Nowa odsłona serialu "Kochane Kłopoty" [Gilmore Girls - A Year in the Life]

Kochane Kłopoty nowe recenzja Lorelai Rory serial
Większość z nas, oglądało kiedyś z wypiekami na twarzy jakieś seriale, tylko po to żeby później o nich zapomnieć. Zazwyczaj pozostają ukryte one gdzieś głęboko w naszych wspomnieniach, a raz na 100 lat przypominają o sobie flashbackami i tekstami w stylu "a pamiętasz, był kiedyś taki serial w którym..."
Sytuacja zmienia się, kiedy ktoś zaczyna odgrzewać stare kotlety. Wtedy mamy okazję wrócić do swoich ukochanych bohaterów i skonfrontować ich z:
a) sentymentem/wspomnieniami,
b) z dorosłą wersją siebie.

Między innymi ze względu na tę konfrontację bardzo ucieszyłam się kiedy w zeszłym roku gruchnęła wiadomość o powrocie Gilmore Girls czy jak kto woli Kochanych Kłopotów. Z drugiej strony trochę się obawiałam tego co czas zrobił z moimi bohaterkami i ze mną. Czy będę w stanie jeszcze raz się wciągnąć w historię Gilmorek?
Źródło
Dla przypomnienia - oryginalny serial Gilmore Girls opowiada o perypetiach matki (Lorelai) samotnie wychowującej córkę (Rory). Ich losy zaczynamy śledzić w momencie, w którym Rory dostaje się do prestiżowej szkoły na którą niestety nie stać jej matki. Żeby umożliwić córce najlepszą edukację Lorelai zwraca się o pomoc do swoich bardzo dobrze sytuowanych rodziców, od których uciekła chwilę po urodzeniu dziecka.

Bardzo lubiłam ten serial. Kibicowałam Lorelai i Rory w ich codziennych perypetiach, przeprawach, a także i w miłostkach. Chociaż w tych ostatnich bardziej kibicowałam Rory, bo byłam wtedy mniej więcej w jej serialowym wieku.

Podobały mi się szybkie i błyskotliwe dialogi pełne ciętych ripost. Oczywiście już wtedy zdawałam sobie sprawę z tego jak bardzo przekoloryzowany jest świat w którym główne bohaterki zostały osadzone ale zupełnie mi to nie przeszkadzało... Co więcej jak tak sobie teraz o tym myślę, to chyba ten serial zaszczepił we mnie jakąś miłość do kawy i cynicznego poczucia humoru.

Powrót do Stars Hollow pod koniec 2016 roku zapewniły nam 4 (trwające 90 minut) odcinki. Każdy opowiadał o jednej porze roku. Już pierwszy z nich, "Zima", chociaż od lat nie oglądałam tego serialu, momentalnie odświeżył moje wspomnienia tego urokliwego, trochę odrealnionego miasteczka i jego oryginalnych mieszkańców.
O ile burmistrz nie zestarzał się jakoś specjalnie o tyle niestety ząb czasu mocno nadgryzł Luka. Trochę mniej Lorelai i Rory czy Lane (chociaż ta ostatnia zdecydowanie zrobiła największy postęp z zakresu asertywności). Najlepiej jednak trzyma się seniorka rodu Gilmore po której upływu czasu bynajmniej nie widać (przynajmniej jak się nie wraca do zdjęć z oryginalne serialu). Być może jest to kwestia konserwowania się dobrą szkocką...
Z ważniejszych osób spotkamy również Logana, Jessa i Deana (którego gra Sam z Supernaturala - if you know what I mean;)). Bynajmniej nie wymieniam ich w kolejności lubienia, raczej ze względu na częstotliwość występowania.

---Uwaga spoilery---
30 letnia Rory po studiach nie może pochwalić się zbytnio oszałamiającymi sukcesami. Pomimo świetnego wykształcenia dostaje tylko pomniejsze, niezbyt ambitne zlecenia, ale ma to się nijak do jej wymarzonej kariery dziennikarskiej. Artykuł w Timsie wydawał się być przełomem, ale niestety, było to tylko złudzenie. Ciągle w rozjazdach, z rzeczami porozrzucanymi w różnych miastach i facetem, z którym notorycznie zapomina zerwać, Rory miota się szukając swojej własnej drogi przez życie. Przystanki na tej trasie robi sobie właśnie w Stars Hollow, w którym, nawiasem mówiąc, niewiele się zmieniło - jej matka nadal prowadzi Dragon Fly Inn, a Luke w swoim niepowtarzalnym stylu zarządza jadłodajnią. Rory mimo głebokiej więzi z Lorelai nie jest z nikim (nawet z samą sobą) do końca szczera w opowiadaniu o tym jak ułożyło się jej życie, jednak z czasem, w kolejnych porach roku ma się co nieco w tej kwestii zmienić...

W tym samym czasie Lorelai stara się na nowo ułożyć relacje ze swoją matką, która po śmierci swojego męża (ojca Lorelai) staje się hm... powiedzmy, że bardziej wymagająca w sprawie kontaktów z córką, ba, zaprowadza ją nawet na rodzinną terapię.

Gdzieś pomiędzy dziewczynami jest miejsce również dla Luka i jego związek z Lorelai, w który z kolei nie bardzo wierzy jej matka...
---Koniec spoilerów---

Więcej nie powiem, bo warto obejrzeć te 4 odcinki chociażby dlatego, żeby zobaczyć jakie okoliczności i ludzie sprawiają, że Rory nie poddaje się w szukaniu swojej ścieżki, a także co Lorelai wymyśli w ramach nabierania dystansu do swojego życia i jak ten dystans się skończy.

Jak nowe-stare Gilmore Girls, wypadły w konfrontacji na linii dojrzałość kontra sentyment?
Czy Stars Hollow jest przekoloryzowane i do bólu słodkie - tak;
Czy Lorelai z punktu widzenia 30-latki zachowuje się czasem jak niedojrzała gówniara - owszem;
Czy Rory bywa zakręcona jak jej matka kiedyś tam - tak, tak, po tysiąckroć tak!
Czy Luke mógłby w końcu wyluzować i przyzwyczaić się do miasteczka w którym żyje i do swojej teściowej - zapewne.

Nie mniej jednak, żadne z powyższych nie przeszkodziło mi w świetnej, a czasem wzruszającej, zabawie, jaką miałam w czasie oglądania nowych perypetii Gilmore Girls.
Także tak - drogi Sentymencie - wygrywasz:)
Źródło
---------------------------------
Jeśli spodobał Ci się ten tekst i uznasz, że ktoś może na nim skorzystać - będzie mi bardzo miło jeśli prześlesz go dalej w świat klikając w jeden z udostępniaczy (pod polecanymi postami) 👇
Dziękuję 💐😘
Więcej... >

Matkowym okiem – filmy na listopad

Jesień ma to do siebie, że wieczorami okopujemy się w kocach, obsadzamy się poduszkami, włączamy telewizor i… okazuje się, że nic w nim nie ma. Nie ważne czy masz tylko 5 kanałów czy aż 250. Czasem udaje się trafić na jakąś perełkę, ale zazwyczaj znajdujemy ją wtedy kiedy trzeba kłaść się spać albo jest ona tylko przerwą dla bloków reklamowych... Dlatego też, w trosce o Wasz czas, zapraszam na krótką listę matkowych filmów, które mogą umilić Wam jesienne wieczory jeśli tylko dacie im szanse.

1. Poradnik Pozytywnego Myślenia
Źródło
Każdy z nas ma jakiś bagaż doświadczeń - pytanie jak sobie z nim radzimy. Przewrotne życiowe scenariusze czasem nam w tym radzeniu sobie przeszkadzają a innym razem pomagają, na swój pokręcony sposób.

Czasem coś co wydaje nam się nie do przeskoczenia okazuje się być „tylko” chwilową, mentalną blokadą. Czasem trauma, którą przeżyliśmy napędza nas do dalszego funkcjonowania w zupełnie inny, nowy, czasem niepoprawny sposób. Ten nowy sposób działania może sprawiać, że czujemy się nierozumiani, nawet samotni chociaż mamy dookoła siebie pomocnych (na pierwszy rzut oka) bliskich. 
Poradnik Pozytywnego Myślenia to cudowny, ciepły film właśnie o walce z własnymi słabościami i traumami oraz o tym, że czasem pomoc jest bliżej niż nam się wydaje (jak we wszystkich komediach romantycznych, chociaż jednak nie szufladkowałabym tego tytułu w tym gatunku;)). 

Kiedyś ktoś powiedział mi, że jest to film dołujący. Nic bardziej mylnego, zwłaszcza jeśli da mu się szansę i obejrzy do końca.
Ogromnym plusem tego filmu są genialne dialogi, a wisienką na torcie, wg mnie jest oczywiście ścieżka dźwiękowa… no może minimalnie przesadziłam - nie ma żadnej wisienki, można od razu zacząć tarzać się w torcie... i wisienkach;)
Występują m.in.: Jennifer Lawrence, Bradley Cooper, Robert De Niro, Chris Tucker, 

2. Ratując Pana Banksa [Saving Mr Banks]
film jesien kultura pana banksa tom hanks collin farell poppins disney polecam recenzja filmy na
Źródło
Rzygający tęczą Walt Disney kontra surowa Pamela Lyndon Travers – twórczyni Mery Poppins. To produkcja ciepła, wzruszająca, a przy tym, mimo wszystko smutna, jak koniec lata. 
Jest to jedyny film w którym toleruję Colina Farrella, jedyny w którym aktor ten, poza tolerancją, wywołał we mnie jakiekolwiek emocje inne niż przysłowiowy face palm. 

Ratując Pana Banksa to historia powstawania kultowego już filmu o Mery Poppins oraz o tym, co się za tą opowieścią kryło. Niestety nie był to żaden idealny obrazek wymyślony przez pisarkę, ale smutny obraz problemów rodzinnych i tego jak w ich obliczu zachowujemy się w stosunku do naszych dzieci. Jak, dbając o ich dzieciństwo, wielokrotnie walczymy o zachowanie pozorów normalności wręcz bajkowości – złudnej i fałszywej, ale to nieistotne. Niestety karmione bajkami o rodzicach dziecko w końcu zaczyna dorastać i dostrzegać brzydką prawdę z którą musi sobie w jakiś sposób poradzić…
Występują m.in.: Tom Hanks, Emma Thompson i wspomniany wcześniej Collin Farell.

3. Ona [Her]
co oglądać jesienią kino nastrój nastrojowe her ona
Źródło
Historia miłości w czasach królowania technologii. 
Z jednej strony staramy się nawiązywać realne związki, z drugiej uciekamy w wirtualną rzeczywistość, w której znajdujemy… no właśnie, co? 
Bardzo często niestety są to tylko pozory, niespełnione pragnienia i kompleksy, ale drugą stroną medalu bywa często zrozumienie i akceptacja. 

Co by było gdyby najlepiej ze wszystkich rozumiała nas sztuczna inteligencja? 
Czy jeśli ta sztuczna inteligencja przestałaby być tylko algorytmem odpowiadającym na nasze potrzeby nadal będzie dla nas pociągająca?
Czy będziemy dla niej równoważnymi partnerami?
Co zrobimy jeśli nawet ona nas zostawi?
A jeśli gdzieś tam poza telefonem/komputerem są ludzie, którym na nas zależy tylko zapomnieliśmy o tej archaicznej formie kontaktu?

To tylko kilka z pytań które przewinęło się przez moją głowę podczas oglądania tego filmu. Jeśli macie ochotę na coś bardziej ambitnego, pięknego zarówno pod kątem wizualnym jak i fabularnym to szczerze polecam.

Występują m.in.: Scarlett Johansson (a dokładniej jej głos), Ammy Adams, Rooney Mara i Olivia Wilde, a ze znanych facetów: Skurczybyk co zabił Gladiatora:P

4. Siostra twojej siostry [Your Sister's Sister]
siostry film recenzja Emily Blunt
Źródło
Kocham niedopowiedzenia. I wynikające z tego historie. 
Jako jedynaczka z nieudawanym zainteresowaniem oglądam również firmy o szeroko rozumianych siostrzanych relacjach. Jeśli do tego okraszone są absurdalnym poczuciem humoru to możecie mnie ogłosić pierwszą chearleaderką tego tytułu. 

Film ten jest leniwą, krótką historią trojga ludzi, których łączą po pierwsze śmierć, a po drugie więzy rodzinne. Po trzecie domek na odludziu. Po czwarte, jak to w życiu bywa, za dużo wódki. Brzmi jak horror, ale uwierzcie mi to kawał dobrej, komediowej roboty (z elementami dramatu ale co tam). Wszystko w scenerii podobnej do naszej – szarej, listopadowej, ale za sprawą głównych bohaterów na pewno nie zimnej. 
Genialne dialogi, wzbudzające sympatię postacie i humor, czasem mocno niepoprawny to tylko niektóre z walorów tego tytułu.

Występują: Emily Blunt, Rosemarie DeWitt i Mark Duplass. Bez "m.in.", bo są to główni i właściwie jedyni bohaterowie filmu.

5. Joy [Yoy]
recenzja Joy Jennifer Lawrence Bradley Cooper Robert De Niro Isabella Rossellini
Źródło
Gdy Ci smutno, gdy Ci źle… opatentuj mopa. 
Film ni mniej ni więcej o zwalczaniu przeciwności losu. Owszem mocno spłycony i ugrzeczniony na potrzeby hollywoodzkiej produkcji. Jednakże pomimo tego jest on niewątpliwie ogromną porcją inspiracji kiedy w życie rzuca nam pod nogi kolejne kłody. Zwłaszcza kontekście bycia matką i podejmowania prób połączenia matkowania z realizacją własnych pasji i konfrontowania się z najbliższą, niezbyt pomocną rodziną. Raczej dysfunkcyjną, a momentami również toksyczną, ale jednak rodziną.

Występują m.in.: Jennifer Lawrence, Bradley Cooper, Robert De Niro i Isabella Rossellini.
Popełniłam również bardziej obszerną recenzję.

6. Miłość po francusku [20 ans d'écart]
Źródło
Jesteś po 30? 
A może już masz 4 z przodu? 
Masz 20 lat i ciekawa jesteś jak to będzie na „starość”? 
Jeśli na któreś z powyższych pytań odpowiedziałaś „tak”, to ten film jest właśnie dla Ciebie. Dlaczego? Ponieważ pokazuje, że niektóre założenia czy stereotypy, na przykład na temat tego co (w pewnym wieku) wypada a co nie, możemy włożyć miedzy bajki. 
Nikt, w żadnym wieku, nie jest za stary bądź za młody na zakochanie. Nie ma też poprawnego momentu na miłość. W całym tym szaleństwie ważne jest, żeby mimo wszystko być sobą, cokolwiek to dla nas oznacza, niezależnie od tego czy to legendarne bycie sobą jest adekwatne do cyferek z numeru PESEL. Nie dajmy się zwariować, w końcu nie chcemy być definiowane przez pierwszą cyfrę naszego wieku.

Miłość po francusku to sympatyczna komedyjka, w której nie zraża mnie nawet ten nieszczęsny francuski, za którym specjalnie nie przepadam. Główni bohaterowie zarysowani są w bardzo wyrazisty sposób wzbudzający sympatię widza. Robią to tak skutecznie, że przez chwilę, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że urodzę dziewczynkę, dla chłopca rozważałam imię Baltazar. Na szczęście urodziłam Zosię;)
Występują m.in.:Virginie Efira i Pierre Niney.

Mam nadzieję, że chociaż jeden z powyższych tytułów przypadnie Ci do gustu, a może masz swoje typy filmów na jesienne wieczory? Z chęcią o nich przeczytam w komentarzu:)

Jeśli uznasz, że komuś jeszcze przyda się powyższa lista udostępnij proszę ten tekst - możesz to zrobić klikając jeden z poniższych udostępniaczy👇 Dziękuję 💐
Więcej... >

JOY

Źródło
     JOY to nowy film Davida O. Russella z Jennifer Lawrence w roli głównej. Jeśli jeszcze tego nie wiecie, to śpieszę donieść, że jest to jedna z moich ulubionych aktorek „młodego pokolenia” (pfff). Uwielbiam ją za „Igrzyska Śmierci”, „Poradnik Pozytywnego Myślenia” a także „American Hustle”.
Moja wyprawa na najnowszy film z tą panią była więc tylko kwestią czasu. Gdzieś w sieci przeczytałam, że film jest cudowny, inspirujący itp. Tym bardziej nastawiłam się na małą ucztę, zwłaszcza, że ostatnio w życiu zawodowym ciągle szukam pomysłu na siebie, więc wszelkie inspiracje są jak najbardziej mile widziane.

     Joy to młoda kobieta, rozwódka, matka wrzucona w dorosłe życie, które powiedzmy sobie szczerze ma niewiele wspólnego z tym jak je sobie wyobrażała jako dziecko czy nastolatka. Jej zagubiona, samotna matka, odnajduje się tylko i wyłącznie w świecie telenowel, ojciec ciągle poszukuje nowych miłostek, były mąż mieszka w piwnicy, a siostra (pół przyrodnia) pod osłoną żartów i dobrych rad ciągle wbija jej szpile. Jedyną przychylnie nastawioną osobą jest jej babcia.
W tej mieszaninie skomplikowanych charakterów i trudnych relacji Joy jest również głównym żywicielem rodziny, złotą rączką, opiekunką i rozjemcą sporów. Do tego pomaga ojcu w księgowości w jego warsztacie i pracuje na zmiany jako kasjerka na lotnisku. 
     Pomimo braku środków i możliwości przyjmuje pod swoje skrzydła każdego członka rodziny, nawet jeśli oznacza to, że jej wiecznie szukający miłości ojciec będzie mieszkał z jej byłym mężem w piwnicy, na przestrzeni podzielonej papierem toaletowym. Wszystkie te jakże przyziemne problemy gromadzą się na tle telenowel, które nałogowo ogląda matka Joy. Problemy natapirowanych Danicy i Clarindy z czarnobiałych produkcji to dokładne przeciwieństwo tego co się dzieje w życiu naszej bohaterki. 
     Joy we wszystkich nierównych zmaganiach z życiem codziennym wyróżnia się smykałką wynalazcy. Jak boomerang powracają do niej słowa ukochanej babci, która na każdym kroku powtarza jej, że jest wyjątkowa i stworzona do tworzenia pięknych rzeczy. Chociaż swoje ambicje spycha przez większość czasu na bocznicę na rzecz zabiegania o pozory normalności w dysfunkcyjnej rodzinie, to jednak w pewnym momencie ta wyjątkowa strona bierze górę i sprawia, że Joy wpada na pomysł, który zmienia jej całe życie. Nie dzieje się to od razu. Po drodze do osiągnięcia sukcesu i spokoju ducha spotyka wiele przeszkód, stawia czoła wielu w sumie bezndziejnym sytuacjom. Pada na kolana, ale w końcu podnosi się z nich silniejsza. Pomagają jej w tym były mąż, przyjaciółka z dzieciństwa oraz Neil - człowiek, którego poznaje w trakcie walki o swoje marzenia.
Droga jaką pokonuje jest wyboista ale i pasjonująca.
     
     Jen odwaliła kawał świetnej roboty, gdyż skupiając się na jej bohaterce można zapomnieć o całej jej okropnej rodzinie. I jest to cudowne, bo w sumie właśnie to musiała zrobić Joy – skupić się na sobie i celu, odciąć od uwag życzliwych inaczej, którzy wymierzają jej razy w jedwabnych rękawiczkach.
Niestety mojego uwielbienia nie starczyło już dla Roberta De Niro, który, mam wrażenie, ostatnio odgrywa role tylko dysfunkcyjnych ojców.

    Joy to historia podobna do opowieści o mitycznym „american dream”. Podobna, a jednak inna, bardziej gorzka niż słodka, bardziej realistyczna niż wyśniona. Jednak pomimo tych wszystkich ukłonów w stronę rachunku prawdopodobieństwa i tak nie można się pozbyć złudzenia, że tak inteligentna kobieta jak Joy nie zwróciła uwagi na niektóre kwestie w momencie planowania swojego biznesu. 

     Film w moim odczuciu może spodobać się osobom lubiącym filmy obyczajowe albo fanów Jen. Nie wiem natomiast czy jest to film dla osób szukających inspiracji. W pewnym sensie na pewno tak, jednakże pewnych niedociągnięć czy niespójności jest na tyle dużo, że uważnemu widzowi mogą one przesłonić przesłanie pt.: ”Możesz wszystko”...

Moja ocena: 6/10
Więcej... >

O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu


Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że pójdę do kina na czarno-biały, IRAŃSKI film o wampirach to bym się popukała w głowę. Po raz kolejny okazuje się jednak, że nie należy niczego wykluczać, bo właśnie na takowej produkcji wylądowałam niedawno w warszawskim kinie LAB.

Wszystko to za sprawą lenistwa, bowiem nie chciało mi się czytać ani recenzji ani opisu filmu, który podesłała mi prowodyrka całego wyjścia. I dobrze, bo zapewne jakbym przeczytała to co napisałam w pierwszym akapicie tego tekstu nie wybrałabym się na ten film.

„O dziewczynie, która wraca nocą do domu” to trochę surrealistyczna opowieść o wampirzycy, która krąży nocami (a jakże) po Złym Mieście. Krąży i oczywiście jak to wampir od czasu do czasu zabija tamtego czy owego. W swoich wyborach żywieniowych jest prawdziwą feministką. Jej dość monotonne życie zmienia się, kiedy w czasie nocnej przejażdżki na deskorolce spotyka Arasha, chłopaka przebranego za wampira gapiącego się na latarnię. Chłopak ten twierdzi, że jest Draculą, co z resztą potwierdza jego kostium. Nadążacie?

Spotkanie to zmienia życie zarówno wampirzycy jak i Draculi z zębami z tworzywa sztucznego.

Jeśli po powyższym opisie zdecydujecie się obejrzeć ten film przygotujcie się na sporą dawkę absurdu w nieco innym wydaniu niż to śmieszne.

Film jest bardzo klimatyczny, jednak moim zdaniem, kilka scen można by spokojnie z niego wyrzucić (np. taniec transwestyty z balonem – WTF?). Zapewne reżyser miał coś na myśli przeciągając niektóre sceny lub pokazując takie a nie inne krajobrazy, jednakże dla szarego widza, który nie jest znawcą kinematografii, są one po prostu zbyt długie. Z drugiej strony, gdyby je wyciąć to film byłby absurdalnie krótki, ponieważ nawet w obecnej wersji trwa on zaledwie ok. 100 minut.

Aktorzy w filmie nie mieli zbyt wielu kwestii, zwłaszcza tytułowa dziewczyna. Jednakże zarówno ona jak i partnerujący jej niby-dracula, wyglądający jak irański sobowtór Jamesa Deana, rozwalili system swoją grą aktorską. Patrząc na nich dokładnie wiedzieliśmy co im się po czarno-białych głowach kołacze. Całość dopełnia rewelacyjna ścieżka dźwiękowa, za sprawą której człowiek totalnie odpływa w ten dziwny, chwilami mroczny i brutalny świat.

Film polecam przede wszystkim fanom wampirów, ale nie tych błyszczących i ładnych, tylko tych drugich, „prawdziwych”, jedynych słusznych;) Poza tym myślę, że produkcja ta powinna się również spodobać osobom, żądnym nieco innych wrażeń niż te, które oferują nam filmy mainstreamowe.
Więcej... >

Lipiec 2015 - podsumowanie

Skoro wróciłam na dobre do blogosfery, czas na powrót cyklicznych podsumowań miesiąca – tęskniliście?;)
W związku z chwilową zmianą statusu na słomianą wdowę miałam czas na nadrobienie wielu, aczkolwiek nie tylu ilu bym chciała zaległości, nie tylko czytelniczych. Dzięki temu, materiału na podsumowanie mam aż nadto. Zmieniam jednak nieco formę tego cyklu – z opisowej na bardziej punktową, głównie po to aby pobudzić szare komórki do pisania recenzji w oddzielnych postach;) Opisowych zostaje punkt dotyczący Zo, bo tutaj ograniczać się nie chcę.

1. Zosia
Och, w tym „temacie” ciągle coś się dzieje. Wróciliśmy ze szpitala, ale to jeszcze w czerwcu. Przeszliśmy kryzys jedzeniowy, a teraz mamy kryzys obżartucha. Był kryzys zębowy, pojawiające się znikąd, a zatem być może z zębów gorączki.
Z pozytywów Zo już rozrabia na całego, biega jak szalona, a w czasie kiedy nie choruje/ząbkuje ma się świetnie. W tych pożądanych i jakże kruchych momentach jest wesołą i pogodną dziewuszką uwielbiającą koty, psy, książeczki i swoje misie, a czasem nawet mamę i tatę, ale tę ostatnią dwójkę tylko do czasu jak czegoś zabroni. Do tego poza etapem histerii przechodzimy obecnie również etap wstydu dziecięcia, ale o ile z tym pierwszym walczymy, o tyle z tym drugim już nie koniecznie i dajemy jej czas na oswajanie się z nowymi ludźmi i miejscami, bo niby dlaczego ma z biegu akceptować wszystkie nowości jakie jej serwujemy?

2. Książka miesiąca
„101 postaci, które zmieniały świat choć nigdy nie istniały” – recenzja już wkrótce. Nadal na tapecie jest Andrzej Pilipiuk („Kuzynki”, „Księżniczka”, a w kolejce czekają  „Dziedziczki”) oraz „Apokalipsa Z” w postaci trzeciej części trylogii, jednak „101 postaci(…)”, zdecydowanie zawojowało ten miesiąc.
Źródło
3. Film miesiąca
„Randka z Królową”. Tak wiem, miękka buła ze mnie, ale prawda jest taka, że na tle innych filmów, również tych bardziej ambitnych (np. „Birdman”) i bardziej na serio („Coś za mną chodzi”) ta produkcja zdecydowanie najbardziej poprawiła mi nastrój, a właśnie tego mi było trzeba.
Recenzja filmu pojawi się na blogu już w ten weekend:)
Źródło
4. Wydarzenie miesiąca
W ramach budowania swojego ego (bo przecież jest taaaakie maaaalutkie:P) matka zaszalała z koleżanką z internetów i wybrała się na sesję zdjęciową. Przez kilka ładnych godzin mogłam poczuć się jak modelka:)
Foto: Basia Ogrodnik
5. Sukces miesiąca
Po zmianie pracy stwierdzam, że chociaż było ciężko, zwłaszcza z Zo w szpitalu to warto było zaryzykować. Czuję się jakbym pracowała w nowym miejscu zdecydowanie dłużej niż od czerwca i nie jest to odczucie negatywne, ale raczej pełen pozytyw – tak jakbym trafiła tam gdzie powinnam. Przynajmniej w tym momencie. I mam nadzieję, że ta sytuacja będzie trwała jeszcze długo, długo.

6. Inspiracje miesiąca
Więcej... >

Po czym poznać, że chodzenie do kina NIE jest dla Ciebie...

1. Uważasz, że spóźnianie się jest w dobrym tonie, a wchodzenie do kina w trakcie filmu traktujesz jako dodatkową atrakcję - ta adrenalina przy szukaniu po ciemku swojego miejsca! ten wzrok wkurzonych współoglądaczy!
2. Nie jesteś w stanie utrzymać języka za zębami przez ok 2 godziny. Z resztą nie widzisz powodu dla którego miałbyś/miałabyś siedzieć cicho przecież wszyscy są ciekawi twoich błyskotliwych komentarzy albo opowieści niezwiązanych z filmem, które nie mogą poczekać do końca seansu.
3. Uważasz, że można chodzić do kina, ale niekoniecznie na film.
4. Jesteś przekonany, że kino to świetne miejsce na pogaduchy z koleżanką/kolegą.
5. Boisz się wyciszyć telefon, bo zawsze może zadzwonić ktoś z mega ważną sprawą, taką jak odwieczne pytanie: co na obiad?
6. Nie umiesz cicho spożywać wszelakich przekąsek takich jak nachosy. Przeżuwasz je z otwartą paszczą, a na dobitkę szeleścisz opakowaniem żeby wyżreć okruszki, w końcu nic nie może się zmarnować.
7. Uważasz, że kanapka z salcesonem bądź inną kiełbą to świetna alternatywa dla popcornu. Skoro w całym kinie pachnie prażoną kukurydzą może równie dobrze jechać zwyczajną.
8. Wierzysz w magię - po skończeniu napoju zawsze sprawdzasz czy jakimś cudownym sposobem kubeczek nie napełnił się jeszcze raz piciem. Jeśli tak się nie stało, nic straconego, sprawdzisz, tzn. posiorbiesz słomką ponownie za 2 minuty, w końcu nigdy nic nie wiadomo, a cuda się przecież zdarzają.
9. Nie wierzysz w tak nowomodne wynalazki jak chusteczki higieniczne - wolisz wciągać zawartość swoich nozdrzy (w ramach przekąsek z punktu 6), a wyrzutą gumę do żucia przykleić do fotela kinowego po zakończeniu seansu - ale będzie ubaw jak ktoś w nią usiądzie!
10. Nie znasz alfabetu. Bulwersują cię napisy pod filmem - w końcu jesteśmy w Polsce, powinni mówić po polsku, a nie po jakiemuś tam, przez co ty jesteś zmuszony męczyć swe biedne, mądre oczy czytaniem. I o co chodzi z tym numerowaniem rzędów w kinie literkami? Skąd masz wiedzieć jaki rząd następuje po rzędzie H? Finalnie siadasz byle gdzie. A jak pojawia się ktoś kto ma bilet z danym miejscem fukasz coś pod nosem i dalej szukasz swojego miejsca. Najlepiej po ciemku, po rozpoczęciu filmu, żeby mieć dodatkowe wrażenia z punktu 1.
http://wyszlo.com
Jeśli zgodziłeś się z którymkolwiek z powyższych punktów to kategorycznie i zdecydowanie kino NIE jest rozrywką dla Ciebie. Bądź tak miły i oszczędź sobie, a właściwie to innym ludziom wątpliwej przyjemności oglądania filmów w swoim towarzystwie:)
Więcej... >

Wielkie Oczy [Big Eyes]

O moim uwielbieniu dla Tim Burtona wspominałam nie raz i nie dwa. Kocham jego styl, estetykę i ekscentryzm. Jednak po obejrzeniu zwiastunów jego nowego dzieła uznałam, że do tego tytułu trzeba podejść inaczej, bo na pewno nie będzie to Burton jakiego do tej pory poznałam i pokochałam.

"Wielkie Oczy" to autentyczna historia malarki Margaret Keane, która swoją karierę artystyczną rozpoczynała w latach 50 ubiegłego wieku. Chociaż bardziej niż określenie "kariera artystyczna" pasuje "starania, o życie po swojemu", co w tamtym okresie było nie lada wyzwaniem, zwłaszcza dla kobiety samotnie wychowującej dziecko. W krytycznym momencie życia wątpiącej w swoją wartość Margaret pojawia się pan Keane - czarujący, opiekuńczy romantyk, imponujący nieśmiałej malarce luzem i pewnością siebie. Pan Keane, który wybawia Margaret od samotnego życia, a w dodatku sam jest malarzem i zachęca ją do rozwijania swojej pasji. Wszystko jest wspaniałe do czasu, kiedy Margaret ponownie musi wyrzec się siebie i swojej sztuki.
http://www.vulture.com/2014/12/margaret-keanes-eyes-are-wide-open.html
Film reklamowany jest jako komedia, zwiastuny sprawiają wrażenie dramatu, tymczasem moim zdaniem "Wielkie Oczy" to mieszanina gatunków, która bardzo mi odpowiada. Przedstawia trudną historię kobiety, która zmaga się z uprzedzeniami płciowymi, a do tego na swojej drodze spotyka samych nieodpowiednich facetów z którymi się wiążę, ponieważ brakuje jej pewności siebie do bycia samej sobie sterem i okrętem. Z kolejnymi kompromisami i ustępstwami na jakie musi się godzić postępuje w niej przemiana, która do pełnego objawienia potrzebuje tylko porządnego kopniaka. I w końcu go dostaje.
Wszystko to okraszone jest dobrymi dialogami i kilkoma sarkastycznymi dowcipami, które dodają "Wielkim Oczom" lekkości i sprawiają, że nie są nieznośnie ciężkie i dołujące. Wręcz przeciwnie. Jeśli dodamy do tego świetne zdjęcia, cudowne kolory (które mnie osobiście urzekły od pierwszego ujęcia), bardzo dobrą grę aktorską (Amy Adams - wielki szacun) otrzymujemy kawał świetnej filmowej roboty, którą z czystym sercem polecam wszystkim, nie tylko Burtonomaniakom.

Wiem, że od premiery filmu minęło już trochę czasu, ale jeśli ktoś jeszcze go nie widział, a ma taką możliwość to na pewno warto to zrobić:)

Więcej... >

Wrzesień 2014 - podsumowanie

1. Zosia - na brzuch, marsz! W końcu moje dziecko zaczęło się regularnie przewracać na brzuch. Osiągnięcie mej pierworodnej kapkę ograniczyło mój czas wolny, którego i tak nie miałam za dużo, ponieważ po chwili leżenia na podwoziu zaczyna się marudzenie i muszę ingerować ja. Zosia staje się coraz bardziej wymagająca i coraz mniej tolerancyjna dla matki zajmującej się czymś innym niż swoje dziecko, co momentami bywa trudne, a kiedy człowiek przeziębiony, z gorączką, to robi się hardcorowo, stąd moja ostatnia dłuższa nieobecność na blogu i FB.
Ponadto trwa rozszerzanie diety, o czym trochę więcej napiszę w kolejnym poście.
Poza tym dla Zo był to wyjątkowo intensywny miesiąc ponieważ tydzień po tygodniu przeżyła wesele znajomych i własny chrzest. Oba wydarzenia zniosła dzielnie, lepiej niż codzienne siedzenie z opatrzoną już matką - wniosek z tego taki, że towarzyskie dziecię mi rośnie:)
2. Film miesiąca - ech ech trochę ich było... Month Python i Święty Graal, World War Z, R.I.P.D.,  Star Trek: Into Darkness, Niepamięć, Jobs, Hotel Transylwania, Ona, Złap mnie jeśli potrafisz i jeszcze kilka...
Filmem miesiąca zostaje jednak "Ona". Film ten widziałam po raz drugi, ale urzekł mnie tak samo jak za pierwszym. Uwielbiam go za nastrój, muzykę, zdjęcia, kolory, za Scarlett i za wszystko po prostu, chociaż jakby nie patrzeć jest to film raczej z gatunku tych smutnych, ale przy tym skłania do refleksji nie tylko nad swoim życiem, ale również ogólnie nad relacjami międzyludzkimi w dzisiejszych czasach, w których ludzie są sobie coraz bardziej obcy, chociaż za sprawą m.in. mediów społecznościowych są sobie pozornie bliscy...
3. Gadżet miesiąca - zdecydowanie książeczki dla Zo. Jako że coraz bardziej interesuje się światem i coraz mniej chce leżeć na macie edukacyjnej książeczki stanowią całkiem dobrą alternatywę, a przy okazji angażują w zabawę rodzica, który jest człowiekiem od opowiadania i przewracania stron:D

4. Wydarzenie miesiąca
- a właściwie wydarzenia: Nr 1 Chrzest Zo. Kopytka jej nie spłonęły, przez godzinę w kościele pół hasała, drugie pół przespała. Do tego dzielnie zniosła babciową kreację, która jak się okazało z bawełną miała niewiele wspólnego. Przy tym wszystkim obiad z rodzinką to była już tylko formalność czy jak kto woli pestka. Tak jak pisałam córę mam towarzyską, także tylko się cieszyć, bo i rodzice lubią spotkania w większym gronie człowieków.
Nr 2 Wesele czyli pierwsza wyjściowa impreza. Pierwsza dla Zo i pierwsza dla nas w roli rodziców. Pisałam o tym w poprzedniej notce, więc nie będę się ponownie rozwodzić.
Nr 3 radykalna zmiana fryzury. Po kilkunastu latach długich piór przyszła pora na zmianę i krótkie cięcie, teraz tylko zastanawiam się dlaczego nie zrobiłam tego wcześniej?!

5. Inspiracja miesiąca
- a właściwie cały wagon inspiracji. Wycinanki, kolorowanki, pomysły na gry edukacyjne, puzzle i cała masa innych wspaniałości. 
Zo - bój się, jak będziesz trochę starsza to cię tymi grami zamęczę:)

6. Odkrycie miesiąca
- cudowne, ciepłe, piękne grafiki, autorstwa Karin Taylor, które kiedyś chciałabym wykorzystać w pokoju Zo.
Więcej wykopanych przeze mnie ilustracji, nie tylko tej autorki, znajdziecie tutaj.

7. Wrześniowa linkownia:
  • Ręcznie robiony komin w sam raz na jesienne chłody.
  • Cudowne zdjęcia miejsc o które upomniała się natura.
Więcej... >

Rodzic z rockową duszą

Jak tylko dowiedziałam się, że jestem w ciąży zarzekałam się, że nie wpłynie to na moje uwielbienie do koncertów i wypadów z nimi związanych. Zarzekałam się, że nic to dla mnie, że przecież dziecię nie zostaje samo, tylko z kochaną babcią/dziadkiem itd. itp.
W ubiegły czwartek mogłam to wszystko zweryfikować i tak oto okazało się, że chociaż wiem, że opieka babci to najlepsza możliwa opcja to przed wyjściem serce mi się krajało. Ba, zaczęło mi się krajać już na kilka dni przed całym wydarzeniem. Dobrze, że bilety nie były za tanie, bo byłabym skłonna się rozmyślić. Dobrze, że małż ma zdrowe podejście i powtarzał mi, że przecież to moje marzenie, więc zbrodnią było by tak po prostu odpuścić. Posłuchałam się i nie odpuściłam.

Trasa do Łodzi z Warszawy przebiegła całkiem zacnie, po pierwszej porcji stresu ("OMG przecież ja nigdy tak daleko nie jechałam", "aaaaa autostrada aaaaa", "sprzęgło, hamulec, gaz... sprzęgło, hamulec gaz...") oraz omamów słuchowych w postaci słyszenia płaczu zośkowego nastąpił etap rozluźnienia i darcia ryja w samochodzie do największych hitów Aerosmith. Pasażerowie znosili to dzielnie, ale umówmy się, że nie mieli większego wyboru jeśli chcieli dojechać na koncert:P
Po dobiciu do Łodzi kolejna porcja stresu - parkowanie, świecąca się rezerwa paliwa i masa innych pierdół. Potem druga fala luzu, a zatem belgijskie frytki, atmosfera festiwalowa i podziwianie całego przekroju wiekowego i kulturowego współimprezowiczów:)
Kiedy w końcu weszliśmy na płytę (płyta to za duże słowo, bo połowę PŁYTY zajmował durny Golden Circle(sic!)) dopadł mnie kolejny stres, bo przecież telefon w czasie koncertu nie do odebrania i w ogóle co ja tutaj robię, kiedy Zosinka bidulka siedzi w domu... Nosz przecież wiem że nie sama i że krzywda jej się nie dzieje, ale co matka to matka. Hormon dopadł mnie tak mocno, że na hicie "Watch Over You" Alter Bridge nawet uroniłam łezkę...

Po supporcie pobluzgałam na mój zepsuty przez instynkty macierzyńskie mózg (a raczej musk) i jako że nie znalazłam zwolenników zabrania dupy w troki rozpaczliwie starałam się wrzucić na luz... i wrzuciłam...
Jak tylko na scenie pojawił się Steven i reszta dziadków z Aerosmith. Boże, ileż oni mają energii, jaki power, jaka charyzma i w ogóle och i ach ♥♥♥ Pełnię szczęścia dopełnił fakt, że 90% setu stanowiły same hiciory, a więc "Cryin", "Dude looks like a lady", "Love in the elevator", "Dream On", "I don't want to miss a thing", "Walk this way" i masa innych. Nie pamiętam kiedy tak się darłam, kiedy tak skakałam, tańczyłam i generalnie momentami zachowywałam się gorzej niż nastolatka na koncercie Justina Biebera:P Usprawiedliwia mnie tylko fakt, że na koncert Aerosmith czekałam od kiedy po raz pierwszy usłyszałam "Crazy" i tym samym moje największe muzyczno-koncertowe marzenie (poza koncertem Queen z Fredkiem na wokalu:P) się spełniło.
Podsumowując po raz kolejny padłam ofiarą matczynego paradoksu. Czekałam na ten wypad wiele miesięcy, a potem się wahałam, bo jak to tak Zosia zostanie bez rodziców. Po raz kolejny też okazało się, że strach ma wielkie oczy i warto przełamywać pokusę nieodstępowania dziecka na krok. Dzięki temu spełniło się moje marzenie, dodatkowo wiem że mogę liczyć na pomoc babci, a w bonusie Zosia zyskała mamę przeszczęśliwą i spełnioną, która kiedyś będzie jej mogła opowiedzieć jak to była na koncercie dziadków z Aerosmith i jak było wspaniale:)
Źródło: http://www.terazrock.pl/galeria/album/Aerosmith-_Impact-Festival_-12_06_2014_/1300.html#foto
Więcej... >

A teraz coś dla Ciebie, Matko

W ramach tworzenia mapy marzeń, a dokładnie przy wyklejaniu obszaru związanego m.in. z potomstwem po raz pierwszy i zapewne ostatni (przynajmniej na razie) zetknęłam się z prasą związaną z szeroko pojętym macierzyństwem. Spotkanie to zaowocowało m.in. pomysłem na tekst o dobrach. Dobrach wszelakich jakie są proponowane matkom. Dlaczego? Ponieważ zszokowałam się zestawem artykułów oznaczonych hasłem „Zakupy dla Mamy”.

Jak dla mnie zakupem dla mamy są książki, filmy, bilety do kina/teatru, zestaw pachnących olejków do kąpieli, zaproszenie na ciekawe zajęcia, fajna bielizna, a jeśli idziemy już w stronę związaną z macierzyństwem to może jakiś ciekawy gadżet np. organizer z miejscem na książkę, albo czytnik książek. Niestety, jako przyszła matka, patrząc na listę artykułów sugerowanych, chyba mogę zapomnieć o wszystkich rzeczach niezwiązanych z potomkiem, nie licząc jakże rozpustnego i samolubnego kremu nawilżającego i kilku innych specyfików z półki aptecznej. W sumie po co mi kino, książki nie-o-dzieciach, skoro mogę mieć: golarkę do tkanin, laktator elektryczny, albo nawet lepiej SUPER laktator, bo na liście znalazły się aż dwa, suszone morele, czy też poduszkę podróżną… normalnie w głowie mi się poprzewraca od tego dobrobytu. Listy tej nie usprawiedliwia fakt, że jest „otagowana” jako taka dla kobiet w ciąży i w połogu, bo przepraszam bardzo, ale jako kobieta w ciąży naprawdę mam też inne potrzeby niż wcinanie suszonych moreli i golenie ubrań…

Żeby nie było, że tylko się czepiam, cieszy mnie fakt, że w takich gazetach można znaleźć porady prawne oraz te dotyczące powrotu do pracy/formy po porodzie oraz że czasem znajdzie się miejsce na artykuł o matkach z pasjami. Jednakże nadal, mimo wszystko tematy te są sprowadzone do obszaru okołoporodowego, potomkowego albo też połogowego.

Czy zatem wg ludzi tworzących takie pisma kobieta w momencie urodzenia dziecka przestaje mieć jakiekolwiek inne zainteresowania? Tak, ja wiem, że czas na takowe znacząco się skraca, że zmieniają się priorytety, ale czy naprawdę miedzy jeden artykuł o kupach, a drugi o czytaniu dziecku baśni nie można wcisnąć rubryki np. „Kulturalna Mama” czy inna „Matka po godzinach”? Co stoi na przeszkodzie zrecenzowania jednej - dwóch książek niezwiązanych z dziećmi albo informowania o premierach filmowych, o imprezach dla kobiet albo imprezach kulturalnych w ogóle? Jak już ktoś bardzo chce trzymać się tego, że jak matka to tylko w dwupaku z potomkiem to przecież też jest masa wydarzeń jak seanse kinowe z dziećmi, teatry lalek, festyny naukowe, całe cykle eventów w popularnych ostatnio klubokawiarniach – czy naprawdę nie można poświęcić im chociaż jednej – dwóch stron na 100?
Więcej... >
Pani Fanaberia - blog parentingowy z przymrużeniem oka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka