Wszystko robisz źle

Bunt dwulatka, który mam wrażenie u nas trwa już dobry rok, to wybitnie trudny okres zwłaszcza dla osób, którym trafiły się dzieci w wydaniu choleryczno-asertywnym. Na pomoc skonfundowanym rodzicom w tych trudnych chwilach przychodzą m.in. różnego rodzaju poradniki opisujące różne style wychowania. W jaki styl człowiek by się nie zagłębił to zawsze okazuje się, że generalnie gówno wie i wszystko robi źle. Dlaczego? Bo większość naszych reakcji, zawsze jest niezgodna z którymś z duchów wychowawczych.

Dzieć nie chce iść tam gdzie ty? Idź za nim, w przeciwnym razie podcinasz mu skrzydła, ograniczasz. Chociaż nieeee, w końcu trzeba wyznaczać jakieś granice… Zatem tłumacz. W sklepie, autobusie, na środku ulicy. W ostateczności weź pod pachę i powiedz, że z terrorystami się nie negocjuje o ile oczywiście chcesz mieć na sumieniu kolejną traumę i łatkę despoty.

Histeria. Temat rzeka. Odwracanie uwagi nie zawsze działa, więc trzeba się zmierzyć z tym koszmarkiem. Jest kilka opcji. Przeczekujesz, nie reagujesz – wyrodna matka, pewnie zapewnisz dziecku kolejną traumę, bo będzie się czuło opuszczone. Reagujesz? Przytulasz albo jeszcze gorzej bierzesz dziecko na ręce przed/w trakcie/po histerii (niepotrzebne skreślić) – znowu trauma, bo ograniczasz mu swobodę ekspresji albo jeszcze gorzej – rozpieścisz gówniarza i będziesz go nosić na rękach do 18 urodzin.

Puszczają ci nerwy? Do lochu! Albo do jaskini! Albo do lochu w jaskini. Jak możesz w końcu jesteś matką, powinnaś na każdym etapie histerii wykazać się empatią, zrozumieniem i spokojem. Uciszasz dziecko? Prosisz żeby nie krzyczało – niedobra kobieto, możesz mieć pewność, że dzieć wyrośnie na małego psychopatę ukrywającego swoje złe emocje, bo za młodu zostało mu wpojone, że ten rodzaj emocji jest niepożądany i trzeba go stłumić w zarodku.

Dzieć rzuca jedzeniem. Pozwól mu rzucać. Zamień jedzenie na papierowe samolociki (w końcu zawsze masz je pod ręką). Prosisz o to żeby nie rzucał? To czego się złościsz, że rzuca, skoro prosisz to musisz mieć na względzie odpowiedź odmowną. Karny jeżyk? Co Ty? W tresera się bawisz

Dzieć kopie w fotel w autobusie. Nie reaguj, to tylko go sprowokuje. Potem kłóć się z panią w której fotel dzieć kopał. Albo wyprowadź z autobusu - dziecia oczywiście, nie panią którą skopał. Chociaż nieee, bo przecież skoro dzieć wysiąść nie chce to nie możesz mu swojego zdania narzucić.

Tak samo jest z większością problematycznych zachowań u dzieci. Zawsze masz kilka opcji każda wg pozostałych jest zła. Także generalnie drodzy rodzice z której strony się nie odwrócicie tam dupa. Albo jesteście miękkie buły albo tyrani. Albo rozpieszczacie albo olewacie. Tyle teorii.

Praktyka nauczyła mnie jednego. Jeśli nie macie idealnego dziecka to nie ma idealnego rozwiązania. Nie ma idealnej metody wychowawczej, która sprawdzi się w 100%. Osobiście jestem zwolenniczką tłumaczenia i otwierania się na to, że bywa tak, że do dziecia czasem trzeba się dostosować, bo nie ono jest dla nas tylko my dla niego. Jednakże czasem trzeba podnieść głos, a czasem, nawet kiedy nie trzeba nerwy puszczają. Zwłaszcza kiedy wszyscy jesteśmy zmęczeni.
Czasem trzeba głos ściszyć. Czasem trzeba „tupnąć nogą”, a innym razem pogłaskać po głowie. Bywają momenty, że trzeba histerię przeczekać ale także takie, że trzeba w jej trakcie interweniować.
Nie jestem zwolenniczką twierdzenia, że nasi rodzice nie znali tych wszystkich teorii i dali radę wychować „normalnych” ludzi. Część tych normalnych ludzi pewnie byłaby jeszcze lepsza, normalniejsza, pozbawiona pewnego bagażu gdyby nasi rodzice zaznajomili się z różnymi teoriami wychowawczymi.

Mimo wszystko nie dajmy się zwariować i pozwólmy zadziałać naszej intuicji. Bądźmy tolerancyjni zarówno dla siebie jak i dla naszych dzieciaków również jeśli chodzi o akceptowanie pewnych błędów, które zdarzają się wszystkim. I pamiętajmy - to my najlepiej znamy nasze dziecko i potrafimy najlepiej ocenić sytuację. Można szukać pomocy i informacji w różnych źródłach, ale na pierwszym miejscu źródłem naszej wiedzy powinno być nasze dziecko. Potem rozsądek, a dopiero potem poradniki.
Więcej... >

Magiczne 45 minut

Są takie poranki, kiedy wszystko idzie nie tak. Budzik nie dzwoni, kończy się papier toaletowy, dzieć wstaje za wcześnie (albo za późno), a kot puszcza pawia na środku salonu. 
Człowiek pędzi jak szalony, sam nie wie dokładnie po co i gdzie, z jęzorem przy ziemi i drącym się dzieciakiem pod pachą, bo akurat w tej konkretnej chwili dziecko nie ma najmniejszej ochoty na współpracę, a pojęcie bycia opieprzonym przez szefa nie robi na nim najmniejszego wrażenia.

Są też takie poranki jak mój dzisiaj – sympatyczny, w miarę powolny i radosny, a wszystko to w normalnym trybie chodzenia do żłobka/pracy.

Wszystko za sprawą nowej techniki, którą odkryliśmy z M. jakieś dwa tygodnie temu. Kiedy dzwoni nasz budzik zamykamy pokój Zosi żeby nie słyszała porannej krzątaniny. W ten oto sposób ja sobie dosypiam jeszcze ok pół godziny i mam czas na spokojne ogarnięcie się. 
Kiedy Zosia wstaje jestem już czysta, pachnąca i umalowana, a M. wyprawiony do pracy. Zostaje 45 minut w czasie których mogę się skupić na szykowaniu Zo do żłobka, co wcale nie jest jakimś turbo prostym zadaniem. Moja pierworodna należy bowiem do istot bardzo asertywnych i trudnych w negocjacjach. Czasem objawy jej asertywności słyszy cały pion, blok a może i osiedle, jednak najgorsze co możemy w takich sytuacjach zrobić to zmuszać ją na siłę do poddania się przewijaniu czy przebieraniu. Mając zapas czasu udaje się wszystko zrobić bez zbędnych nerwów czy histerii, ubieranie przestaje być celem, a dzieje się przy okazji, bo nikomu nigdzie się nie śpieszy, a asertywna Zo nie czuje presji ani wprost proporcjonalnie rosnącej do niej chęci buntu.
Tych 45 minut zapewnia względny spokój, a nawet czas na zabawę przy okazji, której odbywają się czynności za którymi Zo nie przepada. Oglądanie stolika z leżącej perspektywy to okazja do zmiany pieluchy, bujanie na koniku kończy się założonym bodziakiem, a przytulanie owocuje założeniem rajtop. Gdzieś pomiędzy jedną piosenką a drugą jest czas na czesanie. Mycie zębów, natomiast odciąga uwagę od zakładania spodni.
Kiedy na Zo znajdą się bodziak i spodnie to możemy odtańczyć taniec radości, gdyż teraz to już z górki, wtedy dzieć już wie, że zaraz pójdzie  do swojego kochanego żłobka i zamiast się ociągać zaczyna matkę poganiać.

Powiecie nic specjalnego, ale dla mnie poranek bez histerii i wściekania się czymś wyjątkowym. Jeśli do tego doliczymy buziaka i przytulasy od Zo, które w ogóle nie dzieją się zbyt często to znaczy, że ten system działa. Na obie strony, bo chociaż dzień był ciężki to w głębi serca czułam spokój i radość, a nie ten cholerny pęd nie wiadomo po co i gdzie:)

Życzę Wam, aby chociaż część poranków była tak udana jak mój dzisiaj:)

PS Boję się co będzie jutro.
PS2 Ciekawa jestem jak długo taki system będzie zdawał egzamin.
Więcej... >

Już za chwileczkę, już za momencik...

...minie rok od kiedy nasza mała komórka społeczna powiększyła się o jeszcze mniejszą, ale jakże głośną Zo. Z tej okazji już teraz zaczynam planować jej pierwsze przyjęcie urodzinowe.
Budżet mamy skromny, ale pole do popisu spore. Żeby je jak najlepiej wykorzystać wertuję internety, szukam, porównuję, paczam, oglądam, przeglądam i co tam jeszcze chcecie. A skoro już to robię to postanowiłam wrzucić tutaj część swoich wykopalisk - a nuż kogoś coś zainspiruje:)

Pomysły na sesję "roczkową"
http://blissfullydomestic.com/life-bliss/12-months-of-baby-photo-shoots/136202/
http://pl.pinterest.com/pin/340373684313153688/
Nakrycia stołu
http://mamanaszpilkach.pl/pierwsze-urodziny-poli/
http://blog.hwtm.com/2012/06/county-fair-themed-first-birthday-party-korean-dol/
Dekoracje
http://blog.hwtm.com/2012/06/county-fair-themed-first-birthday-party-korean-dol/
http://www.parents.com/fun/birthdays/first/banner-birthday-party/#page=4
Inne

http://homesthetics.net/top-31-amazing-diy-paintings-for-your-blank-walls/
http://blog.hwtm.com/2013/07/pink-ombre-first-birthday-party/
Więcej zdjęć i inspiracji znajdziecie na moich pinterestowych tablicach - zapraszam:)
Więcej... >

Kim zostanie Twoje dziecko?

Przewidywanie profesji potomka zaczyna się jeszcze w czasie jego życia płodowego... "Ale kopie, pewnie będzie piłkarzem..."
Potem jest coraz lepiej. W swoich dzieciach jedni widzą strażaków, astronautów, prezydentów czy też lekarzy, inni dopatrują się perkusistów i piosenkarzy z wokalistami zespołów heavy metalowych włącznie. Gdzieś na liście pożądanych profesji znajdują się też malarki, architekci, modelki, kierowcy wyścigowi, pisarki i inne takie.
http://www.darbywiremesh.com/blog/wp-content/uploads/2014/01/Baby-Commercial.png
Moje dziecko nie będzie robiło kariery w żadnym z tych znakomitych zawodów. Nic z tych rzeczy, albowiem Zofia (jak tak dalej pójdzie) w swym dorosłym życiu będzie Głównym Specjalistą ds. PR. Nie mniej, nie więcej. 

Oczywiście w tupaniu mogę się dopatrywać zalążków perkusisty, w uwielbieniu wszelakich klawiszy mogę wróżyć jej karierę pianistki, a patrząc na jej zdolności wokalne przypuszczam, że kiedyś zastąpi szanownego pana Nergala. Jednak to wszystko nic w porównaniu z tym jaki moje dziecko potrafi sobie zrobić PR.
Ja tu się rozpisuje o tym, że byle do 19, że mam czasami dość, a sąsiadka moja widząc Zo twierdzi, że mam złote dziecko. Znajoma rozpływa się w zachwytach nad grzecznością i ułożeniem mojej pierworodnej. Moja mama podobnie. Pół żarem, pół serio, ale jednak. Bredzi ta matka i tyle, bo przecież Zo taka cudowna, posłuszna i pogodna...

W domu wybudza się z krzykiem kiedy głośniej zaskrzypi podłoga/materac/moje stare kości, tymczasem na wyjeździe jest w stanie zasnąć w stanie permanentnej wojny między 7 a 4 latkiem.
Cieszy się do ścian, schodów, sąsiadów, a zaczyna płakać jak tylko zamkną się za nią drzwi do mieszkania. Na korytarzu świetny humor, dwa kroki dalej czarna rozpacz. Działa to też w drugą stronę. Stoimy w tym samym przedpokoju, żegnamy babcię, drzwi się zamykają ZA babcią, Zo zaczyna płakać jakby co najmniej ją ze skóry obdzierali...
I co ja mogę? 
Chyba tylko przestać zrzędzić. Publicznie znaczy się.
Więcej... >

Poskromnienie rutyny

Urlop macierzyński jest dla mnie momentami dosyć ciężkim doświadczeniem.  Przez lata przywyknęłam do życia w ciągłym biegu. Praca, studia, kursy, wyjścia ze znajomymi, fitness... Wiecznie gdzieś się spieszyłam. Aż do lutego 2014. Fakt, że tempo zwolniłam jeszcze będąc w ciąży niemniej jednak to co nastąpiło po pojawieniu się Zo było spowolnieniem absolutnym. Paradoksalnie jednak czas łatwiej było urozmaicać kiedy moje dziecię grzecznie spało w gondoli albo leżało na macie. Schody zaczęły się wraz z turlaniem i ustawicznym marudzeniem spowodowanym ząbkowaniem/sennością/moim zniknięciem w łazience. Nagle okazało się również że mój dzieć zalicza się do gatunku żądnego nowych bodźców i rutyna jest dla niego zabójcza, a co za tym idzie dla mnie takoż.
W związku z powyższym szukam coraz to nowych sposobów na zabicie rutyny i pozwalających przetrwać kolejny dzień we względnie miłej atmosferze. Oto co do tej pory się u nas sprawdziło...

Zabijacze rutyny (opcja z dzieckiem pod pachą/w chuście/wózku itd.):
1. Wypad do parku.  Nie tego za miedzą. Tylko takiego położonego nieco dalej, nieopatrzonego jeszcze. Można tam też robić z siebie głupka i opowiadać swojej pociesze o wszystkim co się widzi dookoła. Chyba, że dziecko śpiące, wtedy gadaj zdrów.
2. Towarzystwo. Innych dzieci,  dorosłych,  najlepiej takich, którzy nie mają alergii na małe osobniki w pieluchach. Dzieć pogapi się na nowe gęby i od razu będzie mu weselej.  No chyba, że jest śpiący...
3. Żarełko. To głównie dla dorosłych, bo niemowlę raczej nie wsunie kanapki z paszteciorem.
Na daleki spacer, w ramach ucieczki od cywilizacji, zabieramy ze sobą kanapki i herbatę w termosie. W przypadku spaceru, ekhem, miejskiego szukamy na naszej trasie miejsc gdzie można wleźć z wózkiem i które przy okazji nie ogołocą naszego portfela. Nie musi być to zaraz lokalna hipsterownia (no chyba, że chcecie "wrzucić foto na insta" - wtedy proszę bardzo:P) albo przepełniona dziećmi klubokawiarnia czy inne cudo. Knajpy z cyklu "bułkę przez bibułkę" też raczej odpadają - pierdzenie paszczęką do dziecka raczej nie byłoby mile widziane. Wystarczy zwykła kawiarnia.
Można też w ramach wycieczek sentymentalnych odwiedzać miejsca, które już znamy i lubimy,  ale nie bywamy w nich za często.  U mnie takim miejscem jest Renesans na ul. Francuskiej w Warszawie. Najlepsze frytki i sosy w mieście,  nie ważne, że wystrój knajpy nie zmienił się od czasów jedynego słusznego ustroju.
4. Matka sąsiadka. Mam to ogromne szczęście, że kilka miesięcy po pojawieniu się Zo poznałam drugą mamę, z podobnym podejściem do życia i superową córą. Mieszkamy na tym samym piętrze, wiec czasem kiedy Zo marudzi, a do kąpieli jeszcze godzina idę "na chałupy". We cztery czas leci zdecydowanie szybciej.
5. Maż na urlopie - najlepszy zabijacz rutyny. Weźmie dziecko na spacer, przejedzie się w roli osoby towarzyszącej na dalszy wypad autem, czasem podniesie ciśnienie w ramach walki z sennością i spokojem ducha małżonki. 
6. Odwiedziny u dziadków -  nie dość, że w miarę nowe twarze to jeszcze cały inwentarz domowy w postaci psa, kota i rybek, z czego te ostatnie są lepszym widowiskiem niż wszyscy domownicy wydający odgłosy paszczami.
Do sprawdzenia w listopadzie czekają zajęcia ogólnorozwojowe i fitness dla mam z dziećmi.

A Wy? Jak walczycie z rutyną?

PS Nie piszę o zabijaczach rutyny bez dziecka, bo dla matki na urlopie macierzyńskim wszystkie niestandardowe rzeczy robione bez potomka to killery monotonii dnia codziennego.
Więcej... >

Daleko jeszcze?... czyli nasza pierwsza eskapada...

15 minut pakowania - trochę ciuchów, parę książek, krzyżówki, sandałki, japonki, kostium kąpielowy i jesteśmy gotowi do wyjazdu. Tak właśnie było... ale rok temu.
Teraz sprawy mają się zgoła inaczej.

3 dni planowania i tyleż samo pakowania.  Kilka ciuchów dla mnie, kilka dla M. oraz cały wagon tychże dla Zo. Do tego wózek, łóżeczko turystyczne, lodówka turystyczna, przenośny bujak, mała torba miśków/grzechotek etc., duża torba butelek, pucha mleka, kleik na kolacje, pieluchy tetrowe, pieluchy zwykłe, kosmetyki dla Zo, kosmetyki dla nas, kocyki, ręczniki dla nas i jeden dla Zo, plecak na wycieczki, chusteczki do plecaka...
Czego zapomnieliśmy?
Szczotki do włosów, moich adidasów/trampek przez co zasuwałam w mokrych balerinach, kurtki przeciwdeszczowej albo raczej jakiejkolwiek z kapturem. Tak więc obyło się bez katastrofy. Przynajmniej dla Zo, bo ja teraz leczę się z przeziębienia.

Dzień pierwszy
Wyjazd o nieludzkiej porze jaką jest dla mnie 5 nad ranem. Wydawać by się mogło, że drogi będą puste, a tu podwójny psikus. Nie dość, że ruch spory, to na drodze jakiś wysyp debili i potencjalnych morderców...
Mimo wszystko warto było, bo widoki o tej porze piękne, a na miejsce dojechaliśmy przed 9 i przed zameldowaniem się w pokojach zdążyliśmy skoczyć na miasto na śniadanie.
Po śniadaniu rozpakowywanie i spacer nad jezioro. Jak się okazało był to jedyny kwadrans spędzony tamże ponieważ później pogoda pozwalała na wyprawy co najwyżej do knajpy albo chaty grillowej na terenie pensjonatu. Niemniej jednak całkiem przyjemny był to kwadrans - Zo spała, Szymi latał za bańkami, a my mogliśmy się na chwilę zrelaksować. Niestety burza skutecznie przegoniła  nas znad wody, za to rozpogodziło się na tyle szybko, że zaliczyliśmy dalszy niż planowaliśmy spacer. Potem obiad, jak się później okazało zabójczy, rozrabianie dzieciowe i pierwszy śmiech Zo, a następnie wieczorne rodziców rozmowy po tym jak dzieci padły.
Dzień drugi
Poranek nie zapowiadał masakry pogodowej. Świeciło słońce, dzieciaki w dobrych humorach, ale wszystko to do czasu... Brzydka aura dopadła nas koło południa i niestety utrzymała się do końca naszego pobytu. Do tego doszło postępujące zatrucie pokarmowe, bardziej lub mniej hardcorowe w zależności od tego kto co jadł w miejscowym przybytku zwanym "U Ziutka". Razem z pogodą popsuły się humory dzieciorów i zaczęło się marudzenie synchroniczne.
Wieczorem, kiedy M. walczył z grillem ja toczyłam walkę z rozhisteryzowaną Zo. W końcu udało mi się ją nakarmić i ululać, kosztem kilku nowych siwych włosów, ale co tam:) Grill pyszka, jednak umęczona całym dniem wymiękłam i padłam przed 22.
Dzień trzeci
Powrót. Jak na złość - piękne słońce od rana oraz Zo zmieniająca nastroje jak pieluchy. Na szczęście jak dotąd jedno jest pewne - nawet jeśli płacze to przestanie po chwili jazdy samochodem.
Chociaż wyjazd pogodowo zawiódł to i tak jakoś szkoda się rozstawać za granicą Warszawy...

Jakich dokonaliśmy obserwacji?
1. Mamy auto z gumy, bo jakimś cudem udało się wszystko zapakować.
2. Przy planowaniu wyjazdu dobrze jest poczytać o miejscowych knajpach np. na gastronautach lub na foursquare.Po przyjechaniu na miejsce należy trzymać się tego co przeczytaliśmy. My tego nie zrobiliśmy i skusiliśmy się  na knajpę z niezbyt dobrą opinią, a potem żałowaliśmy. Cóż bardzo długi czas oczekiwania na jedzenie + naburmuszone kelnerki + rachunek z niepodanymi pozycjami + odświeżane sosy + zatrucie pokarmowe = dobra nauczka na przyszłość i wystawienie odpowiedniej opinii na wspomnianych wcześniej serwisach.
3. Dzieci się synchronizują. Głównie w płakaniu i robieniu histerii, ale zarażają się też śmiechem więc nie jest tak źle:)
4. Im bardziej uciszasz 2 latka tym głośniej ten się zachowuje.
5. Jak już się raz usłyszy ten oczekiwany śmiech dziecka to potem nie ma przebacz, człowiek robi z siebie debila żeby usłyszeć go po raz drugi i trzeci. Na razie usłyszeliśmy go 2 razy, ale pracujemy nad kolejnymi.
6. Zamiast turystycznej wanienki znakomicie sprawdza się dmuchany basenik.
7. Bańki mydlane to genialny zajmowacz dla dziecka.
8. Towarzystwo innych rodziców jest zbawienne, pozwala zachować dystans do niektórych sytuacji i uświadamia, że nie jest się do końca nienormalnym.
9. Pogoda schodzi na drugi plan jak ma się zgraną ekipę.
10. Wypoczynek przy dwójce dzieci jest trudny, ale nie niemożliwy.
Więcej... >

Opowiem Ci bajkę jak kot palił fajkę...

Pani Fanaberia 20 lat temu
Od dłuższego czasu chodził za mną zamysł co by znaleźć w sieci (albo poza nią) bajki muzyczne, których słuchałam jako dziecko. Myślałam o tym zanim w ogóle posiadanie własnego potomka przeszło mi przez myśl. Teraz ten pomysł wydaje się jeszcze bardziej sensowny i tak oto poczyniłam już pierwsze kroki. Ale od początku…
Bajki muzyczne, dla mnie w wersji nagrań na kastach magnetofonowych, towarzyszyły mi od kiedy pamiętam. Jako jedyna córka pracujących rodziców miałam zawsze sporo czasu dla siebie. Nie, nigdy nie chciałam mieć rodzeństwa, lubiłam spędzać czas z innymi dziećmi, bawić się z nimi itd. ale zawsze potrzebowałam swojego konta, swojej małej przestrzeni, chwili dla siebie – chociaż może dostrzegam to dopiero teraz.
Bajki w formie słuchowisk były odpowiedzią głównie na przykry fakt, że do pewnego wieku nie znosiłam wręcz czytać – nie licząc komiksów i „Uśmiechu numeru” (ktoś to w ogóle pamięta?). Uwielbiałam za to siadać wieczorem zawinięta w kołdrę i słuchać bajek z klasycznego jamnika. „Kopciuszek”, Kije samobije”, „Bzowa Babuleńka”, „Słowik”, „Świniopas” czy „Brzydkie Kaczątko” to bajki, których tytułów nigdy nie zapomniałam, a które zawsze przywołują we mnie ciepłe wspomnienia. Przy nich zasypiałam, przy nich czekałam na powrót mamy z pracy, na przyjście taty, który opowiadał mi bajki „na żywo”.
Poza tytułami tak popularnymi i wręcz oczywistymi są też takie pozycje, z których pamiętam tylko jakiś motyw, temat przewodni, albo pi razy drzwi bohatera, ewentualnie obrazy jakie przychodziły mi na myśl w trakcie słuchania. Ba, czasem jest to luźne skojarzenie np. z ciepłym wieczorem, pachnącym późnym latem i lenistwem. I właśnie te bajki postanowiłam odnaleźć w odmętach Internetu i/lub księgarni.
Oto wyniki moich poszukiwań.

Pierwszym tytułem jaki znalazłam, a przy okazji sobie odświeżyłam jest „Deszczem wyszywane”. Jak się okazało jest to bajka muzyczna pochodząca 1988 roku, która nawet doczekała się reedycji. Z bajki tej pochodzi tekst, który zawsze przychodzi mi na myśl kiedy się zastanawiałam nad wyborem drogi: „(…) może w prawo, może w lewo, może tam gdzie wielkie drzewo?” Dodatkowo na „Deszczem Wyszywane” zwalam bezczelnie moje chore uwielbienie dla listopada i deszczowej jesieni w ogóle.  Bajka opowiada historię Deszczowej Dziewczynki, która trafia przypadkiem, na jedno popołudnie, do domu rodzeństwa Ani i Piotrusia. Razem grają w parasole, liścianego piotrusia oraz szukają jesiennych skarbów, a na ich drodze co i raz pojawia się Zośka Kłamczucha i banda „niby zbójców”… Na jesienne listopadowe popołudnie jak znalazł i nawet można sobie zaśpiewać w drodze do pracy: „Lubię deszczu srebrne dzwonki, lubię deszczu srebrny mak, mokre lasy, mokre łąki, roztańczony kroplą świat…” :)

Zachęcona pierwszym sukcesem odnalazłam kolejną baję z dzieciństwa, a mianowicie „Mateuszek na zaczarowanej wyspie” autorstwa Stefanii Szuchowej. To dopiero jest wykopalisko – bajka pochodzi z 1958 roku, a jednak należała do moich najukochańszych w latach 90, co chyba może świadczyć o jej uniwersalności i ponadczasowości. Jest to historia zarozumiałego Mateuszka, który obraża się na cały świat, ucieka z domu i w czasie swojej wędrówki poznaje dziewczynkę o imieniu „Proszę”, która zabiera go na zaczarowaną wyspę, do swoich sióstr „Dziękuję” i „Przepraszam”. Historia banalna, ale przyjemna dla ucha. Aczkolwiek nawet jako dziecko buntowałam się przeciwko ułożonym siostrom z zaczarowanej wyspy, ponieważ jakbym spotkała takiego Mateuszka, to bym go potraktowała grabkami, albo nasłała na niego osiołka czy inny zaczarowany stoliczek, żeby za bardzo nie odbiegać od fabuły. Tak czy inaczej, niezależnie od mojej krnąbrności i tego, że do walki z prostakiem wybrałabym inny sposób niż łagodne przemawianie, jest to bajka bardzo ciepła i to właśnie ona, a zwłaszcza jej część dot. zaczarowanej wyspy, przywodzi mi na myśl te pachnące latem i lenistwem wieczory. Można jej posłuchać tutaj.

Trzecią moją ukochaną bajką jest „Pimpuś Sadełko” z 1987r Heleny Kołaczkowskiej wg „Szkolnych Przygód Pimpusia Sadełko" Marii Konopnickiej. Uwielbiałam ją i bardzo długo nie mogłam się z nią rozstać. Potrafiłam jej słuchać do snu nawet w ostatnich klasach podstawówki, aczkolwiek wtedy do tego się nie przyznawałam. Nieposłuszny, krnąbrny, wiecznie wiercący się kot Pimpuś był moim osobistym idolem. Solidaryzowałam się z nim we wszystkich psotach i poczuciu niezrozumienia przez dorosłych. Oczywiście wiadomo jak historia skończyła się dla tytułowego kocura, ja z krnąbrności nie wyleczyłam się nigdy;) Natomiast Pimpuś i jego urwisowanie były dla mnie inspiracją, w przeciwieństwie do głównych, kocich bohaterek, które były słodkie i grzeczne do przesady. Nie od parady zamiast bawić się lalkami-bobasami, bawiłam się w wojnę z chłopakami z osiedla. Bajki można posłuchać tutaj.

Inne tytuły, których słuchałam w dzieciństwie, a które udało mi się odnaleźć w sieci to:
  •  „Bajki Natalki” z 1987 w których występowali m.in. Irena Kwiatkowska oraz Jan Kobuszewski, a całość reżyserował Jan Kolberger (wikipedia). Większość piosenek już zapomniałam, ale „Dyskoteka” z sztańskim śmiechem Kobuszewskiego, „Kumki z Gumką nikt nie pokona” oraz nostalgiczne „Marzenia Pana Konia” pamiętam i bardzo miło wspominam. Momentami trochę krzykliwe, ale jak byłam dzieckiem to kompletnie mi to nie przeszkadzało. Pełny wykaz utworów z tego zbioru możecie znaleźć tutaj.
  • Miki Mol i zaczarowany kuferek czasu” Ryszarda Antoniszczaka z 1981 roku. Słuchałam tej bajki regularnie, ale doceniłam ją dopiero kiedy jako nastolatka usłyszałam jej fragment na płycie Kalibra 44:)
  • W Karzełkowie” z Bohdanem Smoleniem. Z bajki tej pamiętam tylko piosenkę „Szczur Szur Szur”, której niestety nigdzie nie udało mi się znaleźć.
Wy też macie jakieś bajki, które znacie głównie ze „słyszenia”?:)
Więcej... >
Pani Fanaberia - blog parentingowy z przymrużeniem oka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka