A jakim trzylatkiem byłeś Ty mądralo?

mądrości dziecko parenting porady wychowanie
Ostatnio z powodu braku samochodu i jednoczesnego mieszkania na (delikatnie mówiąc) zadupiu zmuszona jestem regularnie korzystać z usług tzw.: zbiorkomu. O ile w pojedynkę nie mam z tym większego problemu, ponieważ (zwłaszcza po odinstalowaniu fejsbuka na telefonie) zyskuję czas na czytanie książek/gazet o tyle podróż z rezolutną i charakterną 3 latką przypomina bardziej jazdę kolejką górską – nie  ma czasu na czytanie, za to są śmichy-chichy, wrzaski, płacze i radość, że mamy to już z głowy.

Jest jednak coś co podnosi mi ciśnienie bardziej niż zmęczona ZuO w komunikacji miejskiej. Są to wszyscy ludzie, którzy zapomnieli najwyraźniej jak zachowuje się dziecko w wieku 3 lat. Kilka najczęściej spotykanych zapominalskich to:

Kiwające głową z dezaprobatą bądź cmokające paszczą starsze panie
Nie są to bynajmniej sympatyczne staruszki, które samym uśmiechem potrafią rozładować sytuację. O nieee…. To ich totalne przeciwieństwo. Babsztyle, które ze zgorzkniałą miną jeszcze bardziej nakręcają zmęczone dziecko i będącą u granic swoich sił mamę tegoż dziecka.
Jeszcze żeby dzieć jakoś naprawdę rozrabiał.
Bardzo często cmokanie i machanie łbem jest reakcją na zupełnie normalne i nie przeszkadzające nikomu zachowania. Przykład: ruch kiwająco cmokający jednej starszej osobniczki tego dziwnego gatunku został wywołany przez Zo jedzącą muffinkę czekoladową. Wiadomo, w końcu każdy trzylatek je babeczki łyżeczką dbając przy tym o walory estetyczne spożywania jak również o czystość swego lica.

❌Idealne matki, idealnych dzieci. 
Ten rodzaj zapominalskich czy raczej niedowidzących (zachowań własnych dzieci) można spotkać wszędzie. Na spacerze, placu zabaw i w komunikacji miejskiej, chociaż jego naturalnym środowiskiem wydaje się być internet. Idealne matki nigdy nie krzyczą, bo nie mają powodów, nie puszczają dzieciom bajek, bo będą bezmózgami (dzieci, nie matki), w domach zawsze mają nieskazitelny porządek i twierdzą, że nie ma czegoś takiego jak high need baby.
Niestety, zwłaszcza z poprawą pogody, idealne matki opuszczają swoje leża i zaczynają dzielić się swoimi arcymądrościami z innymi rodzicami posiadającymi dzieci… ekhem normalne, czyli niewyidealizowane, bez instagramowych filtrów i innych polepszaczy. Ich znakiem rozpoznawczym jest komentowanie zachowań Twojego potomka w tonie: „A moje dziecko to nigdy/zawsze”, „ja nigdy mojemu dziecku nie pozwoliłabym na….” i na koniec „jak możesz pozwalać, żeby Twoje dziecko..." Skoro pozwalam to mogę, nie Twój zasrany interes. Jak mówi nowe ludowe porzekadło: co Twoje to Twoje, co a moje to moje, więc swoje kretyńskie uwagi zachowaj dla siebie.

❌Ludzie bezdzietni, wiedzący, że ich-dzieci-by-nigdy. 
Idealne matki i ojcowie swoich idealnych (bo nienarodzonych) dzieci. Takim ludziom wymądrzanie się przychodzi najłatwiej. W końcu co to za sztuka ocenić matkę, której dzieć leży na chodniku i drze się wniebogłosy? Wiadomo – nie radzi sobie, wychowanie bezstresowe i takie efekty... jak ja bym miała dziecko, to w życiu bym mu nie dała się tak terroryzować.
Też tak mówiłam.
I wiecie co? Karma bywa przewrotna, więc uważajcie co sobie myślicie, bo może to do Was wrócić ze zdwojoną siłą.

❌Cuda natury, które urodziły się dorosłe.
Wszyscy dorośli ludzie, dziwiący się, że 3 latek biega i niekoniecznie ma ochotę siedzieć w miejscu. Albo młodzież przedrzeźniająca płaczące dziecko. Ci wszyscy mądrzy pytający się czy to dziecko musi się tak wiercić.
Zapewne Wy w tym wieku byliście w stanie wysiedzieć 12h ciągiem, albo przynajmniej 2h z klęczeniem na grochu, ale wierzcie mi nie znaczy to, że takie zachowanie jest normą dla ciekawego świata 3 latka.

Dlatego też, ludziska trochę więcej wyrozumiałości. Ten 3 latek zdąży się jeszcze nasiedzieć w jednym miejscu. Przed nim szkoła, studia, potem pewnie praca - czy naprawdę chcecie go wcisnąć w ten siedzący kierat już teraz zaraz, tylko dlatego, ze temperament dziecka różni się od tego Waszego, poprawnego, nudnego, siedzącego na dupie temperamentu zmęczonego dorosłego? 

Myślę, że dopóki dziecko szanuje cudze granice możemy przymknąć oko na jego ruchliwość, powstrzymać się od chamskich uwag i gestów, a co za tym idzie nieco ułatwić życie mamie wiercipięty.
Myślę, że dopóki dziecko nieidealne, nie zagraża temu waszemu idealnemu, wyprzedzającemu program o pierdyliard klas to możecie się przymknąć i pozwolić jemu i jego rodzicom na ich własne standardy zabaw.

To jak? Jesteście w stanie przymknąć oko i przestać ujadać?
---------------------------------
Jeśli spodobał Ci się ten tekst i uznasz, że ktoś może na nim skorzystać - będzie mi bardzo miło jeśli prześlesz go dalej w świat klikając w jeden z udostępniaczy (pod polecanymi postami) 👇
Dziękuję 💐😘
Więcej... >

Ratujmy się

pomagajmy sobie ludzie ludziom pomoc trudne sytuacje
Bardzo często czytam teksty o tym jak to ludzie nieznajomi wpieprzają się bez pardonu w życie i wychowanie nieswoich dzieci. Jak bardzo bez taktu i jakiegokolwiek przemyślenia czy empatii dzielą się swoją pseudo mądrością z rodzicami, którzy wcale nie chcą ich słuchać.
Chciałabym, ku pokrzepieniu serc, opowiedzieć Wam o drugiej stronie medalu. Tej fajnej, empatycznej, pomocnej.

Środa, godziny popołudniowego szczytu. Autobus zapchany do granic możliwości.
Wsiada kobieta z wózkiem i około rocznym dzieciakiem. Samo jej pojawienie się uruchomiło salwy westchnień i sporo spojrzeń z pretensją w tle. Jakby sama jej obecność nie była wystarczająco nie na miejscu to jeszcze bezczelna śmiała poprosić o udostępnienie miejsca przeznaczonego na wózki. Potem zrobiło się jeszcze gorzej, bo dziecko zaczęło marudzić. Najpierw trochę nieśmiało, a potem w ten najbardziej irytujący sposób charakteryzujący się nieartykułowanym piskiem.
Zmęczona, z bólem głowy, usiłowałam skupić się na czytaniu książki. Nie dało się, więc włączyło mi się klasyczne myślenie w stylu: „no tak, godziny szczytu, to już nie miała kiedy się wpakować do autobusu…” Kiedy złapałam się na tej myśli, wymierzyłam sobie mentalnego kuksańca (mówiąc delikatnie). 
Jak ja, notabene też matka, mogę w taki bezmyślnie krytyczny sposób, myśleć o innej, nieznajomej mi kobiecie również matce? Zaczęłam sobie przypominać ileż razy Zo dawała czadu tak, że wszystkie słyszące ją istoty miały ochotę nas obie posłać w cholerę? Ile razy byłam świadkiem niewybrednych komentarzy w stylu „proszę coś zrobić ze swoim dzieckiem, niech przestanie tak się drzeć”?
Mały wrzaskun nie dawał za wygraną, a jego mama była coraz bardziej zmęczona i poirytowana. Zaciśnięte zęby, napięte mięśnie, cedzone przez zęby prośby o spokój. Ile razy byłam dokładnie w tym samym stanie? Nigdy tego nie robię, ale po raz pierwszy postanowiłam spróbować rozbić tą negatywną spiralę, która zaczynała się tworzyć. Widać to było również po pasażerach i dziecku. Spojrzałam na mamę małej marudki, uśmiechnęłam się i najspokojniej jak umiałam powiedziałam, pierwsze co mi przyszło do głowy: „Też to przerabiałam”. Głupie prawda? 
Dziewczyna w pierwszej chwili była zdziwiona ale potem to napięcie widoczne w jej postawie odpuściło, odwzajemniła mój uśmiech i zaczęłyśmy gawędzić. O wszystkim i o niczym. Zagadałam również dziecia "cześć, jak się czujesz?". Dziewczynka nie odpowiedziała rzecz jasna ale do końca podróży była spokojniejsza. Wszyscy odetchnęli z ulgą:)

Wtorek, południe. Osiedlowy plac zabaw.
Zosia szaleje na wszystkich huśtawkach po kolei. Kiedy przychodzi czas zakończenia zabawy, mimo wcześniejszego uprzedzania Zo, standardowo dochodzi do sceny histerii w wykonaniu mej pierworodnej. Od wrzasku, przez płacz, machanie rączkami, próby kopania, przez wielki finał w postaci rzucenia się na chodnik i kontynuowania popisów wokalnych. 
Stoję nad nią i czekam co i raz powtarzając, że jestem tutaj, że czekam aż się uspokoi, że mogę ją przytulić jeśli chce itp. Z boku wygląda to tak, że dzieć drze się wniebogłosy, tarza się po ziemi, a nad nim stoi bezradna matka.
Najpierw wtrąciła się jedna bezczelna baba, która Zosię przestraszyła, a mnie poirytowała bardziej niż wcześniejsza zośkowa akcja protestacyjna (o tym kiedy indziej). Kiedy życzliwy inaczej babsztyl się oddalił Zo kontynuowała swoją histerię, ale już przytulona do mnie. Zaciskam zęby, napinam wszystkie mięśnie ciała, czuję, że zaraz wybuchnę, że nie ogarniam… I nagle pojawia się ona. Starsza pani, podchodzi do mnie, kiwa głową i uśmiecha się przyjaźnie, ze zrozumieniem. Tym drobnym, jakże nieinwazyjnym gestem, rozbroiła moją wewnętrzną bombę zegarową. Zosia chwilę później się uspokoiła i razem, trzymając się za ręce, wróciłyśmy do domu.

Jaki z tego morał?
Nie bójmy się reagować. 
Nasza życzliwa(!) reakcja może komuś pomóc w przerwaniu łańcucha negatywnych emocji. Nie musimy od razu zagadywać, czy wchodzić w dyskusję, czasem wystarczy taki drobiazg jak uśmiech i życzliwe spojrzenie, żeby drugi człowiek, który jest na skraju odzyskał rezon i siły.
Nie oceniajmy, nie kategoryzujmy, po prostu zobaczmy człowieka w człowieku i uśmiechnijmy się do niego. To mały gest, a ma ogromną moc.

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i uznasz, że ktoś może na nim skorzystać - będzie mi bardzo miło jeśli prześlesz go dalej w świat klikając w jeden z udostępniaczy (pod polecanymi postami) 👇
Dziękuję 💐😘
Więcej... >

Bliskość w czasach masakry


bliskość jak budować budowanie bliskości z dzieckiem dziecko trudna na co dzień
Bliskopad 2016 to kolejna, trzecia już, edycja akcji, której głównym celem jest promowanie bliskości. W ramach tego wydarzenia codziennie publikowane są zadania do wykonania razem z dziećmi, które pomagają zacieśniać więzi poprzez kreatywną zabawę czy zwykłe dostrzeżenie tego co kochamy w sobie wzajemnie.
Do tej pory wszystkie akcje tego typu oglądałam z boku, ale postanowiłam to zmienić. W tym roku nadarzyła się ku temu świetna okazja, gdyż Bliskopad 2016 angażuje również blogerów, którzy opowiadają o swojej codzienności w kontekście bycia blisko ze swoim potomstwem. Dla mnie wyzwanie jest podwójne – po pierwsze w kontekście stworzenia ciekawego i szczerego tekstu, po drugie ponieważ jak wiecie, moje życie, a co zatem idzie relacje z Zo są dalekie od tych cukierkowych wizji rodem z telewizji śniadaniowych.

Jak wyobrażałam sobie bliskość z dzieckiem kiedy nie byłam matką?
Tutaj do akcji wkroczyły telewizyjne trele morele. Pastelowe kolory, lekko rozmyty obrazek, ale przy tym czyściutki i schludny. Uśmiechnięta rodzinka z małym, uśmiechniętym dzieciaczkiem. Razem czytają książeczki, chodzą na spacery do lasu, wieczory spędzają na wspólnych zajęciach np. na malowaniu lub rysowaniu. W całym tym idealnym obrazku bardzo dobitnie oddzielałam swoją przestrzeń od przestrzeni dziecka. Uważałam, że powinno zasypiać samo, absolutnie nie powinno spać z rodzicami, że moja łazienka to sfera nie naruszalna i inne takie dyrdymały.

W praktyce wygląda to zupełnie inaczej…
Ciągle gdzieś pędzimy. Szaleństwo zaczyna się przed 6 rano. Prysznic, mycie zębów, czasem z Zo plączącą się między nogami. Ogarniamy się, M. leci do pracy, ja odstawiam Zo do przedszkola, a potem też lecę do pracy – jeszcze tylko godzina w komunikacji i tylko kwadrans spóźnienia (przy dobrym wietrze, dobrze, że Szef wyrozumiały). 8 (czasem więcej) godzin w pracy i wracamy do boksów startowych. M. odbiera Zo, leci do domu wstawić obiad, ja w drodze powrotnej robię zakupy. Wracam do domu jest 18 (ponownie – przy dobrym wietrze), więc na życie rodzinne zostaje nam zabójcze 2,5-3h. A w tym czasie wypadałoby coś zjeść, odgruzować chałupę, przygotować rzeczy na następny dzień. Czasem w ten i tak zapchany grafik trzeba jeszcze wcisnąć lekarza/szkolenie/wyjście ze znajomymi.
Od idealnego obrazka poza zapchanym grafikiem różni nas także temperament. Nie tylko Zo, ale całej naszej rodziny. Okazuje się, że słodki dzieć z obrazka, w naszej wersji jest asertywny do granic możliwości, a jeśli do tego dodamy bunt dwulatka (który u nas trwa od kiedy Zo skończyła 9-10 miesięcy:P), to okazuje się, że zarówno ja jak i M. codziennie osiągamy szczyty cierpliwości, kiedy po kilka(naście) razy mierzymy się z życiowym dramatem naszej córki jakim jest np. nie taki kolor kubka albo fakt, że śmiałam dotknąć jej kucyka. Bywa, że po tych 3 godzinach obcowania z Zo jesteśmy świetnym materiałem na pacjentów szpitala psychiatrycznego… Jakby ktoś po histerycznym wieczorze zaproponował mi biały kaftanik i własny pokój bez klamek bez wahania bym skorzystała z takiego zaproszenia. Cisza, spokój, prozac – czego chcieć więcej?

Gdzie ta bliskość?
Miało być o bliskości a ja narzekam… niestety w codziennym pędzie bywa trudno. Histerie też nie pomagają, bo po takiej dawce zośkowej złości ciężko wrócić na tory bycia czułymi i wyrozumiałymi rodzicami, ale staramy się. Naszą rodzinną bliskość wspierają codzienne rytuały. Po każdej histerii przytulamy Zosię  - pomaga to nie tylko jej ale i nam poskromić nerwy i rozchmurzyć się. Kiedy kryzys jest zażegnany wkraczamy do akcji i budujemy tę naszą bliskość m.in. przez wieczorne wygłupy, ganianie się, chowanie, gilanie. Jedną z moich ulubionych zabaw jest wspólne chowanie się w szafie. Siedzę sobie w niej razem z Zo, a M. udaje, że nie może nas znaleźć.
Po wieczornym szaleństwie przychodzi czas na kąpiel i kolacje (czasem okraszone kolejnymi histeriami). Wyciszanie nie należy do najłatwiejszych, ale po zjedzeniu wieczornej kaszy dobijamy do wieczornego czytania. Zo wybiera książeczki, a jedno z nas je czyta/opowiada/pokazuje. Nie ma reguły które. Siedzimy razem w pokoju i czytamy. Po czytankach czas na spanie i stały tekst „Mamusiu obok”. Kładę się więc obok Zo i czekam aż zaśnie, czasem ja też zasypiam, zawsze śpiewam – kołysankę, którą mi śpiewała moja mama. Zosia zna już słowa i czasem śpiewa razem ze mną a czasem leży i się śmieje z sobie tylko znanych powodów:
Cichej nocy, i sza,
do bialego śpij dnia.
Śpij dziecino, oczka zmruż,
Śpij do wschodu rannych zórz.

Mama zaś będzie tu
Śpiewać piosnki do snu.
Mama zaś będzie tu
Śpiewać piosnki do snu.

Gwiazdki w górze już lśnią,
Wszystkie dzieci już śpią,
I Ty też swe oczka zmruż,
Śpij do wschodu rannych zórz.
Mama zaś będzie tu
Śpiewać piosnki do snu.
Mama zaś będzie tu
Śpiewać piosnki do snu.
Mogłabym na tym skończyć, ale jest jeszcze jeden etap naszej codziennej bliskości, stojący w opozycji do mojego bezdzietnego wyobrażenia. O co chodzi? O spanie. Zosia właściwie codziennie od kilku miesięcy wędruje do nas i pod osłoną nocy wtrynia się miedzy mnie a M. O ile nie kopie mnie po łbie i twarzy jest to naprawdę miłe, chociaż uciążliwe, ale po prostu lubię wiedzieć, że Zo jest koło mnie i słyszeć jej spokojny oddech.

I to właściwie tyle. 
Chciałabym, aby nasza bliskość była czymś więcej niż wydzieraniem codzienności chwil, które możemy przerobić na fajne wspomnienia. Jednak zawsze powtarzam, że na ten moment wszystko robimy najlepiej jak potrafimy. Chociaż na pewno odbiega to od wyidealizowanej wizji przeddzieciowej. Czasem trochę mi szkoda, że ta wizja nie pokrywa się z rzeczywistością, ale mimo tego lubię to nasze nieidealne życie i te chwile bliskości, które czasem poprzedzane są walką i zaciskaniem zębów.
Więcej... >

Jak wybrać żłobek?

dziecko pytanie żłobek jak wybrać wybieramy
Niedawno Zosia oficjalnie awansowała na przedszkolaka. Jako że nie jestem samotną (chociażby na papierze) matką, w naszej rodzinie wszyscy jesteśmy zdrowi (przynajmniej w teorii), nie szerzymy patologii (tej rozumianej ustawowo inną a i owszem), Zosia jest jedynaczką, a na dobitkę należymy do najbardziej dymanej grupy społeczeństwa (czytaj za bogaci na pomoc, za biedni żeby móc coś odłożyć) nasza pierworodna karierę przedszkolną rozpoczęła w prywatnej placówce. Wcześniej przez 1,5 roku uczęszczała do żłobka.

Jako że ten etap mamy już za sobą i przeszliśmy go w miarę bezboleśnie postanowiłam podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami na temat tego na co dobrze jest zwrócić uwagę przy wyborze placówki raczej prywatnej, bo z państwowymi doświadczenie na razie mam żadne.

Od czego zacząć?

Na początek dobrze jest się zastanowić nad lokalizacją żłobka.
Czy chcemy z dzieckiem jechać w pobliże naszej pracy żeby w razie czego mieć je pod ręką?
Czy może szukamy placówki jak najbliżej miejsca zamieszkania?
Albo naszym "targetem" jest opcja po środku czyli miejsce znajdujące się na trasie do naszej fabryki?
Pierwsze rozwiązanie jest dobre w sytuacji kiedy niespodziewanie musimy pojawić się w placówce np. z powodu choroby dziecka albo z tytułu wydarzeń w stylu teatrzyk świąteczny czy inne cuda. Minusem jest natomiast dojazd, zwłaszcza jeśli nie macie tego komfortu i pracujecie daleko od miejsca zamieszkania. Osobiście nie wyobrażam sobie przemierzania codziennie, permanentnie zakorkowanego miasta komunikacją miejską, z wózkiem (a nawet bez). Dzikie tłumy to jedno, ale dzikie, zasmarkane tłumy w sezonie jesienno-zimowym to już zupełnie inna bajka (czy raczej koszmar). Jeśli macie auto to warto sobie przekalkulować koszty paliwa, czas stania w korkach itp.

Żłobek blisko domu ma ten plus, że po odstawieniu dziecka sami śmigacie do pracy bez brzydko powiedziawszy dodatkowego opóźniacza. Nie ma po drodze "mamo siusiu", "mamo kupę", ani morderczego wzroku współpasażerów (bo tak większość ludzi reaguje na widok wózka dziecięcego, w autobusie, w godzinach porannego szczytu). Poza tym jeśli zdarzy Wam się zostać w domu np. z powodu choroby, albo tak jak ja, czasem pracujecie zdalnie, możecie spokojnie odprowadzić dziecko do placówki nie tracąc godziny na podróż. Minus tego rozwiązania jest taki, że jak coś się wydarzy w żłobku będziecie tam z godzinnym poślizgiem.

Jeśli wiecie już, która opcja jest dla Was najlepsza dobrze jest zrobić sobie listę placówek, które kwalifikują się do wybranego przez Was rozwiązania.
Macie listę?
Gratuluję, jeszcze kawał drogi przed Wami, ale jej znaczną część możecie pokonać bez wychodzenia z domu.

1. Rejestr MPiPS
Pierwsze sito (poza kwestią lokalizacji) to sprawdzenie czy wybrane przez nas żłobki znajdują się w rejestrze Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej.
Jeśli ich tam nie ma możecie brakujące placówki, bez mrugnięcia okiem, wyrzucić z listy – chyba że Wam to nie przeszkadza, jednakże dla mnie było to kryterium nie do przeskoczenia.

2. Oferta
Zakładamy sobie budżet tzn. ile właściwie możemy co miesiąc zapłacić za uczęszczanie pociechy do żłoba.
Jeśli nasz budżet jest nieograniczony to problem znika. Jednak u większości z nas 300-400 zł miesięcznie w tą czy w tamtą robi zdecydowaną różnicę. Jeśli interesuje nas „niepełny” wymiar godzin dobrze jest się zorientować czy można podpisać umowę godzinową.
Sprawdzamy zatem ceny, wyrzucamy te na które nas nie stać, a następnie wśród placówek, które zostały na naszej liście, weryfikujemy co podane kwoty właściwie zawierają. Jedne żłobki oferują niskie czesne ale dodatkowo płatne wyżywienie czy zajęcia dodatkowe. O ile z tym ostatnim moim zdaniem nie ma co szaleć (zwłaszcza na etapie żłobkowym:P) to kwestie jedzeniowe to co coś nad czym można się dłużej pochylić (np. sprawdzić firmę cateringową). Z drugiej strony czasem wysokie czesne nie niesie za sobą nic specjalnego.
Z trzeciej strony jeśli żłobek ma w ofercie szachy, garncarstwo, naukę chińskiego i pływania synchronicznego dobrze jest chwilę poświęcić na zastanowienie się czy jest to potrzebne dziecku w wieku (powiedzmy) 15 miesięcy, a jeśli z jakiś przyczyn dojdziemy do wniosku, że tak, to czy placówka szczycąca się takim programem faktycznie go realizuje czy jest on tylko na papierze.

3. Google
Tak jak ze wszystkim wujek Google coś podpowie (czasem coś totalnie przerażającego jak "zostało Ci 10 dni życia"). W kwestii żłobków mogą to być mniej sensacyjne wieści, niż przy wyszukiwaniu objawów chorobowych, jednakże szukając w ten sposób możemy trafić zarówno na aktualne opinie jak również na takie totalnie archiwalne. Przy czytaniu opinii dobrze jest zwrócić uwagę właśnie na datę – czasem są one naprawdę wiekowe, ale z drugiej strony możemy prześledzić tendencje ocen w kontekście interesujących nas placówek.

4. Lokalne grupy sąsiedzkie np. na fejsiku
Pisałam niedawno o jasnej stronie internetu - grupy zrzeszające daną dzielnicę czy miasto zdecydowanie się do tej strony kwalifikują. Sąsiedzi, poza malkontentami i trollami, zawsze służą dobrą radą i czasem (mniej dobrą) opinią na temat miejsca o które pytamy.
W pierwszej kolejności najlepiej użyć legendarnej lupki i przeszukać istniejące wątki w kontekście placówek, które nas interesują. Jeśli jednak nie znaleźliśmy nic co by nas satysfakcjonowało (albo wątek jest wiekowy) najlepiej po prostu zapytać o opinie sąsiadów. Dzięki temu placówki w naszych oczach kiepskie mogą sporo zyskać, a z drugiej, te świetne na papierze, mogą wiele stracić jeśli opieka w nich nie należy do najlepszych. Oczywiście możemy się też utwierdzić we własnych typach, ale to równie dobra informacja co dwie powyższe. Dla mnie najlepszą rekomendacją była informacja o tym, że kolejne dziecko z rodzeństwa chodzi do danej placówki i ją sobie bardzo chwali.

Po zrobieniu internetowego "riserczu" czas ruszyć w miasto...

5. Dni otwarte
Warto zorientować się czy interesujące nas placówki organizują dni otwarte.
Dlaczego?
Bardzo często można przy ich okazji poznać rodziców dzieci uczęszczających do interesującego nas żłobka, a są oni jednym z lepszych źródeł informacji. Czasem dni otwarte są przygotowywane raz w roku, czasem częściej. Informacje o tym można znaleźć na stronach internetowych danej placówki. Z braku laku można również zadzwonić i przejść do kolejnego kroku…
Jeszcze jednym, dodatkowym plusem, jest to, że w czasie dni otwartych prywatne żłobki/przedszkola często oferują różnego rodzaju promocje np. wpisowe 0 zł (o ile zdecydujemy się w określonym czasie - czasem w ciągu tegoż dnia otwartego - podpisać umowę).

6. Oglądamy
Z listą wzbogaconą o opinie wujka google, sąsiadów oraz informacje ze stron internetowych idziemy na wizję lokalną. Najlepiej wcześniej zadzwonić do interesujących nas placówek i dowiedzieć się czy trzeba się na spotkanie umówić (gorsza opcja) czy można po prostu przyjść znienacka (zdecydowanie lepszy wariant). Warto sobie przygotować listę pytań, które chcemy zadać opiekunkom (piszę już kolejny tekst na ten temat).
Na spotkanie możemy zabrać - dziecia jego reakcja na dane miejsce może dać nam sporo informacji zwrotnych.

Po takim rekonesansie nasza decyzja, choć trudna (oddanie dziecka pod opiekę osób trzecich nigdy łatwa nie jest) będzie zdecydowanie bardziej świadoma i przemyślana.

Jak było u Was?
Czym kierowaliście się przy wyborze placówki dla swojego potomstwa?
A może dopiero szukacie? 
Jeśli tak to napiszcie proszę czy Wam pomogłam:)
Jeśli nie należycie do grona komentujących, ale tekst Wam się spodobał to udostępnijcie go proszę – może ktoś jeszcze skorzysta:)
Więcej... >

Matkowe emocje

Źródło
Wściekam się.
Kiedy masz dzień marudy.
Kiedy nie chcesz współpracować.
Kiedy nie potrafię Cię zrozumieć mimo, że bardzo tego chcę.
Kiedy nie pozwalasz mi w spokoju odpocząć, a zaraz mówisz, że mam sobie iść.
Kiedy oczekujesz ode mnie uwagi, a ja jestem zbyt zmęczona żeby się zaangażować.
Kiedy udajesz, że nie słyszysz ale wiem, że tak nie jest i jestem bezsilna, bo nie wiem jak do Ciebie dotrzeć.

Jest mi smutno.
Kiedy tracę cierpliwość.
Kiedy mówisz, że mnie nie chcesz.
Kiedy myślę, że mam za mało czasu dla Ciebie.
Kiedy zdaję sobie sprawę, że mogłabym być lepsza.
Kiedy dociera do mnie, że powinnam zachować spokój ale jest już na to za późno.

Jestem szczęśliwa.
Kiedy się przytulasz.
Kiedy dajesz mi buziaki.
Kiedy śpiewamy piosenki.
Kiedy się gilamy i tarzamy ze śmiechu.
Kiedy wspólnie czytamy książki - ja swoją, Ty swoją.
Kiedy razem się bawimy chociaż nasze zabawy nie trwają jeszcze zbyt długo.
Kiedy jedziemy samochodem i zerkam na Ciebie, a Ty się do mnie uśmiechasz.

Więcej... >
Pani Fanaberia - blog parentingowy z przymrużeniem oka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka