Mój prywatny musical codzienny

ryan gosling la la land emma stone piosenki na co dzień życie codzienność
Źródło: The New Yorker
Poruszona do szpiku kości musicalem „La La Land”, po obejrzeniu którego od dobrych dwóch tygodni jestem na muzycznym haju, zaczęłam sobie wyobrażać co by było gdybym niczym bohaterka musicalu śpiewająco i tanecznym krokiem przechodziła przez swój dzień powszedni? 
Jakie piosenki by mi towarzyszyły?

Myślałam, myślałam i oto co wymyśliłam...

Godzina 6.15 pobudka... Dzwoni budzik. Z zamkniętymi oczami i nogą Zo na twarzy, nucę pod nosem pierwsze wersy Bohemian Rhapsody:

♫Is this the real life? Is this just fantasy? Caught in a landslide, no escape from reality.
Open your eyes, look up to the skies and see...
♫
Ciemność. Widzę ciemność. Zwłaszcza o 6 rano w styczniu.

Zaspana, zwlekam się z łóżka i krokiem żywych trupów udaję się do łazienki... Patrzę w lustro, a na usta ciśnie mi się: 

♫You did one thing wrong, You woke up. It looked better before(...)Doooooooooooooooooooon't look at me - I'm ugly in the morning, 
doooooooooooooooooooon’t look at me I’m ugly in the morning...♫
Zapewne nie brzmię jak Mike Patton z Faith No More (ale może to i lepiej), więc po chwilowym załamaniu nerwowym zaczynam się ogarniać i robić na bóstwo, albo przynajmniej małego bożka. Po jakimś kwadransie, pachnąca, ubrana i umalowana, wychodzę z impetem z łazienki wołając:
♫It's a new dawn,
It's a new day,
It's a new life for me yeah!
♫


Czas ogarnąć Zo do przedszkola. Pobudka, śniadanie, ubieranie… aż dobijamy do momentu kiedy dzieć stwierdza, że generalnie ma wszystko w zadku i nigdzie nie idzie… a ja na to:

♫Aha, yeah, come with me!♫ niczym Puff Daddy. 
Dziecilla nadal nie słucha, więc mogę sobie dla wzmocnienia komunikatu zawyć jak rzeczony raper na zalinkowanego kawałka:
♫aaaaaaaa!♫
Jeśli zadziałało i dziecilla poszła do przedszkola, w placówce oczywiście na ułamek sekundy (ten, w którym dzieć bez mrugnięcia okiem biegnie do Cioci) dopada mnie chwila wzruszenia, łza ciśnie się do oka, a matce w głowie zaczyna kiełkować: 
♫Goodbye my love goodbye
Goodbye and au revoir
I hope that you remember me
I'll never be too far...
♫
Na szczęście to tylko ułamek sekundy, więc Demiss Roussos nie zdąży się rozpędzić. Na szczęście.


Ruszam do pracy. Zazwyczaj mocno po planowanym czasie wsiadam do zbiorkomu, a w głowie rozbrzmiewa mi Stare Miasto:

Jak się poruszasz po mieście?
Tramwaj, autobus, metro i znowu...
(...)Chyba żartujesz mówiąc, że mam iść na piechotę.
Pojadę metrem, autobusem i potem
na ławce siadka, na miejsce docieram,
kierowca drzwi otwiera, ktoś tam szybę wyciera.
Tłok mi przeszkadza, teraz wysiadam,
przed sobą puszczam staruszkę, bo tak wypada!"

Po większych i mniejszych ekscesach docieram do pracy. 

Pracuję w IT. W męskim zespole. Z szaleństwem przestałam walczyć już dawno temu, więc czas się przyznać, że:
I'm going slightly mad
I'm going slightly mad
It finally happened - happened
It finally happened - ooh oh
It finally happened
I'm slightly mad
Oh dear 
Do tego dorzućmy trochę tańca na ołpen spejsie i taneczny chód na pracowniczą stołówkę... Widzicie to? Ja też nie.

Wychodząc z biura na odchodne ryczę prawie jak Kazik:

Ja tu jeszcze wrócę - nie zostawię tego
Ja tu jeszcze wrócę - bałaganu totalnego
Ja tu jeszcze wrócę - zawsze kończę, gdy zacznę
W przeciwnym wypadku spokojnie nie zasnę...

Żeby po chwili w autobusie przejść w nieco inny nastrój śpiewając Lynyrd Skynyrd:

Sweet home Ala... Białołęka;
Where the skies are so blue, 
Sweet homa Białołęka,
Lord, I'm coming home to you.


Wieczór. Rodzina w komplecie. Czas wspólny...

chciałoby się zaśpiewać It’s a beautifull life o-ooooo albo chociaż Don't stop me now, niestety dosyć często zamiast tego wychodzi Girls, just wanna have fun Cyndi Lauper połączone z Rage'owym Fuck you, I won't do what you tell me...
W odpowiedzi na zdecydowaną odmowę współpracy ze strony Zo raz na kilka dni mamy z małżem występ w duecie. Śpiewamy wtedy: I want to break free...

Skoro to już z siebie wyrzuciliśmy możemy przejść do procesu kładzenia dziecka spać... Po czytaniu na dobranoc przychodzi czas na spokojniejszy repertuar:
Z popielnika na Wojtusia
Iskiereczka mruga
Chodź opowiem Ci bajeczkę
bajka będzie długa.
Była sobie raz królewna
pokochała grajka
Król wyprawił im wesele
I skończona bajka.

Rozrzewnieni widokiem śpiącej pierworodnej na wychodne z pokoju nucimy jeszcze: 

Isn't she lovely
Isn't she wonderful
Isn't she precious...
Byle nie za głośno, żeby nasz Skarb nie zamienił się w Goluma.


Drzwi do pokoju dziecia się zamykają a my, lekko wzruszeni za sprawą Steviego Wondera, przechodzimy do tańca zwycięstwa. 

I could lift you up 
I could show you what you want to see
And take you where you want to be
You could be my luck
Even if the sky is falling down
I know that we'll be safe and sound
I could fill your cup
You know my river won't evaporate
This world we still appreciate
You could be my luck
Even in a hurricane of frowns
I know that we'll be safe and sound
I could show you love
In a tidal wave of mystery
You'll still be standing next to me
You could be my luck
Even if we're six feet underground
I know that we'll be safe and sound...
Na paluszkach, najlepiej w skarpetach, na specjalnie rozłożonym w tym celu dywanie (żeby nie tupać)...

Ciekawa jestem jak wyglądał by Wasz prywatny musical?

PS Tak, wiem, muzyczny rozstrzał godny rozpierdyliowania jaźni, ale jak już kiedyś pisałam, po 30 ma się w nosie poprawność... gatunkową:)

---------------------------------
Jeśli spodobał Ci się ten tekst i uznasz, że ktoś może na nim skorzystać - będzie mi bardzo miło jeśli prześlesz go dalej w świat klikając w jeden z udostępniaczy (pod polecanymi postami) 👇
Dziękuję 💐😘
Więcej... >

Moje postanowienia noworoczne

dieta schudnę rzucę palenie moje zacznę dbać o siebie zdrowie tu i teraz zadbam

W ostatnim tekście powymądrzałam się nieco na temat tego jak tworzyć postanowienia noworoczne aby miały one nieco większe szanse powodzenia. Nauka czy raczej risercz, który zrobiłam do tego tekstu nie poszły w las.

Chciałabym utożsamiać się ze stwierdzeniem, że nie robię postanowień, bo już jestem zajebista, jednak mimo wszystko, zajebista to ja może i jestem, idealna być nie zamierzam, ale jest kilka rzeczy nad którymi chciałabym popracować w trybie postanowień noworocznych właśnie.

Po pierwsze zmieniam swoje nawyki żywieniowe. Brzmi to bardzo ogólnikowo i poważnie zarazem, ale generalnie chodzi o wywalenie z diety białego pieczywa, słodyczy i śmieciowego żarcia, a wzbogacenie jej kaszami, warzywami i innymi takimi cudami.
Na początek poprzez 6 tygodniowy detoks, a potem przez przemodelowanie (na jego podstawie) swojego codziennego jadłospisu. Nie napiszę, że nie będę żreć słodyczy już nigdy przenigdy, bo to bez sensu, za to jak najbardziej realne jest jedzenie zdrowszych wariacji na ich temat.
Jeśli do tego uda mi się zamienić spożywanie białego pieczywa z regularnego na incydentalne to już w ogóle będzie cudo, a moja tarczyca na pewno będzie mi wdzięczna. A skoro o narządach wewnętrznych mowa to i moje płuca mogą być szczęśliwe, ponieważ detoks polega również na rzuceniu palenia. Tak, wiem, to najłatwiejsza rzecz na świecie, każdy palacz robił to kilka(naście) razy, ale mam nadzieje, że moje rzucenie będzie definitywne - na razie stuknął mi tydzień bez papierosa.

Po drugie zaczynam o siebie dbać. Znowu ogólnik, a ogólniki jak wiemy w postanowieniach są "be". Śpieszę więc z doprecyzowaniem, że przez dbanie o siebie rozumiem cały punkt pierwszy plus zwiększenie dawki aktywności fizycznej. 2 razy w tygodniu to minimum, 3 to ideał. Na razie ograniczam się do zajęć fitness i siłowni, ale jak tylko zima odpuści wracam do biegania. Jeśli to wszystko, poniekąd przy okazji, zaowocuje spadkiem wagi to już w ogóle cud, malina.
Z dbaniem o siebie wiąże się też wcześniejsze kładzenie się spać i wstawanie, wysypianie się (w miarę możliwości), chodzenie na spacery (na tyle na ile czas i smog pozwoli) i inne takie...

Na koniec najważniejsze dla mnie postanowienie: być TiT. Prawie jak Fit, ale chodzi o bycie Tu i Teraz. Pisałam już o tej filozofii przy okazji mojego uczestnictwa w warsztatach "Jak przestać się zamartwiać". Pracuję nad tym już długo długo, ale rozwijania się w tej filozofii nigdy za wiele. Zamiast gnać bezmyślnie do przodu skupiam się na tym co mam, a przynajmniej bardzo się staram. Zamiast uzależniać swoje poczucie szczęścia od tego co "kiedyś tam" planuję osiągnąć przestaję czekać na lepsze jutro, a doceniam dzisiaj, bo jest to jedyna pewna rzecz.

Oczywiście pracuję nad awansem w pracy, chciałabym dalej rozwijać bloga, od poniedziałku zaczynam chodzić na pracowy kurs angielskiego... ale nie są to moje postanowienia noworoczne tylko kolejne kamienie milowe do pokonania w naturalnej kolei rzeczy:)

A jakie są Wasze postanowienia noworoczne?
---------------------------------
Jeśli spodobał Ci się ten tekst i uznasz, że ktoś może na nim skorzystać - będzie mi bardzo miło jeśli prześlesz go dalej w świat klikając w jeden z udostępniaczy (pod polecanymi postami) 👇 
Dziękuję 💐😘
Więcej... >

Liebster Award #3

Co prawda na początku swojej blogowej "kariery" brałam już udział w akcji Liebster Award (nawet 2 razy), ale jak to mówią do 3 razy sztuka.
Tym razem do zabawy zaprosiła mnie Ania z bloga Oh Mummy.

1. Co Cię w życiu inspiruje?
Ludzie, którzy mnie otaczają, mądre książki, czasem filmy. Ciężko określić jedno źródło inspiracji, bo jest ich bardzo dużo. Czasem inspiracja atakuje mnie zupełnie znienacka z osoby/miejsca/rzeczy, po której zupełnie bym się tego nie spodziewała.

2. Jaka jest Twoja definicja macierzyństwa?
Dziwny stan, pełen sprzeczności i oksymoronów. 
Kochasz kogoś i jednocześnie masz go ochotę udusić, chcesz odpocząć, czasem zostać sama, a gdy w końcu tak się dzieje po 5 minutach tęsknisz za źródłem Twojego ustawicznego zmęczenia. 
Poza tym macierzyństwo to ogromna dawka radości i wzruszeń, a także nerwów, wyzwań, potknięć, sukcesów, uników, podchodów i podskoków.
Wszystko w jednej szklance.

3. Co było Twoim marzeniem w dzieciństwie?
Oj była ich cała masa… od znalezienia tęczowego wodospadu (o.O nie wiem dlaczego) i spotkania jednorożca (o zgrozo), przez lot na księżyc czy podróż do wnętrza ziemi, zbudowanie nad Wisłą tajnej bazy dla dzieciaków z osiedla, nauczenie się języka zwierząt... czyli w zasadzie norma.

4. Co sądzisz o bezstresowym wychowaniu? Czy wg Ciebie coś takiego w ogóle istnieje?
Moim zdaniem nie ma czegoś takiego. Brak zasad (bo dla mnie tym właśnie jest "bezstresowe wychowanie") nie jest bezstresowy ani dla dzieciaka, ani dla rodzica, ani dla ich otoczenia.

5. Jak wyglądałby Twój idealny dzień?
Niezależnie od wersji: Spanie dopóki sama nie wstanę. Powolna kąpiel z pianą. Gorąca kawa. Plus brak spiny i poczucia, że muszę cokolwiek.

W wersji z rodzinką: spacer, domowa pizza na obiad, wyjście do kina albo rozgrywka jakiejś planszówki…
W wersji bez rodzinki wypad do jakiegoś SPA, masaż i inne takie.

6. Co Cię najbardziej zaskoczyło, kiedy na świecie pojawił się Maluch?
To ile czasu mogę funkcjonować ustawicznie niewyspana.

7. Twoje ulubione blogi?
O rany… Trochę ich jest, większość wymieniona tutaj :)

8. Zastanawiasz się czasami co kiedyś powiedzą dzieci po przeczytaniu Twojego bloga?
Nope. Pewnie jeszcze tego pożałuję;)

9. Co daje Ci najwięcej radości?
Przytulanie.
I oczywiście spanie, spanie zawsze jest w moim top 3. Wiem, że jestem monotematyczna, ale bez porządnej dawki snu nie jestem w stanie zaangażować się całą sobą w żadne podejmowane akcje.

Na kolejnych miejscach rankingu są spotkania z przyjaciółmi, czytanie, oglądanie filmów, chodzenie do muzeów i inne rzeczy, na które najczęściej (niestety) brakuje mi czasu…

10. Twój sposób na totalny reset.
Bieganie. Zapomina się o wszystkim, wietrzy się umysł, w jakimś stopniu odpręża ciało, a do tego ma się poczucie, że nasze możliwości to kwestia umowna, bo można coraz więcej.

Kiedy sytuacja na to pozwala dobra impreza – czyli stadne wyjście na tańce/karaoke albo po prostu do knajpy. Rozmowy o wszystkim i o niczym okraszone dużą dawką śmiechu, wspominków i innych takich.

11. Czego nigdy nie zrobiłabyś w swoim życiu
Nigdy nie mówię nigdy.

Powiem szczerze, że w obecnej chwili nie mam czasu na wymyślanie pytań ani nominacji, więc zapraszam do odwiedzenia blogów, które czytam, tak po prostu;)
Ich lista znajduje się w zakładce: Blogosfera.
Więcej... >

Bliskopad - Tydzień #1

jak dbać bliskość dziecko choroba wirus rota zabawy czas zabawa rodzice dziecko
Plan był zupełnie inny. Miałam zebrać swoje codzienne wyzwania związane z Bliskopadem. Niestety najpierw nawał zajęć, a potem choroby, skutecznie pokrzyżowały moje zamiary. Od piątku zmagamy się z wirusem rota, a od niedzieli z wirusowym zapaleniem paszczy u Zo. Jednak postanowiłam, mimo wszystko, w okrojonej formie, odpowiedzieć na zadania pierwszego tygodnia Bliskopada 2016.


1. Poznajmy się 

Zosia, Kinga i Marcin. 
Troje wariatów, ale również zakochanych w sobie choleryków:) 


2. Wymień 5 rzeczy, które kochasz w swoim dziecku 

Bywa trudno to prawda, ale w naszej charakternej Zo kocham wszystko. Chociaż, po ostatnich kilku dniach choróbska zbieranie tych punktów, mimo wszystko, było wyzwaniem:)
Po pierwsze – jej charakter, bo krew nie woda.
Po drugie – to że cieszy się całą sobą (tak samo jak złości) i tą radością zaraża nas jak wirusem Rota;)
Po trzecie – to że nawet po napadzie złości przychodzi się przytulić, a to umiejętność o której zacietrzewieni dorośli często zapominają, niestety. 
Po czwarte – kocham w niej również to, że bez skrępowania pokazuje swoje emocje. Również te negatywne chociaż czasem trudno mi je zaakceptować.
Po piąte – jak we wstępie, kocham w niej wszystko, całokształt, tak po prostu, bez powodu, bezwarunkowo, zawsze i wszędzie, chociaż czasem mam ochotę się zastrzelić z bezsilności;) 


3. Rozśmiesz dziecko i daj się rozśmieszyć 

Zrobione;)
Pomijając zabawy, gilanie i tym podobne aktywności nasze dziecko bardzo skutecznie rozśmiesza Kubuś Puchatek;)
4. Pobawcie się w Twoją ulubioną zabawę z dzieciństwa
Szczerze mówiąc to nie pamiętam jaka była moja ulubiona zabawa. Było ich natomiast bardzo wiele - od chowanego, przez tramwajarza i grę w klasy... Na obecnym etapie, z zabaw które lubiłam jako dziecko Zo zdecydowanie preferuje malowanie.
5. Randka z dzieckiem 
Randka z dzieckiem wg planu miała być dniem ze spacerem po lesie, bajką (zamiast kina), dobrym żarełkiem (najlepiej takim wspólnie przygotowanym). Do tego największa atrakcja jaką jest podróż autobusem (a przy okazji załatwienie kwestii zimowego obuwia dla Zo).
Niestety jak to zwykle bywa - plan sobie, życie sobie. Choróbska zmusiły nas to do sporych ograniczeń zarówno w zakresie jedzenia jak i atrakcji, ale za to jednodniowa randka z dzieckiem zamieniła się w tydzień rekonwalescencji:P 


6. Ubrudźcie się razem 

W kontekście wspomnianego powyżej wirusa rota wspólne brudzenie się nabrało nowego, niezbyt pożądanego znaczenia... Do tego zapalenie jamy ustnej sprawiło, że brudzimy się razem... gencjaną;)
W normalnych okolicznościach sprawdza się u nas wspólne pieczenie ciast i malowanie, ale najlepsze jest wspólne skakanie po kałużach. Najlepiej takich błotnych – dziękujemy Ci świnko Peppo.


7. Dłoń do dłoni 

Ach ten punkt to u nas rysowanie a ostatnio podróże wszelakie. Zawsze kiedy Zosia jedzie koło mnie w samochodzie czy ostatnio autobusem mocno trzyma mnie za rękę💛

Jak już pisałam w swoim pierwszym tekście dotyczącym Bliskopada i bliskości w trudnych czasach znowu bardzo dobitnie przewrotny los pokazał, że można robić rozkoszne plany ale niestety często trzeba je dostosować do niezbyt przyjemnej rzeczywistości.
Wierzcie mi, że wkurzona Zo, a co za tym idzie mocno poirytowana ja to jedne z najmniej sprzyjających materiałów do promowania bliskości. Ale cóż. Staramy się:)
Więcej... >

Wspomnienie lata

Za oknem szaro, buro i ponuro.
Zimno i pada i zimno i pada - jak śpiewał Kazik.
Jakby tego było mało rozbiłam auto i mam nieodparte wrażenie, że znajduję się w ciemnej... kropce, tak na potrzeby tego tekstu powiedzmy, że w kropce.

Powoli zamieniam się w ciepłolubnego, leniwego potworka, którego naturalnym środowiskiem jest kokon z koca, a ulubionym napojem gorące kakao albo w wersji dla nie-kierowców grzaniec, najlepiej z imbirem i miodem. Chociaż przemiana ta postępuje, w zastraszającym tempie, myślami codziennie wracam do cudownego czasu jakim był tegoroczny urlop nad morzem. Bez wątpienia ta dawka plaży i relaksu (o ile relaksem można nazwać urlop ze zbuntowaną dwulatką i ogromny zbiornik wodny w którym w każdej chwili może się utopić), a teraz wspomnienia o tym beztroskim (?) czasie dostarczają mi sił na mierzenie się z szarą, jesienną codziennością, chociaż tak na prawdę już nie pamiętam, że byłam na urlopie.

Psychika ogarnięta?
Nie?
Trudno - następny urlop za rok.
Jak dobrze pójdzie :P :)
Więcej... >

#MyFirst7Jobs czyli moje zawodowe fanaberie

Zazwyczaj nie biorę udziału w łańcuszkach – czy to na fejsie czy w blogosferze. Jednakże hashtag #MyFirst7Jobs bardzo przypadł mi do gustu. 
Po pierwsze dlatego, że jest to fajna okazja, do tego aby trochę o sobie opowiedzieć, po drugie ponieważ moich 7 pierwszych prac było czymś tak bardzo abstrakcyjnym i nie połączonym z czymkolwiek, że może zainspiruję kogoś do tego, że warto szukać swojego zawodowego miejsca na ziemi, a nuż trafi się w końcu do punktu, który się naprawdę polubi. Trzeci powód jest taki, że mój całkowicie nieżyciowy kierunek studiów tzn. kulturoznawstwo wymagał ode mnie nie lada gimnastyki aby połączyć studia, które uwielbiałam z sensowną pracą "nie w zawodzie", bo na posadę z nim związaną nigdy się nie nastawiałam, a studia wybrałam kierując się zasadą, że chcę się uczyć czegoś co mnie kręci, niezależnie od tego jak bardzo nieżyciowe to będzie.

Po 12 latach pracy (nie, nie jestem taka stara, po prostu zaczęłam pracować tuż po maturze:P) trafiłam do super miejsca, którego nie zamieniłabym (przynajmniej na razie) na nic innego, ale jest to moja 9, a nie 7 praca.

Zatem o to moich pierwszych 7 prac:

1. Dzień dobry, czy ma Pan czas porozmawiać o Jezusie?
Może nie o Jezusie, ale o ofercie (już nieistniejącego) operatora telefonii stacjonarnej. Od czasu do czasu „obsługiwałam” również konkursy audiotele (gimby nie znajo;)).
Była to moja pierwsza praca w ogóle, a zarazem pierwsza (i ostatnia) na słuchawce. Wytrzymałam zabójcze dwa tygodnie.
Jedzenie ograniczało się do dwóch żelek przy telefonie, przerwy (2x15min/8h) spędzałam paląc papierosy, a żeby wyjść do łazienki musiałam zadzwonić do Szefa informując go o tym, że na czas mojej kibelkowej nieobecności potrzebuję zastępstwa (sic!).
Plusy: Schudłam 4kg, poznałam tajniki obsługi trudnego klienta.
Minusy: Niewyspanie (zmiana zaczynała się o 7), dojazdy, brak umowy, beznadziejna stawka godzinowa, ściemniany system motywacyjny…

2. Proszę tego nie dotykać…
...czyli, uwaga, SPECJALISTYCZNA UZBROJONA FORMACJA OCHRONNA. Ta daaam! Żeby nie było mam 150 cm wzrostu w kapeluszu i ważyłam wtedy jakieś 45-47kg. Nie mniej jednak, z jakiś przyczyn, pomyślałam, że praca w Zamku Królewskim w Warszawie to świetny pomysł. Zamek Królewski = kultura = kulturoznawstwo – logiczne? Nic bardziej mylnego.
Nauczyłam się perfekcyjnie wycierać kurze i jeszcze lepiej przysypiać oparta o welurowe ściany.
Plusy: Ludzie – głownie studenci, którzy mieli w nosie konwenanse (co nie dziwi przy tak niskiej stawce), możliwość dotykania eksponatów i włażenia w strefy z alarmem. Jako że do tej pory główna ekspozycja nie uległa zmianie mogę robić za przewodnika, bo nauczyłam się opisów sal na pamięć.
Minusy: Odpowiedzialność niewspółmierna do płacy (3,61zł/h), a co za tym idzie w czasie oblewania Matki Boskiej Pieniężnej można było niechcący przepuścić pensję z całego miesiąca (sprawdzone organoleptycznie na Mariensztacie;)).

3. Urzędnik - bez podtekstów
Po pół roku pracy w Zamku Królewskim trafiłam na wakacyjne zastępstwo do Biura Rzecznika Praw Obywatelskich. Średnia wieku 50 lat, ale ogólnie bardzo w porządku ludzie. Zespół w którym pracowałam wspominam z ogromnym sentymentem.
Plusy: Pensja i jakiś tam prestiż oraz fakt, że szybkie pisanie na klawiaturze robiło wrażenie na współpracownikach.
Minusy: Umowa na zlecenie, karaluchy w kopertach i radio Józef w głośnikach.

4. Klepać każdy może (trochę lepiej lub trochę gorzej)...
...ale nie o to chodzi ile znaków zgodzi. Pierwsza praca korpo. Pierwsza w której musiałam udawać, że nie znam angielskiego i borykać się z totalnym kumoterstwem w zakresie przyznawania bonusów, premii, o podwyżkach nie wspominając. Praca w której Prezes, z wężem w kieszeni, bezczelnie opowiadał o mitycznej medianie mając w dupie beznadziejne wynagrodzenie podwładnych. Praca w której szybkość pisania na klawiaturze nie była niczym nadzwyczajnym. Ba, okazało się, że to co dla mnie było szybkie dla innych było tempem (co najwyżej) żółwim. Jednocześnie była to praca z cudownym zespołem, zgranych młodych ludzi wariatów, (ponownie) mających w dupie konwenanse i osławiony mit pracy w korpo. Zespół nasz był tak oderwany od reszty korporacji, tak bardzo niereprezentatywny i nieokrzesany, że dostał miano Mordoru.
Ponadto właśnie w tym miejscu dowiedziałam się, że potrzeba snu to tylko jakieś mrzonki, można bowiem zasuwać na nockach, a potem iść na wykłady. Ba, można zasuwać od 7 do 14, potem skoczyć na piwo (ściemniając rodzicom, że ma się nockę), a potem, po 3h, snu zwlec się z powrotem do pracy/na wykłady. Kolejnym odkryciem był Quake. Kto nie zaznał Quake'a na open spejsie ten nie wie nic o grach w sieci;)
Plusy: Cudowni ludzie (w tym mój szanowny małżonek), umowa o pracę na czas nieokreślony, nauczyłam się pisać bezwzrokowo, w cv-ce pojawił się wpis o odpowiedzialnej pracy, przetwarzaniu danych i znajomości prawa bankowego (nudyyyyy jednym słowem).
Minusy: Beznadziejna kadra kierownicza lekceważąca pracowników, zapraszająca na wizytację Amerykanów, którzy (myśląc, że nie znamy angielskiego) w naszej obecności pozwalali sobie na drobne żarciki pt.:  „2$ per hour – hahaha”. HAHAHA - fuck you.

5. Nie ma to jak media!

Po pracy w korpo, zwłaszcza w kontekście studiów zamarzyłam o pracy w mediach i udało się! Dostałam pracę jako grafik emisyjny w niszowej stacji. Wytrzymałam tam miesiąc. Okazało się, że praca 24/7, ciągle na żywo, bez czerwonych dni w kalendarzu. nie jest moim żywiołem i ma niewiele wspólnego z wyidealizowanym wyobrażeniem pracy w TV. Chociaż bardzo chciałam, żeby było inaczej. Po miesiącu wycofałam się z interesu.
Plusy: Poznanie pracy w TV od kulis, konfrontacja wyidealizowanego wyobrażenia z brutalną rzeczywistością. Tak, to plus, bo pozyskałam wiedzę, o tym czego na pewno nie chcę robić w życiu.
Minusy: Umowa o dzieło, brak szacunku, chroniczne niewyspanie (pobudki o 5 rano, koniec 2 zmiany o 24).

6. Asystuję
Czyli powrót do korpo. Szkoła życia pierwsza klasa. Ogarniałam budżet, faktury, estymacje, prezentacje, delegacje i inne -acje. Szef jak szef – z gatunku upierdliwych nauczył mnie, że zanim powiem „nie da się” sprawdzę wszystkie opcje oraz że kiedy ktoś mówi, że miejsce asystentki jest pod biurkiem, należy mu powiedzieć żeby spierdalał na drzewo.
Plusy: Wynagrodzenie, otwarcie drzwi na inne bardziej ambitne stanowiska, zdobycie dużego doświadczenia w tworzeniu biura, dzięki któremu zdobyłam pracę nr 7.
Minusy: Umowa o pracę tymczasową, szef erotoman gawędziarz, kierownicy z poprzedniego, jedynego słusznego ustroju, powtarzający stereotypy o tym, że asystentka siedzi i pachnie, a nie zapierdala jak dziki osioł.

7. Zarządzanie projektami to jest to!
Powrót do branży mediów tym razem od zaplecza, bo od strony IT. Biuro Projektów. Przypadkowy strzał w dziesiątkę. Nie dość, że obowiązki sensowne to jeszcze Szef będący przeciwieństwem  tego z punktu 6. Dopełnieniem szczęśliwości był super zespół i możliwości rozwoju, z których skorzystałam i które bez wątpienia umożliwiły mi dalszy rozwój, a zatem dotarcie do obecnej posady.
Plusy: Cudowni ludzie, ciekawe obowiązki, stabilność (umowa o pracę), która pozwoliła mi na spokojne zajście w ciążę, odkrycie swojego konika, jakim jest PMO.
Minusy: Plusy skończyły się wraz z fuzją dwóch firm.

Jaki z tego morał? Wykształcenie sobie, studia sobie. Można studiować coś co się kocha a pracować w zupełnie innej branży, chociaż na pewno jest to dosyć trudne, zwłaszcza jeśli kulturoznawca ląduje w branży IT i chce tam pozostać, a tak właśnie jest w moim przypadku:)

Mam nadzieję, że udało Wam się dotrwać do końca:)

PS Kochani, kto następny? Jakie były Wasze pierwsze prace? Z chęcią poczytam o tym u Was na blogach albo w komentarzach:)
Więcej... >

Działkowanie, działkowanie, czas działkowania…

 
Zachód słońca na wale przeciwpowodziowym na Pilicą w okolicach Warki (woj. mazowieckie)
Photo by Pani Fanaberia
Działka/dacza/hacjenda - na jednych działa jak płachta na byka, na innych nie robi wrażenia, a na jeszcze innych sprawia, że cieszą się na samą myśl o wyjeździe gdzieś tam w głuszę.
Osobiście na różnych etapach swojego życia należałam do każdej z tych grup.

Photo by Pani Fanaberia
Jako dziecko uwielbiałam jeździć na działkę, nawet kiedy jeszcze nasza dacza była dziką łąką na której rozbijaliśmy z tatą namiot. Uwielbiałam to, bo zawsze była tam masa dzieciaków, nie trzeba było codziennie się kąpać (nie licząc kąpieli w rzece), nikt się nade mną nie trząsł gdy upierdzieliłam sobie jeansy. Na śniadanie jadłam chleb z masłem i pomidorem, w podbieraku nosiłam swoje przytulanki, a wieczorem siedziałam przy ognisku przy akompaniamencie gitar akustycznych, na których grali wtedy wszyscy. Były śpiewy, wygłupy i atmosfera luzu i słodkiego lenistwa. Nie
było za to kontaktu ze światem, ale z drugiej strony wtedy całym światem było dla mnie to co tu i teraz.
Potem przyszła niechęć. Bo koleżanki i koledzy zostają w Warszawie, bo na działce nudno, i w ogóle blieh jakoś tak mało prestiżowo. Ileż można w końcu siedzieć nad rzeką? I to nudną rzeką? Kumulacja niechęci nastąpiła jak miałam 16-17 lat i mój ówczesny chłopak miał działkę nie dość, że bliżej to jeszcze i jakoś tak bardziej rozrywkowo tam zawsze było.
Po niechęci nastąpiła era chwalenia się miejscówką. 18 lat na karku, prawo jazdy w towarzystwie już ktoś miał, wiec hulaj dusza piekła nie ma. Wypady na działkę wiązały się ze sporymi imprezami, grą w Warhammera i nie wiadomo jakimi nadziejami na melanż stulecia. Na szczęście nadzieje, zostawały zazwyczaj tylko nadziejami.

Photo by Pani Fanaberia
W międzyczasie zmieniało się wiele – mój partner życiowy, studia, prace, miejsca zamieszkania, stan cywilny, a ostatnio również i stan posiadania potomstwa. Działka pozostała niezmienną ostoją, oazą spokoju do której mogę wracać do woli. Sama, z rodzicami, ze znajomymi, a od dwóch lat z Zofią. I właśnie ta ostatnia zmiana, pojawienie się Zo sprawiło, że działka wkupiła się w moje łaski w zupełnie nowy sposób.
Po pierwsze stała się dla mnie miejscem wytchnienia nie tylko od pracy czy miasta, ale również od Zo, okazuje się bowiem, że moja pierworodna przy dziadkach zachowuję się cudnie, a ilość atrakcji w postaci domku na drzewie, huśtawki czy piaskownicy sprawia, że mogę spokojnie usiąść na chwilę z książką czy też przyciąć komara na hamaku.
Poza tym ten niewielki skrawek zieleni to niekończące się możliwości. Można zrobić grilla, iść na spacer, pograć w darty albo karty, a latem pokąpać się w rzece albo dmuchanym basenie, jesienią przejść się na grzyby. Można też nic nie robić i to jest właśnie cudowne.
Dla mnie osobiście jeszcze jedną niewątpliwą zaletą jest obcowanie z zielenią to balsam na moje skołatane nerwy. Dopiero od niedawna uczę się tego, że można się zatrzymać i pogapić bezmyślnie na kwiatka i muszę powiedzieć, że tam sprawia mi to największą frajdę i daje najlepszy efekt. Jeśli do tego dodamy cały dzień spędzony na naprawdę świeżym powietrzu to żyć nie umierać.

Nie jest to miejsce idealne. Ma swoje niedoróbki, ale dla mnie jest wystarczające. Oczywiście razem z M. wracamy stamtąd często styrani. Bywa, też, że Zosia jest mocno nieznośna w czasie jazdy, albo po powrocie do domu, a co za tym idzie do szarej rzeczywistości. Jednak mimo wszystko warto znieść niedogodności dla tych dwóch dni totalnego relaksu, albo przynajmniej stanu zbliżonego do niegoJ

A czy Wy macie takie swoje ostoje w życiu?
Cisza przed burzą...
Photo by Pani Fanaberia
Buju!!!
Photo by Pani Fanaberia

Dmuchawce, latawce, wiatr...
Photo by Pani Fanaberia
Komitywa. Sąsiad obszczekany.
Photo by Pani Fanaberia.
Majowa łąka...
Photo by Pani Fanaberia
Więcej... >

Z Pamiętnika Słomianej Wdowy

Dzień wyjazdu Kochany pamiętniczku właśnie odstawiłam małża i córę na ich wywczas. Minęło pół godziny od powrotu do domu, a już wyniosłam śmieci, wstawiłam pranie, posprzątałam u kotów, pozmywałam, pochowałam czyste ubrania do szafy i odgruzowałam podłogę.
Zrobiło mi się smutno kiedy sprzątałam pokój Zo, zwłaszcza jak zobaczyłam, że nie wzięła swojej ulubionej książeczki. W pierwszym odruchu chciałam wsiąść w samochód i im ją podrzucić, ale w kolejnym wyobraziłam sobie siebie jadącą 40 km w jedną stronę, żeby około 22 dowieźć książkę dziecku, które po pierwsze już śpi, po drugie wzięło ich ze sobą cały stos.
Update: G. 19. 00 Szaleje burza. Oczy mojej pesymistycznej wyobraźni mają pole do popisu. Burza odcina dopływ prądu i zasięg sieci komórkowej. Zo z gorączką i z M. zostają odcięci od świata. Na zewnątrz szaleje nawałnica, trąby powietrzne, a może nawet transformersy i zombie, a ja siedzę i nic nie mogę z tym zrobić…
Otworzyłam cydr. Wzięłam się do pracy, bo ileż można beczeć w pluszową małpę. Teksty same się nie otagują.
G. 22:22 Papieros i spać. Chociaż wcale spać mi się nie chce.

Dzień 1
Kochany pamiętniczku, po raz pierwszy od cholera wie jakiego czasu mogłam pospać kapkę dłużej, więc obudziłam się przed 5. Cudownie. Potem postanowiłam jeszcze się przymusić, bo przecież trzeba być nienormalnym żeby z własnej woli wstawać o 5 rano i tym sposobem prawie zaspałam. Logiczne.
Po ogarnięciu się zaczęłam nerwowo patrzeć na telefon. Czekam na jakiś znak życia od M. i Zo, zwłaszcza że dzieć jak na złość na koniec dnia zaczął gorączkować. W końcu się doczekałam i o 7.30 dostałam raport taktyczny. Euforia. Żyją. Co więcej mimo gorączki humor dopisuje. Po rozmowie pobeczałam się w poduszkę, a co za tym idzie straciłam kilka kolejnych cennych minut na poprawianie makijażu – fuck!
Mimo tego wyszłam sobie z domu bez pośpiechu i na mega luzie wiedząc, ba!, mając pewność, że jestem spakowana i ogarnięta. FLESHBACK! Więc tak się czułam 2 lata temu jak wychodziłam do pracy bez Zo pod pachą, albo bez biegu do auta, kaszy czy innego pożywienia we włosach…
O godzinie 9 docieram do pracy. Jak na złość jest dosyć luźny dzień, więc co chwilę spoglądam na telefon, a każdego smsa przeżywam jakbym nie wiem jakiej wiadomości się spodziewała. Otrzymuję smsy z banku, z apteki, od znajomych co się dowiedzieli, że słomianą wdową zostałam i jeden od M. że żyją i mają się dobrze. Chyba zacznę przyjmować leki dla zawałowców.
G. 13.30 SMS od M. - dzieć śpi już 2h. W matce kiełkuje niepokój, że może za długo, że może gorączka, że może rzucić wszystko w diabły i jechać na ratunek…
G. 15. Kolejny meldunek – żyją. Zdjęcie – Zo biegnie uśmiechnięta. Niestety temperatura wróciła. Matka obstawia zęby, ale i tak ma zawał.

Dzień 2
Kochany pamiętniczku, znowu obudziłam się przed budzikiem, a potem z premedytacją powtórzyłam zaspanie z dnia wczorajszego. Raport taktyczny dostałam o godzinie 7.00 - Zo nie ma już temperatury. Świat tym samym stał się piękniejszy. I mniej paranoiczny. Telefon odpuszcza korzenie jakie zapuścił w mojej dłoni.
G. 10.19 Telefon do M. Żyją, bawią się, mają się dobrze. Nie beczę. W końcu jestem w pracy i nie wzięłam kosmetyków do makijażu.
G. 14. Kurcze dziwnie jakoś bez tej paranoi…
G. 17 Obiad u rodziców. Nie umrę z głodu!
G. 20 Pierwsza posiadówka z przyjaciółką. Nie pamiętam kiedy mogłam bezkarnie napić się wina bez myślenia o nocnym wstawaniu. Brakowało mi tych wieczornych rozmów balkonowych.
G. 24 – Między krzesłem a podłogą wszystko po staremu, na na na na na na, nieznośna lekkość butów…


Przy jednym dziecku jest podobnie... Źródło
Dzień 3
Kochany pamiętniczku, dzisiaj nie wstałam przed budzikiem. Co więcej kac spowodował, że wstałam później niż zwykle. Zdecydowanie jestem za stara na pijaństwo. A takie w ciągu tygodnia to już w ogóle.
G. 8.00 – Telefon do M. Żyją, mają się dobrze. Zaczynam mieć paranoję (w końcu dzień bez paranoi to dzień stracony), ponieważ śnił mi się tonący w misce niemowlak, a Zo i M wybierają się nad rzekę. O swoich irracjonalnych majakach mimo wszystko opowiadam. Tęskno mi okropnie.
Mimo niewyspania czuję się świetnie. Jest MOC! Na wejściu do pracy usłyszałam komplement, że ładnie wyglądam. Czyli że co? Kac mi służy?
Około południa paranoja atakuje skacowany musk. Coś długo się nie odzywają, a powinni już wrócić z plaży. Jednakże na szczęście stan przedzawałowy nie trwa zbyt długo, bo po chwili otrzymuję kolejny raport taktyczny. Żyją. Zo rozszerzyła swoją dietę o piach – ach te wyjścia z tatą;)
Wieczorem kolejne wyjście. Nadrabiam zaległości z dobrymi znajomymi. Przegadany cały wieczór jednak nieco rozsądniej. W domu byłam po 22. Euforia wolnościowa zdecydowanie mi przeszła, zwłaszcza kiedy wracam do pustego mieszkania i nie mam komu opowiedzieć o tym jak było fajnie...

Dzień 4
Kochany pamiętniczku! Dzisiaj znowu dziwnie wyspana pojechałam do pracy. Już nie zerkałam co chwila na telefon.
Po powrocie do domu wzięłam się za robotę. Ech ech, puste mieszkanie to nie jest to co lubię najbardziej...

Dzień 5
Zaszalałam i wzięłam urlop. Bynajmniej nie po to, żeby się byczyć ale żeby nadrobić zaległości w pracy w dodatkowym projekcie. W międzyczasie zarządziłam generalne pranie i wpadłam na szatański pomysł co by do M. i Zo dojechać wcześniej. 10 światów mi się dzieje w domu, a przecież nie są na drugim krańcu świata tylko miasta. Dlatego też decyzja podjęta – po jutrzejszej sesji pakuję się do auta i jadę.

Dzień 6
Sesja fotograficzna. Trema była przeogromna, ale dzięki wyluzowanej pani fotograf, pozowaniu i mega frajdzie do godziny 15 nie myślałam o mojej rodzince. Po raz pierwszy od tygodnia. Po 15 szybko wpadłam do domu, przekazałam klucze koledze, zapakowałam się i wyruszyłam.
Motyle w brzuchu – lubię je strasznie. Gdybym się jeszcze nie martwiła o to czy starczy paliwa… Na szczęście udało się dojechać na czas – mina M. bezcenna. Mina Zo również. Przez dobre 2h nie odstępowała mnie na krok - za takie chwile można znieść wiele, o czym przekonałam się kapkę później:P

Gdyby nie wieczorna i nocna histeria byłoby idealnie, a tak mogę sobie zawsze powiedzieć, że nie tak to miało wyglądać. Cóż zrobić, nie od dzisiaj wiadomo, że idealne dzieci i idealne zakończenia to tylko w filmach.

Wniosek z mojego słomianego wdowstwa(?) nasuwa mi się jeden – w pojedynkę poradziłabym sobie świetnie i odnalazłabym się w takim życiu bez większych problemów, ba, pewnie nawet jakieś zalety w takim układzie bym znalazła ALE nie chcę. Nie żebym miała wybór, ale jeśli byłby on możliwy to wybrałabym tę opcję, którą mam. Rodzina jest mi potrzebna do szczęścia jak tlen do życia. Koniec i bomba. Chcę wracać do domu w którym czeka na mnie ktoś poza dwoma sierściuchami, chociaż kiedy czeka na mnie ząbkujące dziecię towarzystwo kotów wydaje się bardziej kuszące.

Ciekawe na jak długo starczy mi siły i cierpliwości, żeby o tym spostrzeżeniu pamiętać...
Więcej... >

Liebster award

Trochę to trwało ale w końcu udało mi się przysiąść i zebrać pytania, które zostały mi postawione w ramach Liebster Award, do której nominowały mnie Lady Mami i Mamusia i Łobuziaki.
Żeby nie było żem niesłowna odpowiadam:)
Lady Mami pyta:
1. Co było Twoim głównym celem podczas podjęcia decyzji o założeniu bloga? Jak długo go prowadzisz?
Bloga  prowadzę o sierpnia ubiegłego roku. Zakładając go nie miałam żadnego głównego celu, a o tym dlaczego bloguję pisałam już tutaj, więc nie będę się ponownie rozpisywać:)
2. Czy Twoje życie zawodowe ma coś wspólnego z blogowaniem?
Absolutnie nie.
3. Co najbardziej cenisz w sposobie wychowywania przez Twoich rodziców/ opiekunów?
To, że wpoili mi do głowy zasady, których trzymałam się nawet jako zbuntowana nastolatka oraz że nauczyli mnie mieć własne zdanie.
4. Ile własnych marzeń w swoim życiu spełniłaś i które było najważniejszym?

Spełniłam sporo swoich marzeń tych mniejszych i większych. Najważniejszym i najbardziej ambitnym jak dotąd było zamieszkanie na swoim. Nie ważne, że do centrum daleko, ważne, że są to moje własne 4 kąty.
5. Jakie są Twoje najważniejsze zainteresowania, bez których życie byłoby szare?
Świat byłby dla mnie zdecydowanie mniej kolorowy bez seansów kinowych, gier komputerowych oraz planszowych:)
6. Co najczęściej jadasz na śniadanie?
To co mam pod ręką - zazwyczaj kończy się na kanapkach:P
7. W jaki sposób się najchętniej relaksujesz?
Domowe SPA, dobry serial, czerwone wino i coś słodkiego - niekoniecznie wszystkie te elementy muszą występować podczas jednego wieczora.
8. Czy masz ulubione ubranie (część garderoby), które kochasz tak, że nigdy nie wyrzucisz, jakie?

W tym obszarze raczej nie jestem sentymentalna - jak czegoś nie noszę dłużej niż rok-dwa to oddaję/wyrzucam w zależności od stanu danej rzeczy.
9. Co w tej chwili, na tym etapie życia jest dla Ciebie najważniejsze?
W tej chwili najważniejsza jest dla mnie rodzina i czas jaki razem spędzamy.
10. Co sądzisz na temat bloga Ladymami?
Podziwiam jak dużo tekstów pisze autorka:)
11. Ostatnio najbardziej nurtujący dla Ciebie temat to?
Zdrowe odżywianie, główne ze względu na rozszerzanie diety Zo.

Mamusia i Łobuziaki pyta:
1. Zbliżają się święta, co chciałabyś dostać od Mikołaja?
Sen... A z rzeczy bardziej przyziemnych sweter oversize:)
2. Jak najbardziej lubisz spędzać czas?
Ostatnio na słodkim lenistwie.
3. Dziecko nauczyło mnie..
Chciałabym napisać, że cierpliwości, ale do tego jeszcze długa droga. Na pewno za to Zo nauczyła mnie cieszyć się z rzeczy o których kiedyś nie miałam pojęcia:)
4.  Skąd jesteś?
Z Warszawy.
5. Gdzie bywasz? Gdzie lubisz jeździć?
Uwielbiam Trójmiasto. Lubię również jeździć na Mazury oraz w Góry. Właściwie to powinnam napisać nie ważne gdzie, ważne z kim:)
6. Czy zajmujesz się jakąś techniką typu handmade?
Lepię kolczyki z modeliny i próbuję rozgryźć maszynę do szycia.
7. Wolisz spędzać czas z telewizorem czy przy książce?
Lubię i jedno i drugie, ale zdecydowanie łatwiej ostatnio przychodzi mi oglądanie TV niż czytanie książek.
8. Twój sposób na relaks?
Cały czas taki sam: domowe SPA, dobry serial, czerwone wino i coś słodkiego - niekoniecznie wszystkie te elementy muszą występować podczas jednego wieczora:)
9. Jesteś zorganizowana czy w Twoim domu panuje nieraz hałas?
Jestem zorganizowana, lubię robić wszelakie listy itd. ale nie przeszkadza to bałaganowi rozprzestrzeniać się po naszym skromnym M2. Cóż zrobić, są rzeczy ważniejsze od sprzątania:)
10. Jakich prac domowych nie lubisz?
Nienawidzę gotować. Jest to mój zdecydowany i niepodważalny fawory prac domowych, które omijam szerokim łukiem. Tuż za nim plasuje się prasowanie.
11. Dlaczego powstał Twój blog? 
Tak jak pisałam u Lady Mami: Zakładając go nie miałam żadnego głównego celu, a o tym dlaczego bloguję pisałam już tutaj, więc nie będę się ponownie rozpisywać:)
Więcej... >

Mój mini "bucket list" czyli 10 rzeczy, które należy zrobić przed trzydziestką

Stało się...
Hit "ja mam 20 lat, ty masz 20 lat" stał się mocno nieaktualny. Nie czuję się inaczej, ani lepiej, ani gorzej, aczkolwiek po weekendowych wojażach wiem już, że na niektóre rzeczy jestem zdecydowanie za stara. Zamiast jednak skupiać na tym aspekcie zmiany prefiksu postanowiłam zrobić swoją listę rzeczy, które powinno się zrobić przed mitycznymi wręcz trzydziestymi urodzinami.

1. Zobaczyć swój ukochany zespół na żywo
Dosłownie rzutem na taśmę udało mi się to osiągnąć w czerwcu na koncercie Aerosmith. Jeszcze rok temu myślałam, że nigdy mi się to nie uda, a tu proszę, taka niespodzianka.
2. Zwolnić się z nielubianej pracy
Przed trzydziestką łatwiej jest to wykonać, zwłaszcza jeśli nie dopadł nas kredyt hipoteczny i zadłużenie na karcie kredytowej.
Pracę zmieniałam kilka razy, a przynajmniej raz rzuciłam papierami nie mając nic nagranego na boku. Dzięki temu odważnemu zagraniu poznałam bezcenną mieszankę satysfakcji, radości i oczekiwania w czasie ostatnich dni w nielubianym miejscu pracy.

3. Imprezować całą noc
Wyjść z domu o 16, wrócić nad ranem dziennym autobusem... A potem z godnością przeżyć następny dzień. W tej chwili całonocna impreza jest do zrobienia, niestety następny dzień nie ma nic wspólnego z godnością...

4. Przegrać cały weekend
Bynajmniej nie mam na myśli hazardu, a gry planszowe, komputerowe, rpg, karcianki, co kto lubi. Najlepiej w mega dawce 2,5 dnia. Spotykacie się w piątek wieczorem i do niedzieli siedzicie w świecie Wiedźmina, Gry o Tron, Magii i Miecza lub Warhammera albo Battlestar Galactica.
O ile przekroczenie trzydziestki wcale nie oznacza końca grania w ogóle (co to to nie!), o tyle niestety znacznie kurczy się czas, który można poświęcić na ten rodzaj rozrywki. Mam nadzieję, że jak Zo podrośnie zarażę ją tym hobby:)
Jeśli nie lubicie grać to zamiast grania możecie tutaj wstawić oglądanie serialu, który ma kilka sezonów, ewentualnie wszystkie części Władcy Pierścieni w wersjach reżyserskich.
5. Wybrać się w szaloną podróż
Niekoniecznie za granicę, za to koniecznie ze zgraną ekipą. Wypadów w tym stylu zaliczyłam kilka w czasach studenckich i wszystkie wspominam bardzo miło, ciepło, aczkolwiek na część ekscesów opuszczam zasłonę milczenia;)
Taki wypad powinien uwzględniać nocną kąpiel w jeziorze, dzienne granie w karty, rozmowy do bladego świtu, picie szampana w lesie i śpiewanie piosenek Kultu. Oczywiście wyjazdów może być kilka i powyższe czynności mogą występować oddzielnie lub w różnych kombinacjach.

6. Zakochać się
Jak wiadomo z reumatyzmem, tfu! romantyzmem u mnie bywa różnie, ale zakochanie jest moim zdaniem jednym z najfajniejszych uczuć jakie było mi dane czuć.
Super jest chodzić z bananem na paszczy i mieć poczucie, że wszystkie romantyczne ballady są o mnie i moim wybranku, a do tego bezczelnie hodować te osławione motyle w brzuchu. Jeśli do tego uda nam się odhaczyć bezwstydnie romantyczne chwile takie jak: chodzenie w deszczu pod jedną parasolką i jednoczesne śpiewanie swojej ulubionej ballady czy też całowanie się pod gołym niebem, kiedy nosy zimne, głowy gorące, a dookoła prószy pierwszy śnieg - to zawstydzicie chwilowo nawet naiwne komedie romantyczne;)
Zakochać się po trzydziestce to też fajna sprawa, jednak chyba odrobinę mniej beztroska niż to samo uczucie w wieku nastu czy dwudziestu kilku lat.

7. Spać gdzie popadnie
Swego czasu nieodłącznym elementem każdej imprezy na mieście było nocowanie u znajomych, których mieszkanie znajdowało się najbliżej centrum. I tak oto w małej kawalerce noc spędzało nieraz 8 osób. Na fotelach, karimatach, podłodze - gdziekolwiek. Oczywiście zanim wszyscy padli trzeba było jeszcze zapalić, pogadać i inne takie.
Niestety w końcu znajomi zmienili miejsce zamieszkania na bardziej odległe, a do tego doszło jakieś dziwne przekonanie, że jak spać to tylko i wyłącznie w swoim łóżku, a jak wracać z imprezy to do siebie do domu, najlepiej ostatnim dziennym autobusem, w ostateczności taksówką.

8. Zaliczyć clubbing
Chociażby po to żeby się przekonać, że jest on zupełnie nie dla nas. Tak właśnie jest w moim przypadku - w typowym klubie byłam 2 razy w życiu i za każdym razem (raz w wieku 19, raz w wieku 29 lat) wychodziłam z tych miejsc z poczuciem, że są wybitnie nie dla mnie. Hałsowi, transowi i wszelkim remiksom mówię zdecydowanie nie. Jedynymi klubami akceptowalnymi dla mua są takie, które puszczają hiciory z lat 80 czy 90 jednak nawet fajna muzyka nie przekona mnie do cen z kosmosu - zarówno w barze jak i na wejściu. O selekcji nawet nie wspominam, bo ostatnio jak dosyć głośno ją komentowałam do jednego z klubów nas nie wpuścili (smuteczek!;]).

9. Zamieszkać bez rodziców
Nie ważne czy we własnym mieszkaniu czy w wynajętym lub w pokoju w akademiku. Chociaż na trochę, bo wiadomo, że różnie w życiu bywa.
10. Dokonać bezsensownego zakupu
U mnie takim zakupem był samochód, który po roku sprzedałam.
Był śliczny, żółciutki, z kubełkowymi siedzeniami, alcantarą i w ogóle full wypas. Do tego był wyposażony w dobry sprzęt grający, a więc można było uskuteczniać lans na "dzielni" z Nirvaną w głośnikach i zimnym łokciem w oknie.
Nieistotne, że samochód sypał się z dnia na dzień.
Ile straciliśmy na nim kasy nawet nie wspominam, bo to aż wstyd, jednakże lepiej takich debilizmów dokonywać przed trzydziestką. Kiedy pojawia się osławiona "3" z przodu zaczyna się gdybanie o kryzysie wieku średniego, a tak mamy na koncie tylko kolejny błąd młodości:)
 A Wy? Co byście dodali do tej listy?
Więcej... >

Czekając na...

Czekam. Odkąd pamiętam zawsze na coś czekam.
Będąc studentką/uczennicą czekałam na ferie i wakacje.
Jako maturzystka wyglądałam studniówki.
Kiedy zaczęłam pracę zawodową dołączyłam do grona czekających na weekend.
Szukając pracy czekałam na odzew ze strony potencjalnego pracodawcy.
Zawsze czekam na nowe możliwości rozwoju, na kolejny etap w rozwoju dziecka, na pierwszy dzień miesiąca, na urodziny, na święta.
Intensywnie myślę o przyszłości i czekam dalej.
Na większe, "docelowe" mieszkanie. Na nową pracę. Podwyżkę.
Myślę sobie, że jak już to osiągnę, że jak już to zdobędę albo jak to się wydarzy to będzie pełnia szczęścia, tym samym umniejszając nieco to co jest, co mam, tu i teraz.

Do tego bardzo często dochodzi chorobliwe wręcz planowanie. Oczywiście jako takie snucie planów na najbliższy tydzień czy nawet miesiąc jest zrozumiałe i moim zdaniem pomocne, ale czasem tak bardzo zapędzam się w planowaniu, że pochłania ono całą moją energię, a potem nie mam siły na realizację kolejnych punktów z list "to do".

Z drugiej strony, kiedy nie planuję i nie czekam, to wspominam.
Dawną pracę, która chociaż mniej płatna dawała satysfakcję, a do tego byłam częścią zgranego zespołu.
Czas przed dzieckiem, że beztroski, że łatwiejszy, bo nie było nocnego wstawania, za to było spanie do zabójczej 8 rano i nieograniczone możliwości wychodzenia gdzie się chce i kiedy się chce (oczywiście nie mówię o korzystaniu z nich, bo to już inna para kaloszy).
Wracam do czasów studiów i liceum, do szalonych historii, których nie opowiem raczej mojej córce, ponieważ słaby był ze mnie przykład pedagogiczny. 

Do tego wszystkiego dochodzi syndrom "od jutra". Bo od tegoż dnia zazwyczaj nie palę/odchudzam się/szukam dodatkowego zajęcia/zajmuję się szyciem/więcej ćwiczę. A kiedy przychodzi to mityczne jutro okazuje się, że poirytowałam się, więc zapalę, koleżanka podrzuciła kawałek ciasta, więc nie może się zmarnować, dziecko daje czadu, więc odpuszczam kolejne zajęcia zumby żeby nie zostawiać małża na pastwę hiscarycy.

I tak sobie trwam, jedną nogą w przeszłości drugą w przyszłości srając na teraźniejszość.
Zamiast docenić TU i TERAZ już myślę o tym co będzie za jakiś czas, a kiedy ten czas nadejdzie wspominam to co minęło. 
A może by tak podejmować decyzje na bieżąco, tak aby zamiast "od jutra" zacząć zmieniać swoje życie od drobnostek dzisiaj?
A gdyby tak zatrzymać się? I przez chwilę pomyśleć, że jest dobrze tak jak jest, że plany planami ale z ich realizacją może być różnie, więc zamiast odkładać radość z życia na święte nigdy, a spokój na bliżej nieokreślone "kiedyś tam"może by tak rozejrzeć się dookoła i pomyśleć "jest dobrze" i cieszyć się tym. Pewnie, że nie jest idealnie, ale przyszłość zapewne też taka nie będzie, zwłaszcza że myśląc o niej nieustanie mamy tendencję do idealizowania. Tak samo z resztą dzieje się w przypadku wspominania.

Jaki jest sens przypisywania szczęścia i poczucia spełnienia do celów tak odległych, że wręcz abstrakcyjnych? Oczywiście planować trzeba, marzyć też, ale nie powinno to przesłaniać nam tego co się dzieje z nami w danej chwili, ponieważ kiedy w końcu osiągniemy to co planowaliśmy od lat, po chwili euforii może dopaść nas wrażenie, że tak naprawdę w naszym wnętrzu, w naszym poczuciu szczęścia nic się nie zmieniło. A wtedy zostanie nam tylko wspominanie.

http://2jl.deviantart.com/art/happiness-62322785
Więcej... >

Już jej niosą suknie z welonem...

sąsiedzi debile życie w bloku społeczeństwo myślenie brak głupi
...czyli jak szykowałam się na wesele - oczywiście nie własne:)


7 dni do wesela
Lubię planować wszystko co tylko można, a im wcześniej mogę zacząć tym lepiej. Tydzień przed weselem zrobiłam przegląd szafy, który zaowocował odkopaniem kiecki, której nigdy nie miałam na sobie, a potem zaszłam w ciążę:P Przymierzyłam ją, dobrałam dodatki, problem z głowy.
Taki sam zabieg wykonałam z ubrankiem Zo - no może z pominięciem dobierania dodatków i przymierzania:)
Małż ma jeden wyjściowy garniak, więc problem był zdecydowanie mniejszy.

4 dni do wesela
Uwielbiam tworzyć wszelkiego rodzaju listy. Od listy zakupów, przez listę prezentów i rzeczy do zrobienia. Dlatego już we wtorek miałam gotową listę rzeczy do ogarnięcia z podziałem na piątek i sobotę. W miarę przypominania sobie o różnych kwestiach dopisywałam je do listy tak żeby nic mi nie umknęło i aby w ostatnich, najbardziej wariackich godzinach mieć jakąś dodatkową pamięć/głowę na karku.
Z rzeczy bardziej przyziemnych: zaniosłam marynarkę męża do pralni.

2 dni do wesela
Dzień prania. Uprałam ciuchy na wesele oraz ciuszki Zo na przyszły tydzień, bo przecież w niedzielę po powrocie z motywacją do pracy będzie ciężko. Przemyślałam jakie ciuchy zabrać ze sobą na "po weselu" i niedzielę właśnie, aby w sb nie obudzić się z przysłowiowym nocnikiem w ręku;)

1 dzień do wesela
Zaczyna się robić nerwowo, ale spokojnie, w końcu mam listę z wtorku. Czas na prasowanie, ostatnie pranie, przygotowanie porcji jedzenia dla Zo, butelek, słoiczków, pieluch, łóżeczka turystycznego, kosmetyków, ciuchów wyjściowych dla całej naszej 3 plus spakowanie torby z ciuchami na cały weekend. Do tego ogarnięcie mieszkania żeby wrócić do względnego porządku. 
Na deser tworzę kolejną listę, tym razem rzeczy o jakich trzeba pamiętać przed wyjściem - zakręcenie zaworów wszelakich, nakarmienie sierściuchów, spakowanie podgrzewacza do butli, kosmetyków do makijażu, szczoteczek do zębów i do kudłów, wózka do auta itd.

Dzień Wesela
Wstajemy o planowanej godzinie. Zo nakarmiona, po pierwszym śniadaniu udaje się na drzemkę, w tym czasie zjadamy śniadanie my, a ja po nim biorę gorącą kąpiel, z balsamowaniem i robieniem się na bóstwo włącznie. W tym czasie małż, pakuje rzeczy do auta. Po kąpieli i spakowaniu dodajemy do bagaży rzeczy o których trzeba było pamiętać przed wyjazdem. Zo zjada II śniadanie, po nim chwilę czekamy i przebieramy ją w strój wyjściowy, zapasowy mam w torebce. Zo ubrana, wszystko spakowane, odpicowani wsiadamy do zawalonego po dach auta i jedziemy na warszawską starówkę. Jesteśmy 40 minut przed czasem, parkujemy więc dosyć daleko, ale bez nerwów, ja jestem szczęśliwa, bo idziemy na pierwszy spacer z Zo po Starym Mieście. 
Przyjeżdżają gwiazdy wieczoru. Jak zwykle z rozrzewnieniem i wielkim AAAAAW ♥ przyglądam się Młodym. Uroczystość krótka i zwięzła, szampan, życzenia, rzucanie ryżem i lecimy na przyjęcie.

 
Tyle teorii.
W praktyce teoria sprawdziła się do dnia wesela. Żadne planowanie, listy itp. nie przygotowały nas na trudno przewidywalny czynnik ludzki. I nie, nie chodzi mi o Zo, czy małża, ale o sąsiada, który po raz kolejny potwierdził moje przypuszczenie, że ludzie to debile. Dlaczego? Ano dlatego ponieważ żaden myślący człowiek, posiadający chociaż krztynę empatii i kultury osobistej nie zaczyna wiercenia wiertarą udarową o 7 rano w sobotę. Nie chce mi się wierzyć, że to coś, co wymagało wywiercenia dziur nie mogło poczekać do dajmy na to 9-10. Tak czy inaczej za sprawą naszego niemyślącego sąsiada wszystko od sobotniego śniadania przebiegało inaczej. Zo marudziła, nie drzemała, trzeba było się przeorganizować, przez co wyruszyliśmy nie o 11, a o 11.40 tym samym spóźniając się na ślub cywilny, ponieważ nie znaleźliśmy na czas miejsca do parkowania. Wściekli, po 20 minutach krążenia, pojechaliśmy od razu do teścia zostawić bambetle Zo, dać jej obiad, po którym doczłapaliśmy się na wesele.

Byłam wściekła. Momentem krytycznym okazało się szukanie miejsca do parkowania i konkluzja, że nie ma sensu lecieć na Stare Miasto, bo jakby nie patrzeć ślub już się zaczął i zanim dojdziemy do miejsca docelowego nikogo z naszych już tam nie będzie. Wściekałam się, miotałam, chciałam zawracać. Zawzięliśmy się jednak i jechaliśmy dalej, wkurzeni jak cholera, ale nie odpuszczaliśmy. Po obiedzie z Zo było już lepiej, a po dotarciu do restauracji okazało się, że wkurw odpuścił. Widok Młodych wynagrodził nam trudy poranka, dobre jedzenie wymazało z pamięci moje wściekanie się w aucie, świetna muzyka pozwoliła zapomnieć o sąsiedzie-kretynie i chęci mordu jaką we mnie wywołał. Do tego wszystkiego bardzo zacne grono gości, które pozwoliło nam oderwać się od codzienności. Wisienką na torcie okazała się towarzyska Zo, która cieszyła się do wszystkich zwłaszcza do gości płci męskiej i innych dzieci, ale też nie szczędziła sobie drzemek na świeżym powietrzu.
Udało nam się zrelaksować, spotkać z dawno niewidzianymi znajomymi, ja nawet trochę potańczyłam (z Zo pod pachą ale lepsze to niż nic). 

Jakie wnioski?
Po pierwsze takie, że czasem warto się przemóc i mimo trudności dotrzeć do celu, który nie jest koniecznością, a tylko opcją/urozmaiceniem codzienności.
Po drugie, pomimo tego, że pewnych rzeczy nie można przewidzieć to nawet z dzieckiem można zorganizować się tak, żeby było dobrze, żeby można było złapać oddech i zrobić coś innego niż w każdy weekend.
Wystarczy chcieć i mieć trochę samozaparcia:)*

* I nie mieć broni. Gdybym ją miała to w porywie wkurwa odstrzeliłabym sąsiada idiotę i nasz dzień potoczył by się zgoła inaczej.
Więcej... >

Życie to (nie) bajka

Nie tak dawno temu, w niezbyt odległej krainie, żyła sobie Królewna Zosia. Królewna była dobrodusznym niemowlakiem, który zaskakiwał wszystkich swoim spokojem i pogodą ducha. Niestety sielanka nie trwała zbyt długo, gdyż zła czarownica widząc spokojne życie rodziny królewskiej rzuciła na  Zosię zły urok, zamieniając ją w wredną Zofindę Hiscarycę. Od tamtej pory Zosia dzieliła swój dzień z Zofindą, która opętywała ją bez ostrzeżenia, znienacka, zaskakując przerażonych rodziców, dziadków oraz mieszkańców zamku i okolicznych wsi.... Wielu śmiałków próbowało naprawić zło jakie wyrządziła czarownica. Uczeni z bliższych i dalszych królestw przyjeżdżali, aby odczynić urok, ale żadnemu z nich to się nie udało. Był nawet jeden wiedźmin, ale i jego zadanie to przerosło, gdyż rodzice ubić Zofindy nie chcieli. Dni mijały, a Królewna Zosia przynajmniej raz dziennie zamieniała się w Zofindę Hiscarycę...
Tak właśnie to u nas wygląda ostatnio.
Może nie ma czarownicy, wiedźmina, ani uczonych, ale Hiscaryca Zofinda a i owszem. Od kilku tygodni Zosia zmieniła styl komunikowania z powoli rozkręcającego się marudzenia na wrzask bez ostrzeżenia. Wrzeszczy zazwyczaj z powodu senności, ponieważ nie wiedzieć czemu zmienił jej się również tryb zasypiania w ciągu dnia. Kiedyś po prostu padała na twarz tam gdzie akurat siedziała/leżała, teraz sprawa się skomplikowała i Zo bez przytulenia przed zaśnięciem nie padnie, a przynajmniej nie w ciągu dnia... I tak walczymy z sennością, z innym stylem komunikacji, z jej nielubieniem nie bycia w centrum uwagi. Walczymy z Zofindą Hiscarycą, która na kilka minut dziennie opanowuje nasze dziecko, mając nadzieję, że jednak, jakimś cudem, jest to tylko stan przejściowy.

Wracając do bajkowej konwencji - jeśli znacie jakiegoś uczonego/czarodzieja/księcia-ze-bajki, który umie odczyniać podobne uroki to dajcie mu proszę namiar na nas:)
Więcej... >
Pani Fanaberia - blog parentingowy z przymrużeniem oka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka