Się ogląda

W bonusie do weekendów, które przy dzieciach bywają trudne oraz do sezonu chorobowego, który nie chce odpuścić i w nosie ma dni tygodnia, w ramach walki o przetrwanie (swoje i rodziny w komplecie) sięgamy po bajki.
Możecie zacząć się oburzać, nie mam nic przeciwko. Otwarcie przyznaję, że należę do tej grupy rodziców, którzy w poszukiwaniu straconego zdrowia psychicznego łapią się animowanych historyjek.

W tygodniu, kiedy Zo uczęszcza do przedszkola, w ramach wieczorynki stawiamy na krótkie formy takie jak świnka Peppa czy Luluś. Jednakże, w weekendy oraz w okresie chorobowym ZuO ma dyspensę na 2 dłuższe bajki w ciągu dnia. I tutaj pojawia się problem. Początkowo wałkowaliśmy jedną i tę samą produkcję, co (jak można przypuszczać) bardzo szybko doprowadziło nas do rzygania Florą, Hortensją i Niezabudką. Rozpoczęliśmy więc eksperymenty. Do tego na dziecku. 
Jak się okazało, część filmów z naszej młodości nie przetrwało próby czasu, za to część ma się całkiem nieźle. Niestety im częściej je wałkujemy tym bardziej zdajemy sobie sprawę z różnego rodzaju absurdów, bijących po oczach, zwłaszcza po setnym obejrzeniu danego filmu.

Nr 6 Księga Dżungli (rok 1967)
Nie oglądałam jej jakieś 20 lat. Zapomniałam jaka jest fajna, chociaż nie przepadam za Disneyem ze zwierzakami w roli głównej. Niedźwiedź Balu, pantera Bagera, nawet Mouglie, to całkiem spoko ekipa. Piosenki niezbyt rzewne i w rozsądnej ilości. Fakt, bajka ta trochę się zestarzała pod kątem wizualnym, ale daje radę i po wielokrotnym obejrzeniu nie powala debilizmem jak np. Śpiąca Królewna, chociaż kto wie, może jakbyśmy ją wałkowali częściej to moglibyśmy się do czegoś przyczepić...

Nr 5 Mała Syrenka (rok 1989)
Podobnie jak z Księgą Dżungli przez wiele lat nie wracałam do tego filmu. Nie zestarzała się tak bardzo jak Księga, ale to w sumie nic dziwnego, bo Księga Dżungli została nakręcona ponad 20 lat wcześniej. Arielka jednak (pewnie za sprawą rudej czupryny) trafia do mnie bardziej niż Mouglie chociaż oboje buntują się przeciwko tym starszym i bardziej doświadczonym.
Niemniej jednak, będąc w butach rodzica, stwierdzam, że Król Tryton co wiedział to wiedział i na pewno w jakimś stopniu przewidział, że jego niezbyt rozgarnięta aczkolwiek kochliwa córka może wyciąć jakiś numer. Ale żeby aż taki?
Powiecie, że się czepiam, ale no sorry jak nazwać inaczej fakt, że laska podpisująca kontrakt z Urszulą, nie wpada na to, żeby napisać Księciuniowi, że heloł, „ja to ta co Cię uratowała, ale musiałam oddać głos żeby się z Tobą zobaczyć, jeśli mnie pocałujesz zaśpiewam Ci znowu”.
Niestety, na korzyść jeśli idzie o sensowność całej historii, nie przemawia również ślub 16 letniej bohaterki, ale powiedzmy, że tutaj przemawiają przeze mnie nasze, nowoczesne, postępowe zwyczaje i czasy:)
Niemniej jednak Ariel jest urocza, piosenki są zacne, Sebastian wymiata, Maks jest pocieszny no i Eryk, to mój ulubiony księciunio. Aha no i wihajster... Zo przez jakiś czas mówiła tak na widelec i tak, próbowała się nim uczesać (chociaż przed szczotką ucieka).
Nr 4 Śpiąca Królewna (rok 1959)
Do niedawna był to mój numer jeden z disney'owskiej klasyki... Niestety, jak się okazało, bajka ta wałkowana prawie codziennie straciła sporo uroku. Za co ją kocham? Za szczegółowość grafiki. To po pierwsze. Po drugie za muzykę. Scena w której Aurora podąża w wieży za magicznym ognikiem zawsze wywołuje u mnie ciarki.
I to by było na tyle, ponieważ im dłużej/częściej człowiek ogląda to cudo, tym bardziej zdaje sobie sprawę z głupoty wszystkich bohaterów. Wszystkich bez wyjątku. Aurora niby nie rozmawia z nieznajomymi ale pierwszemu lepszemu daje sobie zakręcić w głowie tak, że tego samego dnia zaprasza go do siebie do domu. No cóż, powiedzmy, że jest usprawiedliwiona, w końcu ma 16 lat i siano w głowie. Może dlatego ma również najmniej linii dialogowych ze wszystkich księżniczek Disneya. Nie wspominam o tym, że poziom decyzyjności naszej blond piękności jest mniejszy od decyzyjności taboretu.
Kolejny kretynizm to fakt, że klątwa mówiła wyraźnie o dniu 16 urodzin - nie było mowy, że królewna ukłuje się w palec przed 16 urodzinami, albo nie później niż w ten dzień. Nie. Czarownica grzmiała, że W DNIU 16-tych urodzin. Nie wcześniej, nie później.
Czy zatem, skoro już durne wróżki zabrały córkę rodzicom to nie mogły z nią wrócić do zamku, no nie wiem, dzień po urodzinach? Albo, to już w ogóle szalony pomysł, nie napierdzielać się różdżkami w ramach urodzinowego beforka? Po cholerę w ogóle królewnę zabierano od jej rodziców? W końcu wystarczyło ją przypilnować tylko w dniu rzeczonych 16 urodzin… ale co ja tam wiem.
Tak czy inaczej grafika i sentyment robią swoje, a Zo uwielbia piosenkę "Znam ze snów...", bawi się w bycie wróżką i zamienianie ciuchów to w różową, to w niebieską wersję kolorystyczną. Trochę żałuję, że w filmie nie było więcej kolorów sukienki Królewny, może Zo umiałaby już odróżniać inne kolory niż te dwa konkretne.
Nr 3 Zaplątani (rok 2010) Zdecydowanie najmłodsza produkcja w zestawieniu. Roszpunka, z głosem Julii Kamińskiej, Gertruda czy jak kto woli Danuta Stenka, Flynn i koniopies Maksimus to moja ulubiona ekipa wśród księżniczkowej, rozmemłanej swołoczy. Świetne poczucie humoru, ikra, odrobina absurdu, piękna grafika i piosenki, które nie zabijają fabuły, to moim zdaniem całkiem pewny przepis na sukces w świecie animacji. Tekst piosenki Marzenie Mam uwielbiam miłością szczerą, zwłaszcza fragment z jednorożcami zawsze wprawia mnie w dobry humor.
Zo ma chyba podobne spostrzeżenia. "Marzenie Mam" słuchamy prawie codziennie, towarzyszą temu pokazy wokalne i taneczne.
Bajkę oglądamy dosyć często, ale jeszcze nie nabawiłam się roszpunkowego wstrętu, więc siłą rzeczy nie czepiam się o nic❤.
Nr 2 Nowe Szaty Króla (2000)
Historię Króla Kuzko znam od ponad 10 lat. Teksty z tej produkcji weszły nawet do naszego potocznego, domowego języka (z uwzględnieniem odzywek Zo takich jak: Nie tykać, Bum Skarbie, czy Eeeee Pacza?). 
Bajka opowiada o tym jak pewien upierdliwy, mający wszystkich w nosie Król, za sprawą nieprzemyślanych ruchów kadrowych zostaje zamieniony w lamę, a potem usiłuje wrócić do swojej ludzkiej postaci przy pomocy podstępu, uroku osobistego i miejscowego wieśniaka.
Film ten kocham nad życie za kilka rzeczy: po pierwsze za absurdalne poczucie humoru (wytykające również absurdy tego typu filmów), po drugie za przegenialne, szybkie i rezolutne dialogi; po trzecie za świetnie napisane postacie (Izma – mój ulubiony czarny charakter) oraz, po czwarte, w polskiej wersji językowej, za młodego Shtura w roli Króla Kuzko. Dla mnie na plus przemawia również brak piosenek.
W bajce tej na próżno szukać cukierkowego różu, wróżek i niemrawych księciuniów, wesel i innych takich. Jest za to fiolet, czarownica, nieznośny król, a także cwana wiewiórka, gangrena lukrowana i lody czosnkowe. Dla mnie bajka nr jeden, jednak ZuO ostatnio świruje na punkcie...

Nr 1 Kubuś Puchatek
"Kubuś Puchatek", "Kubuś Puchatek i Przyjaciele", a także "Niesamowita Przygoda Kubusia Puchatka" to ukochane filmy Zo i nasze w sumie też. Zwłaszcza fragmenty dotyczące burczenia w brzuszku. Polski dubbing pierwszej części (z 1977 roku) nie postarzał się ani grama, ale za to postawił dubbingową poprzeczkę bardzo wysoko, nawet za wysoko, bo kolejne części pod tym kątem nie dorastają mu do pięt. Ale to nie jedyny problem. "Prosiaczek i Przyjaciele", a także "Kubuś i Hefalumpy" nie stawiają w najlepszym świetle całej ekipy ze stumilowego lasu. Zamiast ciepłych i mądrych na swój sposób bohaterów, mamy stado rozhisteryzowanych zwierzaków, które gnębią tych których nie znają i zupełnie nie szanują i nie doceniają mniejszych członków społeczności. Oczywiście wcześniej czy później, raczej później, orientują się jakimi są wrednymi skurczybykami, ale niesmak i to taki potężny pozostaje. W Hefalumpach sytuacje ratuje tylko Maleństwo i jego mama oraz fajne piosenki, dla filmu o Prosiaczku ratunku nie znalazłam. Jest beznadziejny.
Nie mniej jednak, w ogólnym rozrachunku, sympatyczny (zazwyczaj) miś, piękny język i banda (zazwyczaj) cieplutkich jak plusz przyjaciół dostaje zośkowy złoty medal.

W planach na pokazy filmowe, niekoniecznie disneyowskie, mamy jeszcze: "Meridę Waleczną", "Jak wytresować smoka", "Wall-e"... Polecicie coś jeszcze?

PS Nie zapomniałam o klasykach takich jak "Król Lew" czy "101 Dalmatyńczyków", znajdą się one w zestawieniu filmów, które są nieoglądalne bez względu na ilość rodzicielskiego sentymentu...

---------------------------------
Jeśli spodobał Ci się ten tekst i uznasz, że ktoś może na nim skorzystać - będzie mi bardzo miło jeśli prześlesz go dalej w świat klikając w jeden z udostępniaczy (pod polecanymi postami) 👇
Dziękuję 💐😘
Więcej... >

Opowiem Ci bajkę jak kot palił fajkę...

Pani Fanaberia 20 lat temu
Od dłuższego czasu chodził za mną zamysł co by znaleźć w sieci (albo poza nią) bajki muzyczne, których słuchałam jako dziecko. Myślałam o tym zanim w ogóle posiadanie własnego potomka przeszło mi przez myśl. Teraz ten pomysł wydaje się jeszcze bardziej sensowny i tak oto poczyniłam już pierwsze kroki. Ale od początku…
Bajki muzyczne, dla mnie w wersji nagrań na kastach magnetofonowych, towarzyszyły mi od kiedy pamiętam. Jako jedyna córka pracujących rodziców miałam zawsze sporo czasu dla siebie. Nie, nigdy nie chciałam mieć rodzeństwa, lubiłam spędzać czas z innymi dziećmi, bawić się z nimi itd. ale zawsze potrzebowałam swojego konta, swojej małej przestrzeni, chwili dla siebie – chociaż może dostrzegam to dopiero teraz.
Bajki w formie słuchowisk były odpowiedzią głównie na przykry fakt, że do pewnego wieku nie znosiłam wręcz czytać – nie licząc komiksów i „Uśmiechu numeru” (ktoś to w ogóle pamięta?). Uwielbiałam za to siadać wieczorem zawinięta w kołdrę i słuchać bajek z klasycznego jamnika. „Kopciuszek”, Kije samobije”, „Bzowa Babuleńka”, „Słowik”, „Świniopas” czy „Brzydkie Kaczątko” to bajki, których tytułów nigdy nie zapomniałam, a które zawsze przywołują we mnie ciepłe wspomnienia. Przy nich zasypiałam, przy nich czekałam na powrót mamy z pracy, na przyjście taty, który opowiadał mi bajki „na żywo”.
Poza tytułami tak popularnymi i wręcz oczywistymi są też takie pozycje, z których pamiętam tylko jakiś motyw, temat przewodni, albo pi razy drzwi bohatera, ewentualnie obrazy jakie przychodziły mi na myśl w trakcie słuchania. Ba, czasem jest to luźne skojarzenie np. z ciepłym wieczorem, pachnącym późnym latem i lenistwem. I właśnie te bajki postanowiłam odnaleźć w odmętach Internetu i/lub księgarni.
Oto wyniki moich poszukiwań.

Pierwszym tytułem jaki znalazłam, a przy okazji sobie odświeżyłam jest „Deszczem wyszywane”. Jak się okazało jest to bajka muzyczna pochodząca 1988 roku, która nawet doczekała się reedycji. Z bajki tej pochodzi tekst, który zawsze przychodzi mi na myśl kiedy się zastanawiałam nad wyborem drogi: „(…) może w prawo, może w lewo, może tam gdzie wielkie drzewo?” Dodatkowo na „Deszczem Wyszywane” zwalam bezczelnie moje chore uwielbienie dla listopada i deszczowej jesieni w ogóle.  Bajka opowiada historię Deszczowej Dziewczynki, która trafia przypadkiem, na jedno popołudnie, do domu rodzeństwa Ani i Piotrusia. Razem grają w parasole, liścianego piotrusia oraz szukają jesiennych skarbów, a na ich drodze co i raz pojawia się Zośka Kłamczucha i banda „niby zbójców”… Na jesienne listopadowe popołudnie jak znalazł i nawet można sobie zaśpiewać w drodze do pracy: „Lubię deszczu srebrne dzwonki, lubię deszczu srebrny mak, mokre lasy, mokre łąki, roztańczony kroplą świat…” :)

Zachęcona pierwszym sukcesem odnalazłam kolejną baję z dzieciństwa, a mianowicie „Mateuszek na zaczarowanej wyspie” autorstwa Stefanii Szuchowej. To dopiero jest wykopalisko – bajka pochodzi z 1958 roku, a jednak należała do moich najukochańszych w latach 90, co chyba może świadczyć o jej uniwersalności i ponadczasowości. Jest to historia zarozumiałego Mateuszka, który obraża się na cały świat, ucieka z domu i w czasie swojej wędrówki poznaje dziewczynkę o imieniu „Proszę”, która zabiera go na zaczarowaną wyspę, do swoich sióstr „Dziękuję” i „Przepraszam”. Historia banalna, ale przyjemna dla ucha. Aczkolwiek nawet jako dziecko buntowałam się przeciwko ułożonym siostrom z zaczarowanej wyspy, ponieważ jakbym spotkała takiego Mateuszka, to bym go potraktowała grabkami, albo nasłała na niego osiołka czy inny zaczarowany stoliczek, żeby za bardzo nie odbiegać od fabuły. Tak czy inaczej, niezależnie od mojej krnąbrności i tego, że do walki z prostakiem wybrałabym inny sposób niż łagodne przemawianie, jest to bajka bardzo ciepła i to właśnie ona, a zwłaszcza jej część dot. zaczarowanej wyspy, przywodzi mi na myśl te pachnące latem i lenistwem wieczory. Można jej posłuchać tutaj.

Trzecią moją ukochaną bajką jest „Pimpuś Sadełko” z 1987r Heleny Kołaczkowskiej wg „Szkolnych Przygód Pimpusia Sadełko" Marii Konopnickiej. Uwielbiałam ją i bardzo długo nie mogłam się z nią rozstać. Potrafiłam jej słuchać do snu nawet w ostatnich klasach podstawówki, aczkolwiek wtedy do tego się nie przyznawałam. Nieposłuszny, krnąbrny, wiecznie wiercący się kot Pimpuś był moim osobistym idolem. Solidaryzowałam się z nim we wszystkich psotach i poczuciu niezrozumienia przez dorosłych. Oczywiście wiadomo jak historia skończyła się dla tytułowego kocura, ja z krnąbrności nie wyleczyłam się nigdy;) Natomiast Pimpuś i jego urwisowanie były dla mnie inspiracją, w przeciwieństwie do głównych, kocich bohaterek, które były słodkie i grzeczne do przesady. Nie od parady zamiast bawić się lalkami-bobasami, bawiłam się w wojnę z chłopakami z osiedla. Bajki można posłuchać tutaj.

Inne tytuły, których słuchałam w dzieciństwie, a które udało mi się odnaleźć w sieci to:
  •  „Bajki Natalki” z 1987 w których występowali m.in. Irena Kwiatkowska oraz Jan Kobuszewski, a całość reżyserował Jan Kolberger (wikipedia). Większość piosenek już zapomniałam, ale „Dyskoteka” z sztańskim śmiechem Kobuszewskiego, „Kumki z Gumką nikt nie pokona” oraz nostalgiczne „Marzenia Pana Konia” pamiętam i bardzo miło wspominam. Momentami trochę krzykliwe, ale jak byłam dzieckiem to kompletnie mi to nie przeszkadzało. Pełny wykaz utworów z tego zbioru możecie znaleźć tutaj.
  • Miki Mol i zaczarowany kuferek czasu” Ryszarda Antoniszczaka z 1981 roku. Słuchałam tej bajki regularnie, ale doceniłam ją dopiero kiedy jako nastolatka usłyszałam jej fragment na płycie Kalibra 44:)
  • W Karzełkowie” z Bohdanem Smoleniem. Z bajki tej pamiętam tylko piosenkę „Szczur Szur Szur”, której niestety nigdzie nie udało mi się znaleźć.
Wy też macie jakieś bajki, które znacie głównie ze „słyszenia”?:)
Więcej... >

Wszystko przez Śnieżkę!

Od kilku dni w czasie codziennej prasówki rzucał mi się w oczy artykuł dot. Disneya i jego księżniczek. Jako fanka bajek i generalnie animacji wszelakich w końcu znalazłam chwilę żeby się z nim zapoznać i już na wstępie poczułam jakiś wewnętrzny imperatyw co by się w temacie wypowiedzieć. Nie jako znawca dziecięcej psychiki tylko jako dorosła kobieta wychowana m.in. na bajkach Disneya właśnie. 

Szczerze mówiąc nie rozumiem całej tej nagonki na księżniczki. Nagle ludzie doznali olśnienia, że rzeczywistość znacząco różni się od tego co widzimy w bajkach – czyli co? Do tej pory żyli w słodkiej niewiedzy? Nie wydaje mi się.
Jestem natomiast prawie pewna, że disneyowskie panny są świetnymi kozłami ofiarnymi. Przecież jak kompleksy to przez Śnieżkę, jak uległość to Kopciuszek, jak skupienie na cielesności to Arielka, a wszystko co najgorsze to Aurora, bo ona nie dość, że ładna, to się po prostu położyła i czekała, aż pojawi się ten jedyny… Wg pana Davida Trumble, wszystkie te Belle i Dżasminy pakują nas w „sztywne ramy”, a do naszych głów wciskają „niewłaściwe modele i wzorce postrzegania świata”… Jak dla mnie jest to wniosek bardzo grubymi nićmi szyty, dodatkowo odnoszę nieodparte wrażenie, że Pan Trumble nie zadał sobie trudu i nie obejrzał żadnej z bajek Disneya do których pije, a swój osąd opiera tylko na rysunkach znalezionych w Internecie. Z tego co pamiętam to znakomita większość osławionych księżniczek buntowała się przeciwko ramom i wzorcom, które były im narzucone przez starszych, mądrzejszych – np. Ariel, ale również Aurora czy z późniejszych bajek Roszpunka. Fakt, że zazwyczaj popadały przez to w tarapaty, ale finalnie dopinały swego. Kopciuszek pokazywał, że ciężka praca popłaca, a Śnieżka że należy się troszczyć o innych, Bella, że poza pięknem zewnętrznym liczy się to co mamy w środku i nie mam tu na myśli wątroby. Merida udowodniła, że można zmienić swoje przeznaczenie, a dodatkowo została pozbawiona typowo księżniczkowych atrybutów jak talia osy i wielkie oczyska (zgadzam się, z oburzeniem jakie wywołało jej wizualne uksiężniczkowienie
). Fakt że gdzieś tam, w większości z bajek, przewijał się osławiony Książe-ze-Bajki, który finalnie zostawał mężem głównej bohaterki – no cóż począć, takie były czasy, swoją drogą przynajmniej te babki hajtały się z miłości.


Gapiłam się w te bajki co to niby takie okropne i takie nierealne rzeczy promują i żyję. Do tego mam się całkiem nieźle. Nie wierzę i nigdy nie wierzyłam w księcia na białym rumaku, wiedziałam natomiast, że na wszystko trzeba sobie zapracować, że rzeczy nie są dane ot tak. Przyjmowałam do wiadomości, że życie jest niesprawiedliwe, chociaż nie bez buntu przeciwko temu, buntuję się z resztą cały czas. Nie znoszę biernego czekania, wyręczania mnie i zakładania, że jak baba to sobie nie poradzi albo czegoś nie wie. Owszem lubię wyglądać ładnie, ale która kobieta tego nie lubi? Ze zboczeń jakie wyniosłam z bajania różnego typu odnotowuję jedynie wiarę w to, że ludzie są dobrzy (wiem, jestem naiwna) i że można się cieszyć z drobnych rzeczy. 
Panie Trumble gdzie zatem ta moja księżniczka co ją sobie powinnam wmawiać po obejrzeniu tych wszystkich bajek? Gdzie te moje kompleksy, sztywne ramy i inne okropności?  Na koniec mojego przydługiego wywodu dodam, że nie widzę potrzeby organizowania antyksiężniczkowej krucjaty, wystarczy odrobina zdrowego rozsądku, jak z resztą wszędzie. Nie zgadzam się z twierdzeniem, że bajki Disneya są niepoprawne i że odpowiadają za pranie biednych, dziecięcych mózgów.  Uważam, że pokazują uniwersalne wartości w sposób przystępny, no bo niby jak inaczej miały by to zrobić? Poza tym od czego są rodzice? Jeśli nie chcemy żeby dziecko uznało drogę Śnieżki za jedyną słuszną, to można z nim porozmawiać na temat tego co innego mogła zrobić bidulka, zamiast chować się po lasach i sprzątać u krasnoludków.
 

Oczywiście nie kłócę się z faktem, że bajki Disneya są wyidealizowane i naiwne, to żadne odkrycie, ale w sumie jakie miały by być jeśli nie takie?  Kopciuszek do końca życia miałby zapieprzać dla macochy podczas gdy księciunio hajtnął by się z jej siostrą Gryzeldą? Dlaczego nie? Przecież, czasem w życiu nie układa się po naszej myśli. Śnieżkę właściwie można by było uśmiercić od razu, bez okazywania litości przez drwala, a niech się zła królowa nacieszy. Bella mogłaby olać Bestię, napuścić na niego wioskowego macho, potem zamieszkać w zamku niedoszłego odczarowanego księcia, zaprzestać czytania swoich ukochanych książek, za to urodzić gromadę dzieci wieśniakowi, aby na koniec popaść w alkoholizm. Na dobitkę Śpiącej Królewnie zamiast urody, pięknego głosu i zmienienia klątwy trzy Wróżki mogły dać niewydolność nerek, garba i umiejętność wybekiwania alfabetu. Doprawdy cudnie i jak realistycznie. Tylko chyba nie o to w bajkach chodzi.

http://doblelol.com/2/housewives-funny.htm
Więcej... >
Pani Fanaberia - blog parentingowy z przymrużeniem oka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka