Piaskowy ratunek

Weekend czai się za rogiem. Z całym moim zamiłowaniem do tej pory tygodnia zawsze czekam na nią z pewnym takim niepokojem, zwłaszcza kiedy za oknem  zimno, do tego plucha, a z nieba leci bliżej nieokreślony mokry badziew. Albo kiedy dzieć jest chory i piękną słoneczną aurę możemy sobie wsadzić w... buty. Przy takiej słabej (delikatnie mówiąc) prognozie psychofizycznej trudno jest planować weekendowe aktywności. Jednakże plan jakiś mieć musimy, chociażby ramowy, bo bez niego nasza proaktywna Zo rozniesie nasze mieszkanie w drobny mak, a wraz z nim resztki naszej (i tak już mocno zszarganej cierpliwości).

Z odsieczą przybywa nam piasek. Ale nie byle jaki piasek z piaskownicy, ani (Boże uchowaj) taki z kociej kuwety. Nasz piasek jest superbohaterem wśród piasków - potrafi zająć Zo na dłuższy czas, nie brudzi rąk, przelewa się przez palce jak stwór z innej planety, a w imię dobrej zabawy da się nawet pokroić.

Piasek kinetyczny, bo o nim mowa, to nic innego jak zwykły piasek wzbogacony polimerami. I to właśnie te cosie na "p" nadają mu cudowną moc - niczym pająk gryzący ciapowatego Petera Parkera czy też wkurw rosnący w Halku albo związek X, który wyprodukował Atomówki:P

Czym zdobył moje serce?
Głównie tym, że zabawa nim ograniczona jest tylko przez naszą i dziecia wyobraźnię oraz (poniekąd) przez obszar przeznaczony do zabawy.
Zazwyczaj kinetyka wysypuję na tackę w krzesełku do karmienia ale można również kupić piasek kinetyczny z mini piaskownicą… Jednakże bądźmy szczerzy wystarczy zwykła taca z podwyższonymi rantami albo miska (osobiście polecam pierwszą opcję – miska u nas okazała się zbyt głęboka). Można też wysypać go po prostu na stół/podłogę, ale wtedy zdecydowanie trudniej zapanować nad zapędami bałaganiarskimi dziecięcia.
Piaskiem kinetycznym, jak już wspomniałam, bawić się można na milion sposobów. Od klasycznego lepienia babek (u nas za foremki służą plastikowe kubeczki), przez lepienie bałwana, wycinanie kształtów, tworzenie piaskowego placka, a potem krojenie go na kawałki. Można też grabić, przesypywać, przerzucać, okrajać, rozkopywać, albo odwrotnie zakopywać w nim np. małe przedmioty, a potem bawić się w ich szukanie.
Niewątpliwą zaletą tego wynalazku jest również to, że nie brudzi rąk, nie przykleja się do ciała/włosów (aczkolwiek wchodzi między zęby jak jego krewniak z piaskownicy). W dodatku jest łatwy w przechowywaniu – u nas sprawdza się zwykły plastikowy pojemnik. Żeby było jeszcze ciekawiej dostępny jest w wielu wersjach kolorystycznych – ja wybrałam taką w klasyczności.
Jedynym minusem jaki odkryłam po prawie 3 miesiącach użytkowania jest to, że chociaż nie klei się do rąk to do ubrań już tak. Łatwo się go z nich usuwa to fakt, jednak po zabawie zawsze trzeba nieco odkurzyć miejsce w którym piaskowa frajda miała miejsce.

Tak czy inaczej, jeśli Wasz dzieć lubi się paćkać w różnego rodzaju mąkach i ryżach, a do tego nie należy do gatunku małych człowieków, którzy umieją dłużej zająć się jedną czynnością to na pewno warto jest rozważyć zakupienie tego cuda. Dodatkowa zabawa piaskiem kinetycznym często jest polecana w ramach terapii SI.

PS Można też spróbować zrobić to cudo samemu, ale ja się nie odważyłam;)
PS2 Artykuł nie jest sponsorowany :P
Więcej... >

O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu


Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że pójdę do kina na czarno-biały, IRAŃSKI film o wampirach to bym się popukała w głowę. Po raz kolejny okazuje się jednak, że nie należy niczego wykluczać, bo właśnie na takowej produkcji wylądowałam niedawno w warszawskim kinie LAB.

Wszystko to za sprawą lenistwa, bowiem nie chciało mi się czytać ani recenzji ani opisu filmu, który podesłała mi prowodyrka całego wyjścia. I dobrze, bo zapewne jakbym przeczytała to co napisałam w pierwszym akapicie tego tekstu nie wybrałabym się na ten film.

„O dziewczynie, która wraca nocą do domu” to trochę surrealistyczna opowieść o wampirzycy, która krąży nocami (a jakże) po Złym Mieście. Krąży i oczywiście jak to wampir od czasu do czasu zabija tamtego czy owego. W swoich wyborach żywieniowych jest prawdziwą feministką. Jej dość monotonne życie zmienia się, kiedy w czasie nocnej przejażdżki na deskorolce spotyka Arasha, chłopaka przebranego za wampira gapiącego się na latarnię. Chłopak ten twierdzi, że jest Draculą, co z resztą potwierdza jego kostium. Nadążacie?

Spotkanie to zmienia życie zarówno wampirzycy jak i Draculi z zębami z tworzywa sztucznego.

Jeśli po powyższym opisie zdecydujecie się obejrzeć ten film przygotujcie się na sporą dawkę absurdu w nieco innym wydaniu niż to śmieszne.

Film jest bardzo klimatyczny, jednak moim zdaniem, kilka scen można by spokojnie z niego wyrzucić (np. taniec transwestyty z balonem – WTF?). Zapewne reżyser miał coś na myśli przeciągając niektóre sceny lub pokazując takie a nie inne krajobrazy, jednakże dla szarego widza, który nie jest znawcą kinematografii, są one po prostu zbyt długie. Z drugiej strony, gdyby je wyciąć to film byłby absurdalnie krótki, ponieważ nawet w obecnej wersji trwa on zaledwie ok. 100 minut.

Aktorzy w filmie nie mieli zbyt wielu kwestii, zwłaszcza tytułowa dziewczyna. Jednakże zarówno ona jak i partnerujący jej niby-dracula, wyglądający jak irański sobowtór Jamesa Deana, rozwalili system swoją grą aktorską. Patrząc na nich dokładnie wiedzieliśmy co im się po czarno-białych głowach kołacze. Całość dopełnia rewelacyjna ścieżka dźwiękowa, za sprawą której człowiek totalnie odpływa w ten dziwny, chwilami mroczny i brutalny świat.

Film polecam przede wszystkim fanom wampirów, ale nie tych błyszczących i ładnych, tylko tych drugich, „prawdziwych”, jedynych słusznych;) Poza tym myślę, że produkcja ta powinna się również spodobać osobom, żądnym nieco innych wrażeń niż te, które oferują nam filmy mainstreamowe.
Więcej... >

Co robimy w ukryciu [What We Do in the Shadows]

Kto jeszcze się nie zorientował - mamy piątek:) A jak piątek, to weekend, a jak weekend to czas na kino. Dzisiaj chciałabym Wam polecić produkcję nieco inną niż te, o których czytaliście u mnie do tej pory.

Po pierwsze jest to produkcja nowozelandzka.
Po drugie jest to film dokumentalizowany.
Po trzecie traktuje o wampirach.

Mowa o "Co robimy w ukryciu" w reżyserii Jemaine Clement oraz Taika Waititi, prezentowanym między innymi na Warszawskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym, na którym zresztą zdobył nagrodę publiczności. Moim zdaniem zdobył ją nie bez kozery albowiem jest to produkcja moim zdaniem przegenialna.

Dokument zrywa z wizerunkiem wampirów jaki został wykreowany przez filmy takie jak "Zmierzch". Nie znajdziecie tutaj pięknych ludzi, ani tym bardziej, wampirów z dylematami moralnymi, od których bije blask i aura tajemniczości... Nic z tych rzeczy.
"Co robimy w ukryciu" to reportaż o życiu czterech wampirów: Vladislava (lat 862), Viago (lat 379), Deacona (lat 183) oraz Petyra (lat 8000), którzy znają się od setek lat, a w chwili kręcenia filmu prowadzą spokojne i ułożone życie na przedmieściach Wellington w Nowej Zelandii. Poza odwiecznym problemem jakim jest zaspokojenie pragnienia krwi zmagają się również z innymi problemami dnia, a raczej, nocy codziennej.
Kto pozmywa zakrwawione naczynia?
Kto odkurzy przedpokój?
W co się ubrać na clubbing (zwłaszcza, że nie można się obejrzeć w lustrze)?

I jak na niego się dostać, skoro bramkarz nie chce zaprosić gości do środka?
To tylko niektóre ze współczesnych problemów z jakimi boryka się nasza wampirza kompania. Poza tym, jak na film o wampirach przystało, pojawiają się również wątki mniej przyziemne takie jak tragiczna i niespełniona miłość, dylematy ludzkich służących, odwieczny spór z wilkołakami oraz szaleństwa wampirzych dzieci, upojonych swoimi nowymi umiejętnościami...


Ze względu na niski budżet film jest dosyć ascetyczny, ale znakomicie wpisuje się to w konwencję dokumentu, którego forma również staje się obiektem drwin. Całości dopełniają groteskowe efekty specjalne zawierające odrobinę masakry i nieco więcej tryskającej z różnych miejsc krwi. Wszystko to łączy się w ogromną porcję czarnego humoru i absurdu, ale na zdecydowanie wyższym poziomie niż głupkowate wyśmiewacze.

Podsumowując. Szczerze, całym swoim jestestwem, zachęcam Was do obejrzenia "Co robimy w ukryciu", zwłaszcza w ramach walki z leniem czy też przesileniową depresją. Po seansie wychodziłam z kina z zakwasem w paszczy, w sumie nic dziwnego po ponad godzinnym rechocie i ciągłym cieszeniu pyska do kinowego ekranu.
Film raczej nie należy do zbyt popularnych, do tego premiera odbyła się dosyć dawno temu, więc jeśli chcecie go obejrzeć na srebrnym ekranie szukajcie go raczej w repertuarach kin studyjnych. 
Jeśli to się Wam nie uda spróbujcie poszukać go na portalach filmowych, naprawdę warto, w końcu śmiech to zdrowie:)
http://www.filmweb.pl/
Więcej... >
Pani Fanaberia - blog parentingowy z przymrużeniem oka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka