerażającą diagnozę, ale po pierwszym szoku każda z nas mniej lub bardziej aktywnie zaangażowała się wspieranie tego cudownego chłopca oraz jego rodziców w walce z cholerstwem jakim jest SMA. Wszystkie przeżywamy ich wzloty i upadki i wzruszamy się kiedy na horyzoncie pojawia się nadzieja na lepsze życie dla nich.

Zdecydowana większość kwietniówek ma już kolejne dzieci, a jednak nadal, korzystamy z naszej grupy, dedykowanej de facto prawie 3-latkom.
Doradzają sobie matki starsze i młodsze, jedynaków oraz wielodzietne, z miast i wioseczek zarówno w Polsce jak i z całej reszty Europy, szczepiące i nie, karmiące piersią i mm, wierzące oraz te niekoniecznie. Matki z partnerami, mężami, rozwódki. W związkach szczęśliwych i nie do końca. 
Dzielimy się ze sobą swoimi troskami, radościami ale i zwykłą codziennością. Pomagamy sobie w zmianach pracy, w problemach życiowych, dzieciowych, związkowych. 
Co Ty na to Świecie?:)
Na dobitkę można dodać jeszcze:
A na koniec trochę bardziej rzewnie:

A jak jest z Wami? Macie jakieś dobre doświadczenia z internetem?

Więcej informacji o SMA Miłosza:



Więcej... >

Galeria handlowa - nie dziękuję

Źródło
Nie raz i nie dwa pisałam o tym jak praktyka rodzicielska zmienia zazwyczaj znaczą część założeń poczynionych przed pojawieniem się potomstwa. Możliwe, że nie dzieje się tak w przypadku kiedy dzieć idealnie odpowiada czy też wpisuje się w nasze wyobrażenia, ale szczerze mówiąc nie spotkałam się jeszcze z takim przypadkiem – sorry taki lajf;) Mimo tego, w natłoku zmian i uelastycznień jakie większość rodziców musi poczynić, część założeń, powiedzmy żelaznych zasad, jest niezmienna. U mnie jedną z takich zasad jest omijanie galerii handlowych. Sama nie lubię się po nich szlajać a co dopiero z dwulatką pod pachą. W efekcie Zo w galerii handlowej była może 2 razy. Świątyń współczesnej konsumpcji nie znoszę z kilku powodów:
  1. Spacerować owszem, lubię, ale po dworze, najlepiej jeśli trasa przebiega przez park/las. Spacerowanie wśród tłumów ludzi, w zaduchu i w miszmaszu zapachów sephory/piekarni/pizzyhut/mcdonalda/książek to dla mnie zerowa przyjemność.
  2. Lans – dziękuję postoję, wolę lansować się w kinie/muzeum/teatrze. Jeśli lansuję się w galerii to tylko dlatego, że akurat idę do kina. Z resztą, szczerze mówiąc - lans? w dzisiejszych czasach? serio?
  3. Zakupy robię jak facet – odwiedzam punkty, które mnie interesują, nie łażę bez celu, szkoda mi na to czasu. Do galerii zawsze idę z listą i się jej trzymam, w większym lub mniejszym stopniu, ale jednak.
Powyższe punkty tyczą się moich samotnych wizyt w centrach handlowych. Jeśli do mojej skromnej osoby dodamy 2-latkę i mojego małża to dochodzi kolejnych kilka powodów, które skutecznie odstraszają mnie od wizyt w tego rodzaju przybytkach:
  1. Wkurw murowany – zamiast skupić się na wyborze danej rzeczy, płatności czy na rozmowie z kasjerką biegam za dwulatką, bo paranoję mam nieprzeciętną, że stracę ją z oczu a potem to cholera wie co się stanie... (akcje społeczne wszelakie - chylę czoła, świetna robota - to nie jest sarkazm).
  2. Jeśli przy kasie stoi mój małż to problem z powyższego punktu się powtarza tylko zamiast kasjerki w roli głównej występuje małżonek.
  3. Jeśli małż jest z dzieciem i postanawiam podjąć próbę udania się po niezbędne mi spodnie/bluzkę/cokolwiek to okazuje się, że w tym właśnie momencie dzieciowi włącza się faza na mamę i nie ma mowy o samotnym wejściu do przebieralni czy sklepu w ogóle...
  4. Po przeczytaniu różnego rodzaju statystyk zachorowań oraz informacji o tym jak często ludzie się myją czy raczej tego nie robią, patrząc na to jak bardzo nie dbają o swoje zdrowie (chodzą chorzy do pracy, wysyłają chore dzieci do żłobków/przedszkoli) nie chce mi się wierzyć w to, że do galerii chodzą tylko osobniki czyste i zdrowe. Powiecie pewnie, że to przesada, że tych samych ludzi spotykam w komunikacji miejskiej – tak jest, ale jazda komunikacją miejską to konieczność, wizyta w galerii handlowej z dzieckiem to bardzo często fanaberia (ekhem), więc jeśli mogę tego uniknąć to staram się to zrobić.
A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?
Więcej... >

Matka wyrodna czy ojciec idealny?

Zawsze podśmiewałam się z wizerunku idealnej matki. Takiej, która się nie uskarża na gorsze chwile i poświęca wszystko dla dziecka i męża. Wszystko robi sama, jak w opowiastce cytowanej ongiś w Zwierciadle....
Źródło
Zawsze twierdziłam i nadal twierdzę, że do zrobienia dziecka potrzebnych było dwoje ludzi i tyle samo człowieków powinno być na tyle ogarniętych, że jak się już dzieć urodzi to żeby się nim zająć nie powodując uszczerbku na zdrowiu (swoim bądź jego). Jak tylko urodziła się Zosia postawiłam sobie za cel wprowadzenie M. we wszystkie rzeczy związane z jej obsługą. Od zmiany pieluchy, przez karmienie, ubieranie i zabawę, aż po kładzenie spać. Teraz widzę, że wysiłek się opłacił, gdyż spokojnie mogę w sytuacjach kryzysowych liczyć na jego ogarnięcie i doświadczenie. 

Niestety nasze ostatnie szpitalne perypetie uświadomiły mi, że żyłam chyba w innej rzeczywistości. Piję tutaj do wszystkich matek, babć i innych ciotek zszokowanych parą kosmitów (najwyraźniej), którą miały okazję spotkać w szpitalu. Z jednej strony kosmitka, która zamiast siedzieć z dzieckiem w szpitalu leci do pracy – pieprzona karierowiczka i wyrodna matka. Z drugiej jeszcze większy ewenement – UBER kosmita – tata, który zostaje ze swoim dzieckiem na cały dzień w szpitalu podczas gdy jego druga, w tym przypadku gorsza połowa, zasuwa w fabryce. No bo jak to tak? Ojciec zamiast matki? Po jakimś czasie szok zastępowało zaskoczenie, bo okazywało się, że kosmita płci męskiej umie dziecku podać lekarstwo, przebrać czy położyć spać. Ba! Jakimś cudem chłop ten przewijał, zabawiał i uspokajał swe dziecię nie gorzej niż matka (a może nawet lepiej). Kiedy zaś przyszła pora kąpieli miejsce zaskoczenia zajął niemy (a czasem i głośny zachwyt), że oto ojciec umie własne dziecko wykąpać. To niewiarygodne! 
Po powrocie do domu inna sytuacja – matka poszła się wyluzować ze znajomymi i słyszy: „i co Zosia tak z M. została?”... Miałam ochotę powiedzieć, że nie, właściwie to teraz siedzi sama w domu z odkręconym gazem, bo M. miał swoją imprezę, po zastanowieniu jednak na spokojnie opowiadałam jak to M. ogarnia temat, jak to dobrze, że tak jest, bo dzięki temu mam możliwość oderwania się.

Okazuje się, że w pozornie nowoczesnym społeczeństwie, w tym całym pieprzeniu o równouprawnieniu, o rodzinie i znajdowaniu równowagi w życiu nie ma miejsca na ojca, który umie zająć się swoim dzieckiem dłużej niż kilka godzin. A jeśli już takie miejsce się znajdzie to jest to piedestał, bo coś co powinno być normą jest odbierane jako sytuacja wyjątkowa. Zaradny, kochający i ogarnięty ojciec jest cudownym wyjątkiem, któremu powinno się stawiać pomniki i przyznawać ordery. Normą za to jest, niestety, ojciec godzinny, czy weekendowy, wielki nieobecny, który z dzieckiem się pobawi owszem, ale wszystkie inne rzeczy przekazuje matce, bo przecież ona zrobi to lepiej. 
Matka, która zamiast zostać z chorym dzieckiem biegnie do pracy (nie zależnie od tego czy robi to z przymusu czy własnej woli) jest natomiast sytuacją wyjątkową w drugą stronę, jest patologią. Byłoby znacznie lepiej jakby matka ta wzięła wszystko na siebie i bez mrugnięcia okiem jakimś cudem łączyła pracę, opiekę nad dzieckiem i co tam jeszcze chcecie, wszystko to w nienagannym makijażu i z uśmiechem na ustach. Bo przecież współczesne matki takie właśnie są. I nic dziwnego - ich doba ma w końcu 30 godzin. 

Drogie Panie, niestety po części jesteśmy same sobie winne. Łykamy ten wyświechtany motyw matki i kobiety idealnej, może nawet nie do końca świadomie, a potem przez ten pryzmat oceniamy, a z drugiej strony część z nas, motyw ten wpędza w jakiś chory perfekcjonizm, który nie pozwala na oddanie pałeczki partnerowi. Bo przecież ja zrobię to lepiej. Może i tak, tylko odsuwając faceta od obowiązków związanych z potomstwem, same siebie skazujemy na taki a nie inny los. Dlatego też, dziewczyny, baby kochane, wrzućmy czasem na luz i od początku naszej matkowej drogi pozwalajmy ojcom zdobyć takie samo doświadczenie jak nasze. Gorzej założona pielucha to nie koniec świata, upierdzielony dom przy tatusiowym obiadku też jest do przeżycia, zwłaszcza jeśli dzięki temu wyjątek w osobie zaradnego, kochającego i ogarniętego taty ma szansę stać się czymś normalnym.
Więcej... >

Po czym poznać, że chodzenie do kina NIE jest dla Ciebie...

1. Uważasz, że spóźnianie się jest w dobrym tonie, a wchodzenie do kina w trakcie filmu traktujesz jako dodatkową atrakcję - ta adrenalina przy szukaniu po ciemku swojego miejsca! ten wzrok wkurzonych współoglądaczy!
2. Nie jesteś w stanie utrzymać języka za zębami przez ok 2 godziny. Z resztą nie widzisz powodu dla którego miałbyś/miałabyś siedzieć cicho przecież wszyscy są ciekawi twoich błyskotliwych komentarzy albo opowieści niezwiązanych z filmem, które nie mogą poczekać do końca seansu.
3. Uważasz, że można chodzić do kina, ale niekoniecznie na film.
4. Jesteś przekonany, że kino to świetne miejsce na pogaduchy z koleżanką/kolegą.
5. Boisz się wyciszyć telefon, bo zawsze może zadzwonić ktoś z mega ważną sprawą, taką jak odwieczne pytanie: co na obiad?
6. Nie umiesz cicho spożywać wszelakich przekąsek takich jak nachosy. Przeżuwasz je z otwartą paszczą, a na dobitkę szeleścisz opakowaniem żeby wyżreć okruszki, w końcu nic nie może się zmarnować.
7. Uważasz, że kanapka z salcesonem bądź inną kiełbą to świetna alternatywa dla popcornu. Skoro w całym kinie pachnie prażoną kukurydzą może równie dobrze jechać zwyczajną.
8. Wierzysz w magię - po skończeniu napoju zawsze sprawdzasz czy jakimś cudownym sposobem kubeczek nie napełnił się jeszcze raz piciem. Jeśli tak się nie stało, nic straconego, sprawdzisz, tzn. posiorbiesz słomką ponownie za 2 minuty, w końcu nigdy nic nie wiadomo, a cuda się przecież zdarzają.
9. Nie wierzysz w tak nowomodne wynalazki jak chusteczki higieniczne - wolisz wciągać zawartość swoich nozdrzy (w ramach przekąsek z punktu 6), a wyrzutą gumę do żucia przykleić do fotela kinowego po zakończeniu seansu - ale będzie ubaw jak ktoś w nią usiądzie!
10. Nie znasz alfabetu. Bulwersują cię napisy pod filmem - w końcu jesteśmy w Polsce, powinni mówić po polsku, a nie po jakiemuś tam, przez co ty jesteś zmuszony męczyć swe biedne, mądre oczy czytaniem. I o co chodzi z tym numerowaniem rzędów w kinie literkami? Skąd masz wiedzieć jaki rząd następuje po rzędzie H? Finalnie siadasz byle gdzie. A jak pojawia się ktoś kto ma bilet z danym miejscem fukasz coś pod nosem i dalej szukasz swojego miejsca. Najlepiej po ciemku, po rozpoczęciu filmu, żeby mieć dodatkowe wrażenia z punktu 1.
http://wyszlo.com
Jeśli zgodziłeś się z którymkolwiek z powyższych punktów to kategorycznie i zdecydowanie kino NIE jest rozrywką dla Ciebie. Bądź tak miły i oszczędź sobie, a właściwie to innym ludziom wątpliwej przyjemności oglądania filmów w swoim towarzystwie:)
Więcej... >

Ugryź się w klawiaturę...

Oceniać każdy może. Cóż w tym trudnego. Idziesz ulicą, rzucasz okiem na na człowieka i bam! Ten to wieśniak, tamten to katol, ta to matka polka, a jej kolega to stary buc. Inny na pewno jest kryptogejem, a jego koleżanka to ukryta opcja niemiecka.
W internetach sprawa wygląda jeszcze prościej zwłaszcza jeśli jest się matką i czyta się fora/grupy o tematyce związanej m.in. z rodzicielstwem.
Karmisz potomka mm jesteś matką wyrodną, bo karmisz dziecko paszą. Karmisz piersią dłużej niż rok - patologia, zboczenie, fu i ble. Oddajesz dziecko do żłobka/przedszkola - ukamienować, bowiem taki zwyrodnialec jak Ty nie powinien zostać w ogóle rodzicem. Co z Ciebie za matka/ojciec skoro nie możesz albo (O ZGROZO!) nie chcesz zajmować się samodzielnie dzieckiem w domu przez pierwszych kilka lat jego życia. Z drugiej strony jak chcesz i zostajesz z dzieckiem w domu to jesteś nierobem, naciągaczką, na utrzymaniu mężulka, który ma zapewne wadę ortopedyczną w postaci dupy na boku. Szczepisz lub nie w obydwu przypadkach jesteś rodzicem co najmniej nieodpowiedzialnym (niezależnie od opcji o jakiej mowa), bo albo narażasz dziecko na NOP albo wg drugiej strony na poważne powikłania po chorobach na które dostępne są szczepionki.
I tak mijają kolejne dni w czasie których czołowi orędownicy poszczególnych frakcji chcą udowodnić swoją, najswojszą rację. Najbardziej wściekle w obronie swojego zdania na forach wszelakich walczą matki i bardzo często robią to w ohydnym stylu...

A gdyby tak zamiast pisać: Co to za matka która wysłała 9 miesięczne dziecko do żłobka?! W tym wieku dziecko powinno być przy rodzicach, najlepiej matce (...) albo Nie boję się napisać, że matki, które karmią dzieci mm są gorszymi matkami, ponieważ bardziej dbają o siebie niż o swoje dzieci. albo Gówno wiesz, więc się nie odzywaj tempa babo (komentarz autorki pytania do uzyskanej na nie, merytorycznej odpowiedzi) zamknąć klawiaturę (chociaż na usta ciśnie mi się słowo jadaczka), wziąć 10 oddechów i nie pisać nic? Serio, jeśli ktoś o tym nie wie, to jest taka niesamowita możliwość nie komentowania, zwłaszcza jeśli nie umie się tego zrobić bez obrażania innych ludzi.

Ocenianie upraszcza życie. Mózg dzięki temu procesowi nie musi analizować dosłownie wszystkiego co widzi (za każdym razem od nowa), tylko z automatu przykleja różnym rzeczom/osobom/zjawiskom łatki, które wynikają z wiedzy, doświadczenia albo ignorancji. Ja również oceniam, a jakże. Jeśli jednak chodzi o kwestie wychowawcze czy zdrowotne to owszem mam swoje zdanie i system wartości, ale staram się aby nie były one z automatu pojazdami po ludziach, którzy myślą inaczej niż ja, nie mówiąc już o tym, że jak kogoś nie znam, to mu nie wrzucam, ani w Internecie ani tym bardziej poza nim.
Niestety czytając wypowiedzi na różne tematy na wszelakich forach/grupach dyskusyjnych jest mi po prostu wstyd za niektóre komentarze, które bardzo często dodawane są właśnie przez matki. Nie wiem dlaczego akurat ta grupa internautów tak zajadle broni swoich racji, wyznawanych wartości, jednocześnie włażąc z butami w te obszary życia innych, zupełnie obcych ludzi. Nikt tak nie umie sączyć jadu jak dzieciate kobiety. Nikt nie miesza z gównem lepiej niż inne matki przekonane o słuszności swoich poglądów. Masz inne zdanie? Za kudły i do lochu! W ostateczności do Opieki Społecznej albo na Policję.

Kobiety! Opamiętajcie się!
Jak chcecie nauczyć swoje dzieci kultury, empatii i czułości skoro same emanujecie agresją, ignorancją i nienawiścią?
Jak wytłumaczycie swoim dzieciom, że na placu zabaw nie można pluć w twarz innym ludziom, ale wirtualnie, w Internecie to już owszem?
Jak uzasadnicie swoją agresję? Wam można? W myśl starego powiedzenia "co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie?"

PS Żeby nie było, że tylko marudzę w kolejnej notce dot. tego obszaru będzie o dobrej stronie internetowych grup, bo takie też się zdarzają:)
Więcej... >

Zwykły bohater

Ostatnio na jednym z polskich kanałów komercyjnych coraz głośniej było o zwykłych bohaterach. Krótkie spoty i wywiady w telewizji śniadaniowej opowiadały historie w której zwykły, szary Kowalski wykazywał się odwagą i w ten czy inny sposób ratował drugiego człowieka. Akcja promowana jest m.in. przez jeden z polskich banków, który sponsoruje główną nagrodę w postaci dużej sumy pieniędzy...

Akcja ma cel szczytny, bo promuje bezinteresowną pomoc innym ludziom. Bohaterowie nie zgłaszają się sami. Ich kandydatury wysyłają ludzie, którzy z pomocy skorzystali.
Fair na co dzień...
Inicjatywa...
Bohaterstwo...
To główne kategorie bohaterskich czynów.
Z tego co wiem ostatnia edycja tej akcji została już zakończona, a zwycięzcy zostali wybrani głosami sms-owymi widzów. Wygrali ludzie, którzy pomimo własnych problemów, chorób czy wieku swoimi czynami pokazują co znaczy być bohaterem. Wszystkim im szczerze gratuluję i trochę zazdroszczę determinacji.

Mimo wszystko muszę napisać to co przy okazji takich akcji siedzi mi w głowie. Zwłaszcza w kontekście nadchodzących świąt. 
Odwrotnie proporcjonalnie do ilości dni, które zostały do świąt rośnie liczba apeli z prośbą o pomoc. Szlachetna paczka, kupno rzeczy z których dochód zostanie przeznaczony na cele charytatywne, wysyłanie smsów, a ostatnio nawet kupowanie dobrych uczynków w sklepie internetowym... Jak ktoś się uprze to nie musi nawet wychodzić z domu żeby zrobić coś dobrego (np. pokryć koszty porodu w Kongo). I dobrze, bo każda pomoc jest ważna. Tak samo jak promowanie dobrych uczynków i bohaterstwa, które w dzisiejszych czasach spotyka się coraz rzadziej (w miesiącach innych niż grudzień).
Chciałabym jednak aby za tymi wszystkimi akcjami szła realna edukacja niosąca zmianę.
Aby ludzie masowo ślący smsy w grudniu nie odwracali wzroku od osób potrzebujących pomocy, które spotykają na swej drodze w innych miesiącach w roku.
Nie muszą to być akty bohaterstwa, wystarczą akty dobrej woli takie jak przytrzymanie drzwi sąsiadowi, który taszczy ciężkie siaty z zakupami, pomoc staruszce w wejściu po schodach, młodej matce we wtaszczeniu wózka do autobusu, ustąpienie miejsca osobie starszej/chorej/ciężarnej/z małym dzieckiem. Zostawmy latem miskę wody dla zwierzaków bezdomnych, a zimą podrzućmy do schroniska stare koce, zbudujmy na balkonie mini karmnik...

Pamiętajmy, że to właśnie nasze codzienne zachowanie obserwują najmłodsi, którzy potem z tych obserwacji wyciągają wnioski. Chciałabym aby tymi wnioskami było stwierdzenie, że pomoc to coś zupełnie normalnego, naturalnego, ludzkiego. Widzisz kogoś w potrzebie - pomagasz. Ktoś prosi cię o pomoc - reagujesz tak samo.
Napiszę więcej, marzy mi się aby kiedyś Zo przyszła do mnie i stwierdziła:
"Mamo, ale o co ten szum? Przecież ten pan dostał nagrodę za coś co zrobił by każdy w mojej klasie..."
http://blueprint.austcorp.com.au/edition-08/everyday-hero.html
Więcej... >

Jestem oazą spokoju...

Kto zna dalszy ciąg tej mantry wie co mam na myśli, ale przez grzeczność nie będę jej cytować, co by zbytnio nie bluzgać. Niemniej jednak, to kolejny post po Ludzie! Myślcie! To nie boli, o tym co mnie w życiu drażni. Chociaż słowo "drażni" jest zbyt delikatne i powinno być zastąpione słowem "wkurwia". Dlatego też, ludzi wrażliwych uprzedzam (wzorem BBC), że poniższy tekst zawiera język, który niektórzy mogą uznać za wulgarny. Jeśli jesteś wrażliwy zapraszam do zmiany strony.

Godzina 11 rano, niedziela, apteka całodobowa
Myślę sobie podjadę po specjalne plasterki na ryj... Jak pomyślałam tak też zrobiłam. W kolejce 3 osoby, kolejne 3 przy kasach. I co? Pierwsza pani kupuje na milion rozdzielonych rachunków artykuły z serii wspomagacze dla starszych ludzi. Prosi aby każdy z nich zapakować w oddzielną torbę podarunkową.
Druga pani kupuje leki, po czym prosi o oddzielny rachunek na antyperspirant, ale zanim jakiś wybierze prosi farmaceutę o jego opis (zapachu i długości działania). Żeby nie było - nie wybierała produktu leczniczego, zwykły sztyft jaki można dostać w rossmanie po drugiej stronie ulicy (tak, był wtedy czynny).
Nie wybuchłam, ale było blisko.
Po pierwsze - apteka to nie prezentownia, chcesz kupić prezent dziadkowi/babci/znajomym - spieprzaj do drogerii, kwiaciarni, hipermarketu...
Po drugie - serio? Mecenas farmakologii jest od tego żeby doradzać nutę zapachową i czas działania sztyftu pod pachy? Człowieku, zacznij się myć na boga, wtedy antyperspirant działający przez 72h nie będzie ci potrzebny...
Po trzecie - ja wiem, że może jestem naiwna, ale zawsze myślałam, że apteka całodobowa ma służyć ludziom w NAGŁYCH potrzebach. Nie zaliczam do nich poszukiwania prezentów ani problemu śmierdzących pach.

Godzina 6 rano, środa, hipermarket
Koleżanka z forum napisała, że tuż po 6 rano była w jednym z hipermarketów, w którym miała być promocja na zabawki wiodącej na rynku firmy o inicjałach FP. I co? I gówno. Nic nie dostała. Zrozumiałabym jeśli zabawki zostałyby wykupione przez rodziców szybszych albo koczujących pod tymże marketem od tygodnia. Niestety znaczna część asortymentu została rozłapana przez pracowników sklepu i pseudo biznesmenów, którzy dzieci nie posiadają, a kupiony sprzęt sprzedają z przebitką na portalach ogłoszeniowych. Wkurza, nie, wkurwia mnie to, że ludzie posiadający dzieci przez taki cwaniacki element nie mogą swojemu dziecku kupić fajnej zabawki po promocyjnej cenie. Jedni nazwą to przedsiębiorczością, a ja nazwę to skurwysyństwem.

Godzina 22, piątek, mój blok
Chamskie disco-polo napieprza zewsząd aż się ściany trzęsą. Jako że mąż na wychodnym zostawiam Zo pod opieką koleżanki i idę szukać debila vel wiejskiego didżeja. Co się okazuje? Muzyką nakurwia inna rodzinka, z małym dzieckiem na podorędziu. Skąd to wiem? Bo jak zapukałam do drzwi, to nikt, powtarzam NIKT z imprezujących nie miał odwagi żeby je otworzyć. Między piosenkami za to doskonale słychać było: mamo, mamo, co to? kto to puka?
Pytam się, więc co taki debil, który nie jest w stanie otworzyć drzwi sąsiadce (150 cm w kapeluszu) przekaże swojemu dziecku? "Jak narozrabiasz udawaj, że cię nie ma w domu"? No doprawdy winszuję koncepcji wychowawczej.

Godzina nieistotna, miejsce FB i internety
Nawoływanie do tolerancji i akceptacji przy jednoczesnym pojeździe wszystkim, którzy się z nawołującym nie zgadzają. Prawo wyboru - ale tylko w granicach akceptowalnych, przez człowieka, które o to prawo się upomina. Nosz kurwa... Moja macica to moja sprawa, ale o moim dziecku może już decydować państwo. Moje wyznanie/jego brak to moja sprawa, ale wszystkich muzułmanów/katolików/cokolwiek wyjebać, bo są nietolerancyjni. Moja partia polityczna jest zajebista, tolerancyjna i rozwojowa, a tą inną to w ogóle wywalić/spalić/obalić, bo ciemnogród, a do tego głosi ksenofobiczne hasła.

Kurwa mać, ludzie, ogarnijcie się.
Więcej... >

Koci, koci, łapci, pojedziesz do Babci...

- Czy jej nie jest za zimno bez czapki?
- Jest 20 stopni, nie przesadzajmy.
- Ale Ty masz włosy, a ona nie, zaraz będzie chora i dostanie antybiotyk.
- Na katar antybiotyku się nie dostaje.
W końcu ustępuję (po sporej kłótni) i czapka ląduje na głowie Zo.

 - Paszcza? Dziecko ma buzię, jak możesz tak mówić o własnej córce?!
W końcu gryzę się w język żeby słowa paszcza nie używać przy dziadkach Zo.

- Znalazłam taką śliczną sukienusię na chrzest, tą którą Ty wybrałaś Zosia założy po uroczystości.
- (...) Ale ja już jej kupiłam ubranko na tę okazję... Mam poczucie, że zabierasz mi decyzyjność.
- Oj to tylko taki drobiazg, nie ma sensu się złościć.
Staram się nie złościć. Toż to naprawdę pierdoła. Ale jakoś rośnie mi ciśnienie i nie udaje mi się ukryć niezadowolonego tonu. Znowu wychodzę na niewdzięczną gówniarę, która szuka dziury w całym i czepia się szczegółów.

Żeby nie było, bynajmniej nie kwestionuję „dobrej woli” czy innych „dobrych chęci”, którymi wiadomo co jest wybrukowane. Wiem, że wszystkie te teksty czy gesty wynikają tylko i wyłącznie z troski. Jednakże w mojej głowie drobiazgi te podkopują mój autorytet, moją pewność siebie w roli matki, w której czuję się i tak wystarczająco nie pewnie. 

Nie wiem czy warto prowadzić batalię o takie drobiazgi, pewnie nie, bo żyje się tylko raz. Jednak skoro życie jest tylko jedno fajnie by było przeżyć je w zgodzie ze sobą, a nie robiąc wszystko dla osławionego świętego spokoju. Poza tym nie chodzi o drobiazgi same w sobie, ale o zasady, a raczej o ZASADĘ, jedną, główną, która mówi, że słowo rodziców jest najważniejsze. To rodzice decydują o (jakby nie patrzeć) SWOIM dziecku zaczynając od jego edukacji, przez procedury medyczne, aż po sposób ubierania, dietę i metody wychowawcze. Wszelkie rady mile widziane, oczywiście, zwłaszcza, że nie od razu Rzym zbudowano, ale fajnie by było budować ten Rzym swoim tempem, swoimi materiałami, wg swojego projektu, z opcjonalnym wykorzystaniem mądrości starszyzny.

Dlatego też, na fali młodzieńczo-matkowego buntu (muahahaha!), naskrobałam krótki manifest młodej matki skierowany do dziadków/babć i innych członków rodziny:)
1. Drogi dziadku/wujku/ciotko jak rodzic mówi, że czegoś nie robi/nie daje/na coś nie pozwala nie oznacza to, że w Waszym domu, na Waszym podwórku jest strefa w której te reguły jakimś cudownym sposobem nie obowiązują:) Np.: „Nie dajemy słodyczy” znaczy „nie dajemy słodyczy” a nie „nie dajemy, chyba, że rodzica nie ma w pobliżu, w końcu czego oczy nie widzą tego sercu nie żal”.
2. Kiedy rodzic mówi „kupiłam kombinezon zimowy/sukienkę na przyjęcie/cokolwiek – nie jest taka jak wszystkie, ale mi się podoba” nie oznacza to „kupiłam byle co, więc jak Ci się nie podoba, albo myślisz, że ktoś poczuje się urażony kup ubranie od siebie”. Jeśli masz ochotę kupić ubranko swojemu krewniakowi zapytaj rodziców o rozmiar i o to czego aktualnie potrzebują, albo idź z nimi do sklepu (dzięki mamo:)), a jak Ci się nie podoba garderoba wnuczka to... trudno. O ile nie chodzi w szortach przy mrozie -30, albo w kożuchu w lipcu odpuść marudzenie.
3. Jeśli chcesz coś doradzić, pomóc – super, dobre rady zawsze w cenie, ale pamiętaj, że nie jest to jedyny możliwy sposób zachowania/wybrnięcia z sytuacji.
4. Kiedy syn/córka pyta się Ciebie o zdanie/radę nie zaczynaj wywodu od „wiedziałem/wiedziałam, że tak będzie, ale nie chciałam nic mówić” albo „ona już wyglądała niewyraźnie, ale nic nie mówiłam/mówiłem żeby się nie wtrącać”. Naprawdę po takim wstępie odechciewa się prosić o rady.
5. Pamiętasz jak bardzo czasami denerwowali Cię Twoi rodzice/teściowie w rolach dziadków? Zanim wygłosisz tyradę albo wyświadczysz przysługę swojemu potomkowi albo potomkowi potomka zastanów się jak Ty byś się z tym czuł będąc na jego miejscu.
6. Pod żadnym pozorem nie podkopuj autorytetu rodzica przy jego dziecku. Jeśli uważasz, że Twój syn/córka zakłada spodnie przez głowę, albo wiesz, że pewne rzeczy około dzieciowe można zrobić inaczej/lepiej powiedz o tym na rozmowie w 4 oczy, a nie przy świadku w osobie wnuczka. Nie ważne czy wnuczek ma pół roku, 2 latka czy 7.
7. Powiedz, znaczy powiedz, a nie krzycz. Oboje jesteście dorosłymi ludźmi, należy się Wam szacunek. Czas wyjść z roli rodzica/dziecka i wejść w rolę dorosłego, a zatem zacząć prowadzić dialog na równych prawach, włączając w to akceptowanie wyborów (również innych niż Twoje). Punkt ten tyczy się wszystkich zarówno dziadków jak i rodziców.

8. Grunt to mieć dystans. Czasami lepiej coś obśmiać niż podchodzić do wszystkiego śmiertelnie poważnie:) I tego dystansu i umiejętności śmiania się z pewnych rzeczy życzę sobie i Wam, drodzy czytelnicy:)
Więcej... >

Już jej niosą suknie z welonem...

sąsiedzi debile życie w bloku społeczeństwo myślenie brak głupi
...czyli jak szykowałam się na wesele - oczywiście nie własne:)


7 dni do wesela
Lubię planować wszystko co tylko można, a im wcześniej mogę zacząć tym lepiej. Tydzień przed weselem zrobiłam przegląd szafy, który zaowocował odkopaniem kiecki, której nigdy nie miałam na sobie, a potem zaszłam w ciążę:P Przymierzyłam ją, dobrałam dodatki, problem z głowy.
Taki sam zabieg wykonałam z ubrankiem Zo - no może z pominięciem dobierania dodatków i przymierzania:)
Małż ma jeden wyjściowy garniak, więc problem był zdecydowanie mniejszy.

4 dni do wesela
Uwielbiam tworzyć wszelkiego rodzaju listy. Od listy zakupów, przez listę prezentów i rzeczy do zrobienia. Dlatego już we wtorek miałam gotową listę rzeczy do ogarnięcia z podziałem na piątek i sobotę. W miarę przypominania sobie o różnych kwestiach dopisywałam je do listy tak żeby nic mi nie umknęło i aby w ostatnich, najbardziej wariackich godzinach mieć jakąś dodatkową pamięć/głowę na karku.
Z rzeczy bardziej przyziemnych: zaniosłam marynarkę męża do pralni.

2 dni do wesela
Dzień prania. Uprałam ciuchy na wesele oraz ciuszki Zo na przyszły tydzień, bo przecież w niedzielę po powrocie z motywacją do pracy będzie ciężko. Przemyślałam jakie ciuchy zabrać ze sobą na "po weselu" i niedzielę właśnie, aby w sb nie obudzić się z przysłowiowym nocnikiem w ręku;)

1 dzień do wesela
Zaczyna się robić nerwowo, ale spokojnie, w końcu mam listę z wtorku. Czas na prasowanie, ostatnie pranie, przygotowanie porcji jedzenia dla Zo, butelek, słoiczków, pieluch, łóżeczka turystycznego, kosmetyków, ciuchów wyjściowych dla całej naszej 3 plus spakowanie torby z ciuchami na cały weekend. Do tego ogarnięcie mieszkania żeby wrócić do względnego porządku. 
Na deser tworzę kolejną listę, tym razem rzeczy o jakich trzeba pamiętać przed wyjściem - zakręcenie zaworów wszelakich, nakarmienie sierściuchów, spakowanie podgrzewacza do butli, kosmetyków do makijażu, szczoteczek do zębów i do kudłów, wózka do auta itd.

Dzień Wesela
Wstajemy o planowanej godzinie. Zo nakarmiona, po pierwszym śniadaniu udaje się na drzemkę, w tym czasie zjadamy śniadanie my, a ja po nim biorę gorącą kąpiel, z balsamowaniem i robieniem się na bóstwo włącznie. W tym czasie małż, pakuje rzeczy do auta. Po kąpieli i spakowaniu dodajemy do bagaży rzeczy o których trzeba było pamiętać przed wyjazdem. Zo zjada II śniadanie, po nim chwilę czekamy i przebieramy ją w strój wyjściowy, zapasowy mam w torebce. Zo ubrana, wszystko spakowane, odpicowani wsiadamy do zawalonego po dach auta i jedziemy na warszawską starówkę. Jesteśmy 40 minut przed czasem, parkujemy więc dosyć daleko, ale bez nerwów, ja jestem szczęśliwa, bo idziemy na pierwszy spacer z Zo po Starym Mieście. 
Przyjeżdżają gwiazdy wieczoru. Jak zwykle z rozrzewnieniem i wielkim AAAAAW ♥ przyglądam się Młodym. Uroczystość krótka i zwięzła, szampan, życzenia, rzucanie ryżem i lecimy na przyjęcie.

 
Tyle teorii.
W praktyce teoria sprawdziła się do dnia wesela. Żadne planowanie, listy itp. nie przygotowały nas na trudno przewidywalny czynnik ludzki. I nie, nie chodzi mi o Zo, czy małża, ale o sąsiada, który po raz kolejny potwierdził moje przypuszczenie, że ludzie to debile. Dlaczego? Ano dlatego ponieważ żaden myślący człowiek, posiadający chociaż krztynę empatii i kultury osobistej nie zaczyna wiercenia wiertarą udarową o 7 rano w sobotę. Nie chce mi się wierzyć, że to coś, co wymagało wywiercenia dziur nie mogło poczekać do dajmy na to 9-10. Tak czy inaczej za sprawą naszego niemyślącego sąsiada wszystko od sobotniego śniadania przebiegało inaczej. Zo marudziła, nie drzemała, trzeba było się przeorganizować, przez co wyruszyliśmy nie o 11, a o 11.40 tym samym spóźniając się na ślub cywilny, ponieważ nie znaleźliśmy na czas miejsca do parkowania. Wściekli, po 20 minutach krążenia, pojechaliśmy od razu do teścia zostawić bambetle Zo, dać jej obiad, po którym doczłapaliśmy się na wesele.

Byłam wściekła. Momentem krytycznym okazało się szukanie miejsca do parkowania i konkluzja, że nie ma sensu lecieć na Stare Miasto, bo jakby nie patrzeć ślub już się zaczął i zanim dojdziemy do miejsca docelowego nikogo z naszych już tam nie będzie. Wściekałam się, miotałam, chciałam zawracać. Zawzięliśmy się jednak i jechaliśmy dalej, wkurzeni jak cholera, ale nie odpuszczaliśmy. Po obiedzie z Zo było już lepiej, a po dotarciu do restauracji okazało się, że wkurw odpuścił. Widok Młodych wynagrodził nam trudy poranka, dobre jedzenie wymazało z pamięci moje wściekanie się w aucie, świetna muzyka pozwoliła zapomnieć o sąsiedzie-kretynie i chęci mordu jaką we mnie wywołał. Do tego wszystkiego bardzo zacne grono gości, które pozwoliło nam oderwać się od codzienności. Wisienką na torcie okazała się towarzyska Zo, która cieszyła się do wszystkich zwłaszcza do gości płci męskiej i innych dzieci, ale też nie szczędziła sobie drzemek na świeżym powietrzu.
Udało nam się zrelaksować, spotkać z dawno niewidzianymi znajomymi, ja nawet trochę potańczyłam (z Zo pod pachą ale lepsze to niż nic). 

Jakie wnioski?
Po pierwsze takie, że czasem warto się przemóc i mimo trudności dotrzeć do celu, który nie jest koniecznością, a tylko opcją/urozmaiceniem codzienności.
Po drugie, pomimo tego, że pewnych rzeczy nie można przewidzieć to nawet z dzieckiem można zorganizować się tak, żeby było dobrze, żeby można było złapać oddech i zrobić coś innego niż w każdy weekend.
Wystarczy chcieć i mieć trochę samozaparcia:)*

* I nie mieć broni. Gdybym ją miała to w porywie wkurwa odstrzeliłabym sąsiada idiotę i nasz dzień potoczył by się zgoła inaczej.
Więcej... >

Ludzie! Myślcie! To nie boli

Droga Matko Kilkulatka!
Jeśli widzisz babę siedzącą w spokoju na ławce, z książką w dłoni i gondolą ze śpiącym niemowlakiem przed sobą - powstrzymaj się od wysyłania w tamte okolice swojego wrzeszczącego kilkulatka w pogoni za piłką (którą sama rzucasz!).
A jak masz go opierdzielić, to byłoby naprawdę super gdybyś nie robiła tego na wysokości tejże gondoli. Dla niektórych czytanie to nie kara, nie trzeba ich wybawiać z tej niedoli poprzez zapewnienie pobudki ich dziecku.

Droga Matko z wózkiem dzieciowym!
Jeśli wózek Twojego dziecka ma możliwość złożenia rączki skorzystaj z niej - nie jesteś świętą krową i dzięki temu drobnemu zabiegowi w autobusie może się zmieścić więcej ludzi/wózków.

Drodzy rowerzyści!
Ruch w Polsce, z tego co wiem, nadal jest prawostronny. W związku z tym wymijamy przeszkodę z lewej, zwłaszcza jeśli tą przeszkodą jest baba z wózkiem, trzymająca się jak najbliżej prawej strony, żeby rowerzysta mógł spokojnie przejechać obok.
Klakson jak w samochodzie zostawcie sobie na okoliczności samobójczego rajdu po centrum miasta. Na małych, osiedlowych uliczkach i alejkach parkowych w zupełności sprawdzi się standardowy dzwonek rowerowy, który przy okazji nie wywołuje zawału. To, że Wy macie słuchawki w uszach nie oznacza, że reszta uczestników ruchu jest głucha.

Droga Pani z wózkiem sklepowym!
Szturchanie mnie w tyłek wózkiem nie przyśpieszy pani pracującej na kasie. Może to zadziwiające i trudne do pojęcia, ale pani kasjerka i mój zad nie są ze sobą zsynchronizowane i oddziaływanie na jeden z tych elementów nie wpłynie na drugi. SERIO.

Sponsorem dzisiejszego postu jest C jak Czara goryczy, która się przelała na spacerze i liczba 0 symbolizująca ilość szarych komórek w mózgach co poniektórych;)
Więcej... >

Moja racja jest najmojsza

Wiele razy, na wielu blogach, było już o tym jak ludziska w internecie korzystają z anonimowości i nie mają żadnych skrupułów w ubliżaniu sobie nawzajem. Niestety sporą grupę tych anonimowych ubliżaczy stanowią matki na wszelakich forach, grupach dyskusyjnych itp.
Mam to szczęście, że forum mam kwietniowych, na które trafiłam na początku ciąży, trzyma poziom i nikt nikogo nie obraża niezależnie od wszystkiego. Niestety jestem obecna też na kilku grupach tematycznych, a tam poziom dyskusji dosyć często pozostawia wiele do życzenia. Paradoksalnie najwięcej jadu zaobserwowałam w wątkach dotyczących dzieci, w których wypowiadają się ich matki. W końcu matka wie najlepiej co jest dobre dla jej dziecka, ale też dla dziecka koleżanki, sąsiadki, pani z warzywniaka... generalnie wszystkich innych matek. "Gorsza matka" to szczyt góry lodowej obelg, którymi raczą się kobiety. Równie często wytykany jest rzekomy brak miłości do dziecka, egoizm, lenistwo, pracoholizm, nieczułość, nadopiekuńczość... i masa innych absurdów.

Łatkę i opierdziel można dostać za wszystko co niezgodne z JEDYNYM-SŁUSZNYM_MODELEM, który jest wściekle broniony przez jego orędowniczki. Żeby nie było zbyt łatwo JEDYNY-SŁUSZNY-MODEL jest inny dla każdej z grup jego fanatycznych wyznawców czy raczej wyznawczyń.
I tak oto łatkę gorszej matki dostaje się za poród przez cc, karmienie mm, szczepienie/nie szczepienie w zależności od frakcji, brak czasu dla dziecka, za szybki powrót do pracy albo za otwarte mówienie o tym, że do pracy chciałoby się już wrócić, za wysłanie dziecka do żłobka, karmienie słoiczkami, a nie tylko i wyłącznie domowymi zupkami, najlepiej z produktów eko... Łatkę tę można też dostać kiedy całkowicie poświęca się dziecku, nie pracuje się zawodowo na rzecz opieki nad potomkiem, ma się więcej niż 3 dzieci, bo wtedy to się pewnie dybie na zasiłki, do tego karmi się piersią dłużej niż pół roku, chustuje, a ubrania pierze się w kasztanach...

O ile internet zapewnia spore poczucie bezkarności i anonimowości o tyle w "realu" matki wybierają bardziej subtelne metody niż bezpośrednie besztanie czy dawanie sobie po pyskach. W końcu zawsze można porównać cudze dziecko do swojego idealnego potomka mówiąc "mój Stefan w wieku 8 miesięcy to już umiał czytać, a Twoja Hela dopiero zaczęła raczkować...". Można też wypomnieć komuś braki w jakimś obszarze np. poprzez niewinne stwierdzenie "kochanie, nie zdejmuj butów u wujka, bo sobie pobrudzisz skarpetki". Zostaje też mniej wyrafinowane, ale nie wychodzące z mody otwarte obrabianie tyłka innym matkom (bo co z niej za matka skoro ...tu wstaw jeden z zarzutów wymieniony w poprzednim akapicie...) albo innym ludziom ogólnie, niezależnie od płci, którzy wybierają inny sposób życia, mają inne priorytety, cele, marzenia niż strona obgadująca.

Tak jak wszystkie inne tematy i rodzicielstwo ma wiele wariantów i opcji. Śmiem twierdzić, że jest ich tyle ile rodziców. Chociaż to która opcja będzie nasza czasem nie zależy w 100% od nas, to na poziom dyskusji na temat poszczególnych wariantów mamy już realny wpływ. Dlatego też mam kilka postulatów, skierowanych nie tylko do matek, ale do piszących w internecie i oceniających poza nim w ogóle:
1. Nie zakładaj, że Twoja racja jest jedyną słuszną. Masz swoje zdanie super, inni ludzie mogą mieć inne.
2. Masz prawo nie zgadzać się z czyimiś poglądami/wyborami, ale nie zabraniaj ich innym - proste. Nie lubisz buraków to ich nie jedz, nie popierasz cc na żądanie to jej sobie nie rób, nie akceptujesz związków homoseksualnych to nie bądź w takim, ale nie pozbawiaj innych prawa wyboru, niezależnie od tego czy Ty ten wybór popierasz i czy chodzi o wybór warzyw na obiad czy partnera życiowego.
3. To, że ktoś ma inne zdanie niż Twoje nie znaczy, że z automatu nie ma racji. Możesz z nim dyskutować, przekonywać, ale nie nawracaj na siłę swojego oponenta, a kiedy brakuje Ci argumentów...
4. ...nie obrażaj, odpuść sobie obelgi, pojazdy itp. Takie zachowanie tylko pokazuje jak bardzo nie jesteś pewny/pewna swojego zdania.
5. Nie oceniaj. W większości nie masz pełnego obrazu sytuacji, nie wiesz do końca co skłoniło kogoś do podjęcia takiej, a nie innej decyzji.
6. Nie komentuj, jeśli nie masz wiedzy na dany temat. Ten punkt dotyczy zwłaszcza internetów - ktoś pyta jakie mm wybrać, a odzywają się matki karmiące piersią dające "rady" w stylu "ja karmię piersią, więc ci nie pomogę" albo "jak można dziecko karmić tą paszą?" - przykłady można mnożyć, ten jest najbardziej dobitny.
7. Czytaj ze zrozumieniem. Niby takie oczywiste, a jednak bardzo problematyczne. Świetnie widać to na przykładzie tekstu o kobietach biorących zwolnienia lekarskie w ciąży tylko dlatego, bo w niej są. Stwierdzenie to regularnie wywołuje lawinę postów o tym kto, dlaczego jest akurat na zwolnieniu. Tak jak już nie raz pisałam skoro ma się powód to po cholerę się tłumaczyć?
8. Nie porównuj się do innych, swojego dziecka do innych dzieci itd. Zwłaszcza jeśli porównanie ma na celu zdołowanie kogoś. Jeśli już tak bardzo chcesz się porównywać to raczej poszukaj inspiracji, zacznij marzyć i pomyśl co możesz zrobić żeby to marzenie spełnić. Lepiej tracić energię na to, niż na dołowanie innych ludzi:)
http://xkcd.com/
Więcej... >

Gotowanie, o nie!

Na pewno wspominałam kiedyś jak bardzo beznadziejną kucharką jestem. Dla tych którzy się nie załapali na to wyzwanie napiszę jeszcze raz: jestem kuchennym analfabetą, który nie potrafi czytać ze zrozumieniem przepisów; wioskowym idiotą, który myli cukier puder z mąką oraz matematycznym nieukiem, który myli strony masła(?) próbując wydzielić z 200g kostki 175g... Dla potwierdzenia mych słów wystarczy przytoczyć pokrótce kilka moich największych wtop, a więc: leniwe o konsystencji kitu do okien, ciasto półfrancuskie vel maślana breja, sernik na zimno w którym musiałam paluchami przytrzymawać biszkopty, bo wypływały na wierzch, a do tego wyglądał jakby już go ktoś zjadł i zwrócił (zważył się, a do tego zamiast ubić serek na puszystą masę od razu wymieszałam wszystkie składniki) i najnowsza wtopa, czyli ciasto z porzeczkami i budyniem - zatrzymałam się na kruchym spodzie, który wyszedł jak maca, a z kruchym ciastem miał tyle w wspólnego co ja z baletem.

We wszystkich tych dramatycznych sytuacjach byłam gotowa się poddać, jednakże do akcji wkraczał mój superbohater... niczym marvelowski pan z gaciami na wierzchu... Czy to ptak? Czy to samolot? Nie! To superman! A raczej supermałż! Zamiast peleryny na wietrze powiewa fartuch kuchenny, zamiast super siły i laserowego wzroku ma super pomysł i łychę w łapie. No i wie, że bieliznę nosi się pod portkami:)
Uratował leniwe robiąc z nich kluski kładzione oraz ciacho z porzeczkami robiąc deser na bazie budyniu i tychże, uratował również ciasto półfrancuskie i masę innych rzeczy, poza sernikiem na zimno - był to taki poziom kretynizmu kulinarnego, że nawet masterchef by nie pomógł.
Ostatnio zaczęłam mieć mały problem z tym, że w kuchni nie wychodzi mi absolutnie nic, nie licząc kilku drobiazgów, ale ile można jeść ciasto marchewkowe czy ślimaki cynamonowe, z gotowego (ofkors) ciasta francuskiego... Niemniej jednak postanowiłam pogodzić się z faktem, że w niedalekiej przyszłości kiedy koleżanki i koledzy Zo będą mówili o tym co dobrego robią ich mamy Zo będzie mogła powiedzieć, że jej mama wstawia świetną wodę na herbatę i rewelacyjnie psuje wszystkie inne potrawy, za to jej tata jeszcze lepiej je ratuje:)

Źródło obrazka
Więcej... >

Typologie matek wózkowych

Słonko zaczęło mocniej grzać i nasze osiedle zostało zalane… Bynajmniej nie mam na myśli alarmu powodziowego, tylko wózkowe. Sama też do nich należę jednak niezmiennie zadziwia mnie fakt, że niektóre panie po porodach straciły nieodwracalnie część mózgu odpowiadającą za myślenie o innych ludziach poza swoim dzieckiem.... Ale ja nie o tym!
Im więcej spaceruję i przesiaduję na ławeczce w parku tym bardziej wyraźny staje się dla mnie podział na typy wózkowych. Podobnie jak Matka Pod Napięciem w swoim poście o typach opiekunów na placu zabaw postanowiłam przedstawić typy wózkowych spotykanych przeze mnie na co dzień.
1. Business Woman – niezależnie od pogody szpilki, spódnica ołówkowa, koszula i eleganckie okulary przeciwsłoneczne. W uchu słuchawka blufut. Kobieta nieprzerywająca pracy nawet na chwile, siedząc w jej pobliżu można się nasłuchać o deadlinach, skołpach, listach „to do”, impaktowaniu, czalendżowaniu i tym podobnych tworach…
2. Stereotypowa Matka Polka – z jednym dzieckiem w wózku i przynajmniej jednym poza nim. Zazwyczaj włosy związane w koński ogon, lekko przetłuszczone, bez makijażu, w stroju niedbałym. Wygląda na zmęczoną, a siedząc przy wózku nieustannie poucza pozostałe potomstwo, albo wręcz przeciwnie, ignoruje je i to że rozpieprzają w drobny mak całą okolicę.
3. Wózkowa trendy – rejbany, kok na czubku głowy, strój pozornie niedbały, ale bardzo przemyślany. Do tego zatrzęsienie gadżetów od najnowocześniejszego wózka przez karuzelę, trzymak do napoi, torbę na pierdoły, tablet, czytnik książek, ajfon, osobisty wodotrysk, maszynkę do baniek mydlanych itd. itp.
4. Wózkowa telefonistka vel Call Center – ten typ nie wyróżnia się specjalnie wyglądem, poza dziwną nauszną naroślą w postaci telefonu komórkowego lub zestawu słuchawkowego. O ile na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżnia, o tyle na drugi rzut, tym razem ucha a i owszem. Wózkowa ta bowiem cały czas trajkocze przez telefon. O wszystkim. O kupach, obiadach, mężu, kupach, dziecku, teściowej, kupach,  problemach z brzuszkiem, pogodzie, kupach, sąsiadach, zwierzętach sąsiadów, dzieciach innych ludzi i, a jakże, o kupach. Kiedy kończy jedną rozmowę od razu wybiera kolejny numer i zaczyna swoją opowieść od początku o kupach, obiadach, mężu, kupach, dziecku, teściowej…
5. Wózkowa outsiderka – niepozorna kobitka, w wygodnym, schludnym ubraniu, jedyne co ją wyróżnia to to, że jest w liczbie pojedynczej i nie poszukuje towarzystwa innych wózkowych. Albo siedzi sama ze swoim dzieckiem, albo jeśli potomek na to pozwala, czyta książkę/czasopismo. Zazwyczaj można ją spotkać o podobnych porach, mniej więcej w tym samym miejscu.
6. Wózkowa poszukująca – wyższa postać outsiderki, która po jakimś czasie ma dość bycia outsiderką i zaczyna szukać towarzystwa innych matek. Albo zagaduje, albo wśród znajomych znajduje towarzystwo na spacer z pociechą.
7. Wózkowa stadna – postać dojrzała wózkowej poszukującej. Znalazła swoją grupę albo koleżankę i razem z nią okupuje ławki/całą szerokość chodnika. Zazwyczaj tematami rozmów są zagadnienia poruszane przez wózkową telefonistkę, tak więc kupy, obiady, mężowie, kupy, dzieci, teściowe, kupy itd. Oczywiście jeżeli stado składa się wyłącznie z innych ograniczonych wózkowych, jeśli jakimś cudem znalazła się tam wózkowa z zainteresowaniami wybiegającymi poza pieluchy lub osoba bezdzietna jest szansa na inne wątki dyskusji;)


Forma przyjęta przez wózkową zazwyczaj nie jest definitywna i ostateczna, czasami może nastąpić regres a po długotrwałym odcięciu od dorosłych awans na wyższy poziom wózkowego wtajemniczenia.

Osobiście lawiruję między wózkową outsiderką, przez poszukującą i stadną. Po kilku dniach spędzonych samotnie szukam towarzystwa innych dorosłych.  Zazwyczaj znajduję je całkiem szybko, fajnie jak są to ludzie z horyzontami wybiegającymi poza pieluchy. Jednakże po 1-2 dniach spędzonych z wózkowymi ograniczonymi do swoich wózków i słuchania/gadania ciągle o tym samym wracam do bycia outsiderką, przynajmniej na jakiś czas:)
A jakim typem wózkowych jesteście/byłyście Wy, drogie czytelniczki?
Więcej... >

O karmieniu słów kilka

Przez ostatni miesiąc, a właściwie trochę dłużej, bo od kiedy tylko na świecie pojawiła się Zosia spotykam się z tematem karmienia piersią oraz z tzw. "terrorem laktacyjnym". Jest to trudny temat, czasem bywa przemilczany, na pewno jest mało popularny w kontekście wszystkich akcji informacyjnych o tym jak ważne jest naturalne karmienie nowo narodzonego dziecka. Chociaż ostatnio czytam o nim coraz więcej np. tutaj
Bynajmniej nie kwestionuję zalet karmienia piersią, co to to nie, jednakże bardzo często otoczka tego zagadnienia, a niekiedy problemu pozostawia wiele do życzenia. Wspominałam już o tym na FB. Postanowiłam jednak rozwinąć to zagadnienie, spotykając się z coraz większą ilością podobnych historii i odczuć.

Wszystko zaczyna się jeszcze w ciąży. Większość kobiet zakłada sobie, że będzie (lub nie) karmiła piersią przez taki, a nie inny okres czasu. Pierwsza weryfikacja tego założenia i całego pozytywnego nastawienia do karmienia piersią następuję w szpitalu.
W szpitalu spotyka się dwa rodzaje położnych te empatyczne i te niekoniecznie. Delikatnie mówiąc. Te pierwsze, do rany przyłóż kobiety, rozumiejące problemy młodych matek, służące radą i wsparciem. Te drugie sprowadzające matki do roli dojnych krów, które MUSZĄ karmić piersią, bo jak inaczej? Przecież nie można nie karmić piersią. Nie masz pokarmu? Zdaje ci się. Nie wiesz jak karmić? Przecież to banalna sprawa. Boli Cię? Ma boleć, takie życie. Nawał pokarmu? Kapusta w stanik i do przodu. Jeśli trafi się na osobę kompetentną, z powołaniem jest duże prawdopodobieństwo, że w swoim postanowieniu co do karmienia piersią się wytrwa. Jeśli nie to może być z tym spory problem. W moim odczuciu kluczowe jest to czego nauczymy się w czasie pobytu w szpitalu, a więc jak przystawiać dziecko do piersi, w jakiej pozycji, jak układać brodawkę, jak stymulować laktację, jak radzić sobie z nawałem i kryzysem laktacyjnym. Niestety z właściwymi osobami, na właściwych stanowiskach bywa różnie dlatego też wiedza przekazywana młodym matkom pozostawia wiele do życzenia, podobnie jak podejście personelu do kobiet, które mają problem. Czasami zamiast wiedzy, informacji i pomocy jedyne co otrzymują to komentarze o których wspomniałam wcześniej i wyrzuty, finalnie ze w swoimi trudnościami w karmieniu piersią zostają całkiem same.
Kolejnym etapem konfrontacji ze swoimi ciążowymi założeniami jest wypis do domu i zostanie sam na sam z maleństwem, które jest wiecznie głodne. Jak dziecko przystawiać, na ile, czy się najada, czy pokarm jest wystarczająco odżywczy, czy mogę zjeść to lub tamto…. To tylko kilka z pytań pojawiających się w głowie kobiety, matki od kilku dni. Fajnie jak ma się pod ręką położną, albo kogoś kto się zna na temacie. Gorzej jak ma się tylko doktora google. Terminy oczekiwania do lekarzy przekraczają kilka dni (przez ten czas niby ma się nie karmić dziecka?), podobnie sprawy się mają położną środowiskową. Ja na swoją czekałam 3(!) tygodnie. W domu z pomocą nadchodzą różnego rodzaju laktatory ręczne (niewydajne na dłuższą metę), laktatory elektryczne (drogie), herbatki laktacyjne (paskudne), dieta wspomagająca laktację i w końcu mleka modyfikowane, bo dziecko coś jeść musi. I tutaj zaczynają się schody kolejne...

Ja nastawiałam się na karmienie piersią przez pierwsze pół roku. Profilaktycznie zaopatrzyłam się w ręczny laktator, kupiłam również staniki do karmienia i czekałam na rozwój wypadków.  Do tematu byłam nastawiona w miarę neutralnie, wychodziłam z założenia, że jak się uda to super, jak nie to trudno.
W pierwszej godzinie po CC przyszła do mnie bardzo miła położna żeby spróbować ściągnąć pierwszą dawkę pokarmu. Bolało jak cholera, a nie poleciało nic. Potem metoda 7-5-3. Poszło. Kolejna położna kazała mi ściągnąć zapas pokarmu co zaowocowało późniejszym nawałem. W między czasie trafiłam na przemiłą panią która naprawdę starała się i mnie i Zo przekonać do karmienia naturalnego. Nie udało się. Zosia się frustrowała, ja się stresowałam, nic nie leciało. Niemniej jednak Pani która nas uczyła pozostanie jedną z najmilszych i pomocnych osób jakie spotkałam na swojej drodze. Pomagała nam zarówno w próbach karmienia piersią, jak również kiedy się nie udało bez wyrzutów udostępniła nam (nie do końca legalnie;)) szpitalny laktator elektryczny. Zaglądała do nas codziennie, pomagała nam w ważeniu, kąpielach, w budowaniu relacji, pokazywała jak dziecko karmić butelką, jak ją kangurować... Jej przeciwieństwem była pani pieszczotliwie ochrzczona przeze mnie żandarmem, traktująca młode matki jak dojne krowy.
Po powrocie do domu pokarmu starczyło na 2 tygodnie. Pomimo odpowiedniej diety, herbatek, wizualizacji i laktatora elektrycznego, który zamówił mój mąż po zorganizowaniu ogólnorodzinnej zrzutki. Nie było innego wyjścia – Zosia przeszła na mleko modyfikowane, którym była dokarmiana jeszcze w szpitalu. Miałam wyrzut sumienia, zwłaszcza kiedy po mleku 1 pojawiły się mega zaparcia. Całe szczęście, że w moim otoczeniu przeważają normalni ludzie, którzy nie zrobili z tego dramatu. Co więcej można w całej sytuacji dostrzec pewne pozytywy – nie jestem uwiązana, Zosią może zajmować się M. bez żadnych ograniczeń, mogę jeść co chcę bez zastanawiania się czy zaszkodzę dziecku. Zosia ładnie przybiera na wadze, łatwiej jest mi kontrolować to jakie ilości jedzenia dostaje.
Pomijając fakt, że przy braku pokarmu nie ma się innej opcji to jeśli ktoś twierdzi, że jest to pójście na łatwiznę muszę się z tym nie zgodzić. Zamiast martwienia się o spożywane przez matkę artykuły pojawia się martwienie o to czy mleko jest przez dziecko dobrze przyswajane, jeśli są problemy zaczyna się testowanie metodą prób i błędów, przez które niekiedy cierpi dziecko, a wraz z nim rodzice. U nas po jednej takiej próbie udało się znaleźć  to czego szukaliśmy, ale wiem że czasem tych prób jest więcej. Tak samo jak przy karmieniu piersią kiedy testuje się wprowadzanie nowych artykułów spożywczych do diety matki. Poza tym zamiast wyjmowania piersi jest wstawanie, wyparzanie, mieszanie, a potem znowu, od początku. Nie twierdzę, że karmienie piersią jest łatwe, oba „sposoby” mają swoje mocne i słabsze strony, oba bywają trudne, w innych aspektach.

Nie raz spotkałam się z opowieściami kobiet, które karmienie piersią, traktują jako przeżycie traumatyczne. O swoich uczuciach nie mówią nikomu, albo mówią dopiero kiedy jest naprawdę źle, albo kiedy ten etap mają już za sobą. Bo jakimi byłyby matkami jeśli na głos przyznałyby się że karmienie piersią jest/było dla nich czymś okropnym i nie chcą tego robić? Zamiast tego wpadają w depresję, denerwują się, frustrują... Wszystkie te uczucia wyczuwają zapewne też dzieci, a przecież w karmieniu piersią chodzi podobno też o budowanie więzi... Dla potwierdzenia moich słów, chciałabym pokrótce przytoczyć trzy przykłady.
W szpitalu poznałam kobietę, która opowiadała straszne historie o położnych, o przymuszaniu do karmienia piersią, o braku informacji i ludzkiego traktowania przy pierwszym porodzie, a w końcu o tym, że dziecko było niedożywione, że nikt jej nie pokazał jak karmić piersią co zaowocowało lawiną pretensji od lekarzy i wszystkich dookoła, bo "co z niej za matka, która nie może wykarmić własnego dziecka?!" Minęły 3 lata, kolejna ciąża. Trauma po pierwszej była tak duża, że przy drugim dziecku matka założyła z góry, że od początku będzie karmić mm. Na oddziale nie było o tym mowy, nie oficjalnie. Żandarm nie przyjmował do wiadomości wyboru mojej współlokatorki, nie pomagało tłumaczenie, że po prostu nie chce karmić piersią, że ma za mało pokarmu, że nie chce mieć więcej, bo i tak założyła karmienie mm. Skończyło się na tym, że dziewczyna kłamała żandarmowi, że karmi odciąganym pokarmem, a w rzeczywistości przygotowywała mieszankę.
Druga dziewczyna. Młoda matka, pierworódka (okropne określenie). Do karmienia podeszła instynktownie. Nikt nie słuchał jej pytań o torbiele, o twardnienie piersi, o to co zrobić gdy dziecko nie chce ssać. Jedyną osobą która udzielała jej rad byłam ja, ja która karmiłam mlekiem odciąganym i na oddziale patologii noworodka dostałam informację o pobudzaniu laktacji metodą 7-5-3, o możliwości karmienia co 3h, a nie na żądanie itp.
Trzecia dziewczyna karmiła piersią swoją córkę przez pół roku. O tym pół roku wypowiada się jedynie w kategoriach koszmaru, niezrozumienia i uprzedmiotowienia. Dopiero teraz, kiedy od tego etapu minął kolejny rok.

"Jak to nie karmisz piersią?"
„Nie karmisz piersią? Co z ciebie za matka?”
Osobiście najbardziej mierzi mnie odnoszenie się do kobiet karmiących dzieci mm jak do kogoś kto robi coś złego, albo zwalanie na nie winy za wszelkie problemy - dziecko ma kolkę? to twoja wina, karmisz mm. Ma zaparcia to samo. Ma biegunkę, podobnie. Sama na jednej z grup na pytanie o zaparcia dostałam lakoniczną odpowiedź "ja karmię piersią i nie mam takich problemów". Serio? No fajnie, tylko w takim tekście nie ma odpowiedzi na pytanie "Co robić kiedy niemowlę ma zaparcia".
Warto wstrzymać się od pejoratywnych komentarzy i oceniania. Ktoś karmi swoje dziecko mlekiem modyfikowanym? Jego sprawa. Nie wiemy dlaczego podjął taką a nie inną decyzję. Dodatkowo zakładanie, że to smutne/przykre jest nie na miejscu, bo tylko dobija tę osobę, która pewnie i tak ma wyrzuty sumienia czytając i oglądając wszystkie akcje informacyjne oraz słuchając „życzliwych” komentarzy. Poza tym, moim skromnym zdaniem, ani to przykre, ani smutne, jest to po prostu wymóg sytuacji niezależnie z czego wynika. Ponieważ nawet jeśli nie wynika on z braku pokarmu, ale z wyboru kobiety powinniśmy bezwzględnie go uszanować.
Byłoby cudownie gdyby ludzkie traktowanie i otwarte podejście do tematu karmienia piersią, nienacechowane przymusem oraz uprzedmiotowieniem, pojawiły się również na porodówkach.  Niestety od tego dzielą nas jeszcze lata świetlne, więc może, na razie, kochane kobitki, nie dokładajmy sobie wzajemnie do pieca, szanujmy swoje wybory (niezależnie od tego z czego wynikają) i pomagajmy sobie bez wbijania szpil, obwiniania czy innych chamskich i bezmyślnych zagrywek, ponieważ nigdy nie wiemy co kieruje drugą stroną, ani co ta sobie myśli/czuje. 
Więcej... >
Pani Fanaberia - blog parentingowy z przymrużeniem oka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka