Dwie kreski - czyli ciąża i co teraz...

Był ciepły, lipcowy poranek. Zapowiadał się intensywny weekend i jeszcze bardziej intensywny tydzień. Bo wyjazd za miasto, bo impreza, a nawet imprez kilka. Jedna tylko rzecz nie dawała mi spokoju, a mianowicie dlaczego jakoś mi śpiąco, jakoś mi się nie chce i jakoś tak na horyzoncie nie widać wiadomych co miesięcznych dolegliwości.

Dla świętego spokoju zrobiłam test ciążowy. I co? I nic. Jedna kreska i jakiś zaciek. Ów zaciek nie dawał mi spokoju przez cały weekend i choć małż twierdził uparcie, że to nic postanowiłam rozwiać wszelkie wątpliwości robiąc odpowiednie badania krwi... W ten oto sposób, w pewien poniedziałek, moje życie zmieniło się na zawsze.

Spokojnie. Nie popełniłam recydywy. Wszystko to działo się dokładnie rok temu. Szok i niedowierzanie ustąpiły miejsca panice, a następnie ciekawości i ekscytacji, później również strachowi, dlatego też postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma okołociążowymi spostrzeżeniami/radami , a nuż trafi tu jakaś ciężarna i coś na tym skorzysta:)

1. Jak już się zobaczy te bardziej lub mniej upragnione dwie kreski grunt to zachować spokój chociaż wiadomo, że ciężko z tym bywa, bo nawał myśli i emocji jest ogromny. Kiedy wynik testu jest pozytywny najpierw należy udać się do ginekologa, który powinien zalecić komplet badań. Ja żeby nie czekać na wizytę u gina poszłam do internisty, opowiedziałam jaka jest sytuacja, że spóźnia się to i owo, że dwie kreski jakieś takie niewyraźne, a przede mną intensywny czas, więc chcę mieć pewność co do mojego bycia/nie bycia w ciąży. Dzięki temu do gina trafiłam z pierwszymi wynikami potwierdzającymi ciążę (beta HCG). Karta ciąży została założona po pierwszym usg w 8tc.

2.  Należę do zwolenników mówienia pracodawcy o ciąży jak tylko będziemy jej pewne, a nie po otrzymaniu bardziej lub mniej zasadnego L4. Dzięki temu pracodawca ma czas na znalezienie zastępstwa, wie mniej więcej czego się spodziewać i nie zostaje postawiony przed faktem dokonanym jakim jest długotrwała nieobecność pracownika.

3. W moim przypadku nie pojawiły się mdłości za to potwierdziły się osławione ciążowe huśtawki nastrojów i to takie do potęgi entej - śmiałam się i płakałam na przemian, a raz nawet rzuciłam talerzem z kanapkami z pieczonym boczkiem - paradoksalnie bardziej niż talerza było mi szkoda tegoż boczku i ogórka kiszonego. Płacz na filmach przyrodniczych, kreskówkach, a nawet na "Jednym gniewnym Czarlim" należał do normy. Biedny był mój małż wtedy, powiadam Wam, ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy i najlepiej na ten czas po prostu przymknąć oko na swoje humory i podchodzić do nich... z humorem właśnie:)
PS II trymestr zapewnił co prawda przerwę w tej jakże absurdalnej huśtawce, za to wróciła ona z nową dawką płaczu bez powodu w III trymestrze.
4. Skoro mowa o huśtawce nastrojów to nie można zapomnieć o ciążowym mózgu, a raczej jego braku. Śmieją się z niego w serialach i filmach, myślałby kto, że to prawda... a jednak. Bo jak inaczej wyjaśnić: pomylenie wlotu powietrza w samochodzie terenowym z rynną, wstawienie wody na herbatę w czajniku postawionym na blacie, a nie na odpalonym już gazie, notoryczne zapominanie słów i wieeele innych wpadek... 
Co by totalnie nie popaść w otchłań ciążowej galarety zamiast mózgu dobrze jest sobie wszystkie najważniejsze rzeczy zapisywać, najlepiej w kilku miejscach, na wypadek zgubienia telefonu/kalendarza/notesu. 
Dobrze jest mieć też oddzielną teczkę zawierającą wszystkie papierki związane z ciążą: wyniki badań krwi, usg i innych, książeczkę ciąży, listę pytań, zaleceń, ksera zwolnień lekarskich itp. Ja trzymałam tam również aktualną rmuę, tak na wszelki wypadek gdyby nfzowski eWUŚ spłatał mi figla.

5. Wracając do nieco poważniejszych aspektów ciąży - nie ma co się cackać ze zmianą lekarza prowadzącego. Nie podoba się - do widzenia. W tym czasie lekarz powinien być mega empatyczny, a przy tym wzbudzać więcej zaufania niż zwykle, nie powinien natomiast bagatelizować waszych wątpliwości i obaw (nie zależnie od tego jak niepoważne by one były), a ciąże musi traktować jako całość, a nie tylko patrzeć na swoją działkę, znajdującą się między nogami pacjentki. 
Ja odpuściłam, tłumaczyłam sobie, że skoro jest ok, to nie potrzebuję empatii, a potem chodziłam i płakałam, bo lekarz-buc twierdził, że ból kręgosłupa, a następnie utykanie przez bolące biodro to nie jest kwestia zmiany środka ciężkości, rosnącego brzucha itd., że anemia nie jest jego problemem tylko hematologa itd. itp. 
Doszło do tego, że dostałam dwa zwolnienia lekarskie - jedno od ortopedy, po opierdzieleniu mnie, że z czym ja przychodzę przecież w ciąży to normalne, drugie od hematologa, który się załamał widząc tak zaawansowaną anemię...

6. Skoro o lekarzach mowa to należy domagać się skierowań na komplet badań. Chociażby lekarz nas zbywał - nie dać się. Badania są ważne, a nie które mogą pomóc uniknąć różnych komplikacji (np. na cytomegalię lub toksoplazmozę, nie wspominając o chorobach wenerycznych).

7. Nie należy sugerować się wszystkim co znajduje się w internecie. Zazwyczaj czyta się tam straszne historie okołoporodowe i okołociążowe, najlepiej w ogóle do nich nie zaglądać w ramach unikania stresu. Każda ciąża jest inna, tak samo jak poród. Na jednym z forów czytałam jak dziewczyny prześcigały się w oglądaniu programów o położnych, porodach itd. ja przez całą ciążę nie obejrzałam ani jednego, bo uznałam, że nie ma co się nastawiać.
Czasem źródłem opowieści niczym z horrorów są inne matki, które niedawno rodziły i nie wiedzieć czemu uznają, że opowiadanie bardzo szczegółowych i krwistych historii doda otuchy ich ciężarnym koleżankom.
 Do tego dochodzi osławiony doktor google, którego diagnoza finalnie oznacza śmierć lub stałe kalectwo. Jeśli ma się wątpliwości, nietypowe objawy - trzeba iść do lekarza, a jeśli ten daje ciała albo stawia jakąś  poważną diagnozę dobrze jest zasięgnąć drugiej opinii/powtórzyć badania.

8. Dobrze jest się nie nastawiać na nic. Chociaż w przypadku karmienia piersią to podobno błąd. Nie nastawiałam się na jakiś specjalny rodzaj porodu, ani na sposób karmienia. Wychodziłam z założenia, że będzie co ma  być, chociaż oczywiście byłam pełna obaw. Mimo wszystko dzięki takiemu podejściu kiedy przeszłam na karmienie mlekiem modyfikowanym obyło się bez większych wyrzutów sumienia podobnie jak przy cesarskim cięciu. Nie mam sobie z tych tytułów nic do zarzucenia, tak miało być i było, jeśli ktoś uważa, że przez to nie jestem pełnoprawną matką to hak mu w smak:)

9. I na koniec, być może najważniejsze: ufajcie swojej intuicji. Co by Wam nie podpowiadała, czasem lepiej narobić niepotrzebnie paniki ale mieć spokojną głowę, niż nie chcieć robić problemu sobie i innym a potem żałować.
----------------------------
Jeśli spodobał Ci się ten tekst i uznasz, że ktoś może na nim skorzystać - będzie mi bardzo miło jeśli prześlesz go dalej w świat klikając w jeden z udostępniaczy (pod polecanymi postami) 👇
Dziękuję 💐😘
Więcej... >

Ku przestrodze

co robić gdy nie czuć ruchów dziecka intuicja poród wcześniak wcześniactwo 34tc przeczucie intuicja w ciąży
W związku z tym, że do nadrobienia mam całą masę zaległości, a w głowie drugie tyle pomysłów na posty zaczynam poważnie, postem ku przestrodze. 
Przed czym chcę przestrzegać? 
Przed niesłuchaniem swojej intuicji.

Powiem szczerze, że zawsze myślałam, że moja intuicja czy inny szósty zmysł leży i kwiczy. Okazuje się, że muszę jej zwrócić honor.


Tak jak pisałam w poprzednim poście Zo przyszła na świat w 34tc. Z jednej strony słabo, bo wcześniak, z drugiej strony patrząc na to z perspektywy czasu obie miałyśmy więcej szczęścia niż rozumu i zwalam to właśnie na ową intuicję, w której działanie wątpiłam…


Wszystko zaczęło się niewinnie, w ostatni weekend lutego. W sobotę zrobiliśmy sobie ze znajomymi wieczór filmowy, wszystko było cudnie. I film, i goście, i nawet Zofia grająca w piłkę moim pęcherzem. 

W niedzielę zrobiło się dziwnie – niby czułam ruchy, niby spełniały normę ilościową, ale jakoś tak dziwnie, niemrawo. Nie pomagała ani czekolada ani picie zimnej wody, ani leżenie na boku, no bo właściwie w czym miały pomóc skoro ruchy były wyczuwalne? Całą niedzielę chodziłam i liczyłam, i się zastanawiałam. Wszyscy dookoła powtarzali, że taki dzień, że może zmęczenie, że przesadzam, że może ma coraz mniej miejsca i właściwie wszystkie te wyjaśnienia brzmiały całkiem sensownie.

Niemniej jednak w poniedziałek rano udałam się do pani ginekolog – traf chciał, że zwolniło się miejsce u bardzo dobrej pani doktor i nie musiałam jechać do mojego gbura prowadzącego. 
Pani doktor przebadała mnie, posłuchała Zosi – wszystko ok, ale profilaktycznie dała skierowanie na KTG do szpitala.
Właściwie skoro wszystko ok, to po co się fatygować?
Tak czy siak, po obiedzie, na totalnym luzie przejechałam się na Izbę Przyjęć – i tak miałam mieć tam szkołę rodzenia, więc przed zajęciami miałam nadzieję być po KTG i szczegółowym USG.

KTG normalnie trwa około 20 minut. Moje trwało dobrą godzinę, ponieważ badanie ginekologiczne wcześniejszej pacjentki się przedłużało. Kolejny zbieg okoliczności, ponieważ dopiero w drugiej połowie badania (czyli tej której być nie powinno) KTG wykazało spadki tętna płodu, co z kolei zaowocowało moim pobytem na oddziale patologii ciąży, gdzie 
miałam przeprowadzone kolejne badania (USG, KTG itp.).
W czasie ostatniego badania KTG (po którym następnego dnia miałam zostać wypisana do domu) spadek tętna u Zosi był tak duży, że postawił na nogi pół oddziału położnych – Pierwsza ruszała moim brzuchem żeby pobudzić Zo, druga podawała mi tlen, a trzecia zakładała wenflon… Od razu zostałam przeniesiona na salę przedporodową, a tam po kolejnych 9 godzinach KTG (i kolejnych zanikach tętna) lekarz podjął decyzję o CC.
Diagnoza: Małowodzie i zagrażająca zamartwica wewnątrzmaciczna płodu.

Teraz kiedy Zo jest z nami, kiedy możemy trochę odetchnąć, dopiero dociera do nas jak blisko byliśmy tragedii i jak ważna okazała się intuicja, szósty zmysł czy jak to tam nazwać. Dlatego też, ku przestrodze, dziewczyny i chłopaki, jak czujecie, że coś jest nie tak, coś Wam nie pasuje/martwi niezależnie od tego czy jesteście w ciąży, czy nie, nie czekajcie. Lepiej sprawdzić to i owo i wyjść na paranoika niż nie sprawdzić, a potem żałować. Wasi znajomi i rodzina mogą podchodzić do tematu zdroworozsądkowo i podsuwać Wam logiczne wyjaśnienia, ale to Wy odpowiadacie za siebie i wiecie najlepiej co się z Wami dzieje.
Więcej... >

Jestę modelę

Przy okazji sesji "ciężarówkowej" w mojej głowie pojawił się pomysł na post z cyklu – ileś tam powodów dla których warto coś zrobić. W tym przypadku jest to 7 powodów dla których warto poświęcić czas, a czasem i pieniądze i zabawić się w sesje zdjęciową.
Sama brałam udział w 4 bardziej lub mniej profesjonalnych sesjach. Wszystkie były darmowe, głównie dlatego, że po drugiej stronie obiektywu stali znajomi zajmujący się fotografią (zarówno hobbystycznie jak i profesjonalnie). Wspominam je bardzo miło i szczerze mówiąc mam nadzieję, że jeszcze będzie mi dane wziąć udział w podobnych akcjach. Jeśli jednak ktoś ma wątpliwości co do ich celowości zapraszam do przeczytania poniższej wyliczanki.

Po pierwsze – bawimy się!
Bawiliście się za młodu w sklep albo w fryzjera? Teraz przyszedł czas na zabawę w modeli. Tyle że zamiast plastykowych warzyw oraz krzesła przy umywalce mamy jak najbardziej rzeczywisty plener albo studio i profesjonalny sprzęt. Do tego można dołączyć zabawę w makijażystę, stylistę i lubiane przez większość dziewczyn - przebieranki. Ja za tym ostatnim akurat średnio przepadam;)
Foto: Weronika Chrzanowska
Po drugie  – zdobywamy doświadczenie
Bynajmniej nie chodzi mi o takie, które potem wpiszemy w swoje CV, jednakże po każdej sesji jesteśmy mądrzejsi o to w jakich „konfiguracjach” wyglądamy dobrze, w jakich kolorach, ustawieniach, z jakimi minami itp. Ponadto osoby, które uciekają z założenia przed aparatem, może nie zmienią się od razu w celebrytów ze ścianek (bo i po co?), ale na pewno będą wiedziały jak dobrze wyglądać na zdjęciach, jeśli nie na wszystkich to na większej ilości niż dotychczas.

Po trzecie – budujemy swoje ego.
A jaaak. Wierzcie lub nie, ale po dwóch, trzech godzinach bycia w centrum zainteresowania, a potem po zobaczeniu efektów Wasze ego zostanie skutecznie podbudowane, ale nie bójcie się wszystko w granicach rozsądku. Tak czy inaczej moim zdaniem jest to świetna terapia dla osób nieśmiałych i/lub niepewnych swoich atutów, zwłaszcza jeśli zdjęcia robi osoba z Wami zaprzyjaźniona.
Foto: Evi Mielczarek
Po czwarte – próbujemy nowości
Nowych ciuchów, butów, makijaży, póz… i wszystkiego czego nie mamy kiedy spróbować w normalnym życiu, bo umówmy się, że suknia do ziemi i smokey eye to rzadkość w codziennym stroju statystycznej kowalskiej.
Do nowości można dodać również nowe miejsca, które w przypadku sesji plenerowych mogą być dla nas faktycznie nowe, bo wynalezione specjalnie na potrzebę zdjęć (np. ruiny opuszczonego szpitala psychiatrycznego - pierwsze foto z lewej). Można też nadać nowe znaczenie starym miejscom, np. tym mijanym prawie codziennie w drodze do pracy.
Odświeżamy również sposób w jaki patrzymy na swoich bardzo często wieloletnich partnerów - fajnie jest zobaczyć swojego chłopa w smokingu, albo ciężarną żonę w wesołej stylizacji. To samo tyczy się dzieci i innych osób biorących udział w sesji.
Foto: Ania Panasz
Po piąte – odrywamy się od codzienności
Niekonieczne szarej i nudnej, jednak nie da się ukryć, że skupiając się na (mówiąc trochę na wyrost) pozowaniu nie myślimy o brudnych garach, o racie kredytu ani o tym co nas czeka jutro w fabryce.
Skupiamy się na sobie, tu i teraz.

Po szóste - odnawiamy znajomości
W ramach niewydawania fortuny na rzeczoną sesję możemy rozgłosić się na fejsbukach i innych social mediach, że z chęcią weźmiemy udział w takim przedsięwzięciu, albo szukamy kogoś kto to zrobi za przysłowiowy bezcen, oczywiście dając mu w zamian prawa do publikacji. Można też po prostu zapytać się czy ktoś ze znajomych nie interesuje się szeroko pojętą fotografią i nie ma ochoty na mały eksperyment.
Jeśli po drugiej stronie aparatu finalnie stanie koleżanka ze studiów/z czasów młodzieńczych jest to świetna okazja do nadrobienia zaległości, porównania doświadczeń itp. Jeśli waszym fotografem jest „regularny znajomy” macie okazję dowiedzieć się wiele nowego zarówno o sobie jak i o nim.

Po siódme – zapamiętujemy
Sesja fotograficzna ślubna, ciążowa, dzieciowa, czy też taka z okazji braku okazji jest świetną pamiątką, a dodatkowo może być z premedytacją wykorzystywana do gnębienia potomnych – „zobacz jak Twoja babcia wyglądała jak była w Twoim wieku…”.
Możemy nią również uzupełnić rodzinną galerię. Jeśli takową posiadamy, jeśli nie to możemy ją założyć, do czego serdecznie zachęcam. Ja naszą „galeryję” budowałam w sumie 2-3 miesiące i była to dla mnie ogromna frajda, a po zakończeniu jeszcze większa satysfakcja.
Foto 1 i 3 - Ania Panasz, foto 2 - Weronika Chrzanowska
Mam nadzieję, że chociaż trochę przekonałam Was do spróbowania własnych sił w tego typu akcjach. Przede mną jeszcze sesja rodzinna z potomkinią, wstępnie zaplanowana na lato. Zobaczymy co z tego wyjdzie i jak te punkty sprawdzą się w przypadku pracy z niemowlakiem.
Więcej... >

Przychodzi baba do lekarza

Przychodzi Baba do Lekarza czyli 
Logika Ginekologiczna
tragikomedia w II aktach prozą

Akt I
Scena przedstawia gabinet ginekologiczny w dużej, prywatnej sieci przychodni z zielonym logo.

Scena I
Osoby: Baba - Pani Fanaberia (PF), Lekarz - Ginekolog-Położnik (G)
Drzwi do gabinetu uchylone, lekarz siedzi przy biurku. Po chwili do gabinetu wchodzi Baba.
Baba trochę roztrzepana, z pokaźnym brzuchem. Zmęczona, za to przepełniona nadzieją, na empatyczne podejście. Lekarz w białym fartuchu, na potrzeby komedii z równie pokaźnym brzuchem. Wg internetów super specjalista.

G (Ginekolog): Co Panią do mnie sprowadza? Dopiero co była Pani na kontroli?
PF (Pani Fanaberia): Na kontroli było wszystko w porządku, niestety od 3 dni twardnieje mi brzuch. Czuję ruchy, ale boli mnie na tyle, że mam problemy z poruszaniem się, podnoszeniem się, zmienianiem pozycji itp. Wcześniej czegoś takiego nie miałam, wystraszyłam się i chciałabym sprawdzić czy nic się złego nie dzieje.
G: Kiedy coś takiego następuje?
PF: Ból i twardnienie brzucha nasila się po wysiłku, np po wchodzeniu po schodach...
G: To po co Pani chodzi po schodach?
PF: Bo nie wszystkie stacje metra mają windy.
G: To po co Pani metrem jeździ?
PF: Do pracy?!
G: Wzdycha głośno i zaczyna coś notować. Proszę przygotować się do badania.
PF wychodzi do przebieralni.
Akt II 
Ten sam gabinet. Badanie zakończone. Baba siedzi po drugiej stronie biurka, lekarz wypisuje recepty i skierowania.
Scena I:
Osoby: Ciż sami
G: Brzuch faktycznie twardawy. Musi pani pobrać nospę i czopki. Proszę się nie przejmować, że na ulotce napisane żeby nie brać w ciąży. Do tego musi pani się oszczędzać i nie siedzieć długo w jednej pozycji, najlepiej przy twardnieniu położyć się.
PF: To będzie ciężkie, bo mam siedzącą pracę i nie mam jak się położyć/zmienić pozycji.
G: No nie no, w pracy to niech pani siedzi, a po pracy leży.
PF: No tak bo przecież 8h siedzenia plus 3h w komunikacji z 2 przesiadkami to pikuś, wszystko przez te 2h siedzenia w domu. Czy mogę prosić o zwolnienie na te dwa dni? Przynajmniej zrobię te badania, które pan doktor mi wypisał tryb: cito, skierowanie ważne tylko 24h.
G: Ja już znam takie pacjentki, co biorą zwolnienie, a potem latają po zakupy i do koleżanek. Mówią, że leżą a biegają po mieście. Nie ze mną te numery.
PF: Jak biorę zwolnienie to się stosuję do zaleceń, do tej pory normalnie pracowałam, wiec raczej nie kwalifikuję się do tej grupy pacjentek.
G: mamrocze Ja już swoje wiem.
Wypisuje zwolnienie na czwartek i piątek.Kurtyna.
---KONIEC---

Jaki z tego morał? Ano taki, że niezależnie od tego czy jest się kobietą w ciąży pracującą, czy kobietą w ciąży naprawdę zagrożonej, czy kobietą w ciąży, która pracować nie może ze względu na niebezpieczne warunki, zawsze można zostać zaliczoną do ciężarnych, które wyłudzają L4 i zostają w domu jak tylko zobaczą 2 kreski na teście. Zakładam, że blog nie jest czytany przez przedstawicielki "pacjentek", o których mówił pan doktor, ale może dotrze do nich moje nieserdecznie podziękowanie za wyrabianie opinii kobietom, bo przecież wszystkie ciężarne na pewno kłamią i wyłudzają zwolnienia lekarskie.

Finał historii jest taki, że mimo wszystko dołączam do grona osób oszczędzających się. Po wyżej opisanych przejściach trafiłam do lekarza z bólem biodra. Tak dla odmiany. Okazało się, że poza regularnym twardnieniem brzucha i zaawansowaną anemią dopadł mnie mikro uraz biodra, zapewne spowodowany zmianą środka ciężkości i dosyć ciężkimi dojazdami do pracy. Na razie w domu mam być do końca stycznia. Także przede mną kolejne wyzwanie, ale raczej takie przyjemne - zorganizować sobie czas:)
Więcej... >

"Więcej Otwartości. Mniej Fochów" czyli moja odpowiedź na "Więcej życzliwości dla Kobiet w ciąży"


W zeszłym tygodniu na jednym z blogów oraz w szeroko rozumianych internetach natknęłam się na wiele zajawek akcji „Więcej życzliwości dla Kobiet w ciąży”. Poczytałam, posłuchałam i stwierdzam, że albo to ja jestem nienormalna, albo ci co wymyślają takie akcje nie są do końca poważni…

Najpierw zwołują konferencję prasową o tym jak fatalnie są traktowane kobiety w ciąży w naszym pięknym nadwiślańskim grajdołku, po czym lekarstwem na ludzką „znieczulicę” mianują ulotki i filmiki puszczane w środkach komunikacji miejskiej (jeżdżę komunikacją codziennie nie widziałam ani ulotek ani filmików). Poza tym, w celu zareklamowania komfortowych warunków oraz udostępnienia konsultacji u specjalistów mądre głowy wymyśliły – ta da da dam! TRAMWAJ, w którym ciężarne będą mogły się zbadać albo skonsultować ze specjalistami. No wspaniale, szkoda tylko że ten cudowny tramwaj jeździ sobie radośnie między 10 a 14, w dzień powszedni, więc w ramach akcji „więcej życzliwości...” ciężarne pracujące są olane już na wstępie, ale to już było i ja nie o tym chciałam.
Ktoś powie – lepsza taka akcja niż żadna i pewnie ma trochę racji. Zwłaszcza jeśli chodzi o planowane warsztaty zapowiadane tutaj (aczkolwiek do tej pory nie znalazłam nigdzie żadnego harmonogramu).

Dlaczego, więc mam tak bardzo mieszane uczucia na temat tej akcji? Ano dlatego, bo drażni mnie takie puste blablanie i pozorne zajmowanie się problemem.
Już to widzę oczami swojej wypaczonej wyobraźni jak moi współpasażerowie olśnieni ulotkami zaczynają wyglądać na horyzoncie kobiet z brzuchalami. Przecież przeczytanie ulotki na pewno zniweluje wieloletni brak kultury osobistej.
Z drugiej strony już słyszę jak zaczyna się licytacja, że wszyscy by ustępowali, ale jak poznać, że kobieta jest w ciąży? Proponuję je ometkować.
Z trzeciej strony spodziewam się najazdu ciężarnych, które zaczną się skarżyć na to jak im ciężko, że nikt ich nie rozumie, nie respektuje przywilejów, że one takie biedne i w ogóle dno, a potem jeszcze kilometr mułu.

Jakoś po środku tego wszystkiego jestem wkurzona i ciężarna ja i tak sobie myślę, że zamiast licytować się w ustępowaniu/nieustępowaniu/ciężarności (niepotrzebne skreślić) może warto wykazać się odrobiną większą empatią i zrozumieniem dla drugiego, obcego człowieka niezależnie od tego czy jest kobietą w ciąży, staruszkiem, czy młodą osobą bez cech charakterystycznych i widocznych schorzeń?

Może warto dopuścić do siebie myśl, że młoda kobieta, która siedzi i nie myśli o ustępowaniu miejsca nie oznacza, że ma osobę starszą/ciężarną w tylnej części ciała? Równie dobrze może to oznaczać tyle, że jest chora/źle się czuje/sama jest w ciąży. Tutaj drobna dygresja – na samym początku ciąży zostałam opieprzona przez jedną panią, bo nie ustąpiłam miejsca ciężarnej z bardzo dużym brzuchem. Takie rzeczy się zdarzają. Może zamiast słać gromy warto by było odezwać się używając przy tym form grzecznościowych? Tyczy to się zarówno ciężarnej, babeczki która najwyraźniej była jej adwokatem i mojej osoby, bo udałam, że nie słyszę.

Dlatego też, zamiast akcji „Więcej życzliwości dla Kobiet w ciąży” proponuję inną akcję pod roboczym tytułem „Więcej Otwartości, Mniej Fochów”. Oto główne postulaty:

1. Zamiast się zastanawiać czy kobieta jest w ciąży wystarczy zapytać czy może chce usiąść, zwłaszcza jeśli sam/sama się dobrze czujesz. Świat się nie załamie jak się okaże, że to nie ciąża tylko kurtka puchowa. Serio. Nawet jak się kobieta obruszy to i tak jej więcej nie zobaczysz.

2. Kobieto, jak ktoś Ci ustępuje miejsca, a Ty nie jesteś w ciąży to nie rób afery tylko podziękuj. Ustąpienie miejsca nie wynika ze złośliwości czy chęci obrażenia Ciebie. Jeśli jesteś w ciąży - ciesz się, ale również podziękuj - to nie boli.
Znowu mała dygresja, na samym początku ciąży jechałam metrem czułam się dobrze, więc ustąpiłam miejsca innej ciężarnej – ani be, ani me, ani pocałuj mnie w zad, za to wyraz twarzy "jestem królową świata" sprawił, że odechciało mi się tej całej empatii i otwartości. Fakt, może miała zły dzień, może źle się czuła, ale powiedzenie słowa dziękuje, naprawdę nie wymaga nie wiadomo jak cudownej formy.

3. Kobieto w ciąży - zamiast stać i błagalnym wzrokiem patrzeć na miejsce siedzące, zwłaszcza jak się źle czujesz bądź jedziesz autobusem na tzw. glonojada, wsadź sobie dumę w skarpety i zapytaj czy mógłby ci ktoś ustąpić miejsca, bo jesteś w ciąży i jest ci słabo/niedobrze/kręci ci się w głowie. To samo tyczy się stania w kolejkach itp. Jeśli czujesz się źle powiedz to jasno i poproś o pomoc.
Punkt ten może być stosowany również w kontekście osób chorych i starszych. Ludzie to nie telepaci, a do tego niektórzy są ślepi i nie widzą, że ci ciężko/źle się czujesz/jesteś w słusznym wieku – zwłaszcza jeśli gapią się w swój telefon:P

I ostatni punkt, wałkowany przeze mnie od początku ciąży.
4. Kobieto, jak się czujesz dobrze i komfortowo, ciąża przebiega bez komplikacji itd. to uśmiechnij się i głowa do góry. Przestań zrzędzić na okropnych ludzi. W końcu skoro czujesz się dobrze, to może osoba na której znieczulicę psioczysz czuje się gorzej od Ciebie? Oczywiście spora część współpasażerów to buce, ale serio chcesz tracić nerwy w zdrowej ciąży skupiając się na niewychowanych chamach?

Przywileje fajna sprawa, ale nie dajmy się zwariować. Ciąża, zwłaszcza taka niezagrożona, to stan fizjologiczny i o ile dana czynność (np. oczekiwanie na stolik w restauracji) nie zagraża naszemu stanowi zdrowia nie ma co na siłę dopraszać się specjalnego traktowania.

Żeby nie było, oczywiście kiedy ktoś mi ustępuje miejsca w zatłoczonym metrze lub z dobroci serca przepuszcza w kolejce (choć to drugie jeszcze nie nastąpiło;]) to korzystam z takiej możliwości, ale jeśli nic takiego nie następuje to to dopóki czuję się dobrze to stoję w kolejkach tak jak wszyscy. Ostatnio dajmy na to po prezenty. 
Korona mi z głowy nie spadła, Zośka jak siedziała w brzuchu tak siedzi, prezenty zakupione i wszyscy są szczęśliwi;)

PS Żeby nie było, jak zwykle na końcu tekstu o podobnej tematyce chciałabym podkreślić, że piszę o ciąży NIEZAGROŻONEJ, przebiegającej prawidłowo, bez komplikacji.
Więcej... >

Objawy małe i duże

Często mówi się o znanych wszystkim objawach typu mdłości czy zachcianki. Rozpisują się o nich wszyscy specjaliści na forach i większość przyszłych mam. Zapewne słusznie, ponieważ cierpi na to chyba większość ciężarnych kobiet. Jeśli o mnie chodzi to jakoś specjalnie ich nie odczuwam, zachcianki może, mdłości wcale.

Dopadły mnie za to, wręcz ze zdwojoną siłą huśtawki nastrojów, senność i obniżenie odporności. Nie mówię, że przed ciążą byłam jakoś specjalnie zrównoważona psychicznie i odporna, ale to co się dzieje teraz to jakaś granda.
Raz na dwa tygodnie dopada mnie glut do pasa, ból gardła i tym podobne rewelacje. Leczenie: czosnek, cytryna, kiszonki, płukanie gardła sodą oczyszczoną i wypijanie hektolitrów mleka z masłem i miodem. Efekty? Na dwa dni w tygodniu mi się poprawia. Zgłębiam za to tajniki leczenia metodami naturalnymi, co niewątpliwie może mi się jeszcze przydać w przyszłości.

Co do huśtawki, a raczej mega huśtawy, z wodotryskami, karuzelą oraz wyrzutnią rakiet, to no cóż… wczoraj na przykład popłakałam się w tramwaju po usłyszeniu tej piosenki Moby'ego. Wieczorem rozkleiłam się nad serialem "Jak poznałem waszą matkę", a następnie przy oglądaniu "Frankenweenie" Tima Burtona. Gdzieś pomiędzy Mobym, HIMYM i historią o ożywionej psinie, kilkakrotnie pobeczałam się ot tak, bo coś, lub ktoś mnie zirytował, zasmucił, albo nie zrobił nic znaczącego. I tak jest codziennie. Nigdy nie byłam beksą, a teraz chyba nadrabiam za wszystkie lata bycia niewzruszoną zołzą.
Do tego wszystkiego dochodzi wspomniana przeze mnie senność – między przemiennymi atakami Pani Beksy i Pana Wielkiego Gluta dopada mnie Mega Senność jakiej nigdy nie znałam. Wystarczy, że zamknę oczy i okazuje się, że jest 2 godziny później. O ile w domu mi to nie przeszkadza, zakładając, że na gazie nie ma czajnika bez gwizdka, o tyle w pracy bywa to nieco uciążliwe. Ratuję się owocami i kawą zbożową, która działa względnie chyba tylko dlatego, ponieważ ma słowo kawa w nazwie.

http://yourmunky.com/pregnancy-tips-you-should-consider/
Tak czy inaczej do końca pierwszego trymestru zostały prawie 3 tygodnie. Trzymam kciuki, żeby teraz było tylko lepiej, i żebym w końcu, na Boga, przestała się mazać z tytułu niebieskiego nieba i innych drobiazgów;)
Więcej... >

Szok i niedowierzanie

Jak wiadomo najlepiej zaczynać od początku.
Tak więc, dwie kreski zobaczyłam pod koniec lipca. Chociaż, trochę kłamię, ponieważ na moje oko była to jedna kreska i jakiś dziwny twór w miejscu drugiej. Tak żeby nie było zbyt jednoznacznie.
Małżonek mój szanowny nawet się ucieszył, jako że poruszaliśmy ten temat kilka razy, ale też specjalnie nie dowierzał, tak samo jak ja. W końcu zajście w ciąże to nie jest takie hop siup, nie?

Postanowiłam zbadać sprawę dogłębnie i przy najbliższej okazji udać się na badania krwi, tak profilaktycznie. I tak o to badanie potwierdziło wynik testu. Dziwny twór  w miejscu drugiej kreski to była druga kreska.

Pierwszy odruch - panika. Drugi odruch - panika. Trzeci - podobnie. Po kilku niecenzuralnych słowach oznaczających szok i niedowierzanie, przyszła kolej na "no dobra i co teraz?"
Jako osoba totalnie zielona i nowa w "branży" postanowiłam podejść do tematu metodą małych kroczków - po pierwsze uznałam, że ta metoda pozwoli mi zachować zdrowie psychiczne, jak również zapobiegnie zapeszaniu. Skoro już jestem w tej ciąży, to chcę żeby wszystko poszło dobrze.
Odstawiłam alkohol, papierosy, kawę, colę i sporo innych rzeczy. Do tego zrezygnowałam z zumby, na rzecz spokojniejszych spacerów, a czasem biegania do autobusu:P

Paradoksalnie najbardziej dokuczliwe dla mnie okazało się ograniczenie moich możliwości. No bo jak to? Że niby ja czegoś nie mogę? Szlaban na wieczornego papieroska? Na tatarka? Na serki pleśniowe (za którymi normalnie średnio przepadam, ale jak nie mogę to mi się ich chce)? Ale... ale... ale jak to?
Kiedy większość kobiet cierpi na mdłości, ja cierpię na wkurwa, bo czegoś nie mogę. Oczywiście wolę to niż mdłości, ale moja przekorna natura, cierpi katusze.

Jeśli mam być całkowicie szczera, a chciałabym, to muszę się przyznać, że tak naprawdę informacja o ciąży dotarła do mnie dopiero po pierwszym USG.
Bynajmniej nie mam na myśli spływającego na mnie instynktu macierzyńskiego, po zobaczeniu bijącego serca potomka. Owszem zrobiło mi się cieplej na mojej zlodowaciałej pikawie, ale chodzi mi raczej o to, że dopiero kiedy to zobaczyłam, stwierdziłam, już bez paniki, "czas na zmiany" i już bez wkurwa, myślę sobie - poczekam tych kilka miesięcy, a potem będę się tarzać w tatarze i popijać go winem.
Więcej... >
Pani Fanaberia - blog parentingowy z przymrużeniem oka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka