Zapalenie jamy ustnej u dziecka

zapalenie, jamy, ustnej, dziecko, choroba, leczenie, leki, diagnoza, objawy, jak, pomocy
Zaczyna się niewinnie. Jak każda infekcja. Pierwsze objawy to przede wszystkim gorączka, u młodszych dzieci nawet dosyć wysoka w granicach 39 stopni. Pojawia się obniżenie nastroju, drażliwość/płaczliwość. Następnie do objawów dołącza niechęć do jedzenia, którą czasem rodzice zwalają na to, że dziecko być może boli gardło, a w okresie niemowlęcym np. na ząbkowanie...
Chwilę później pojawiają się wykwity - pęcherzyki, trochę przypominające opryszczkę. Najpierw jest ich kilka, ale z czasem robi się ich coraz więcej. Pęcherzyki są cholernie bolesne, przez co uniemożliwiają dziecku normalne jedzenie i picie.
Istotnym, dość charakterystycznym objawem jest brzydki zapach z ust dziecka, ale jak się okazało w tym tygodniu, nie pojawia się on przy każdym zapaleniu, a zdecydowanie pomaga wcześniej zidentyfikować tę jednostkę chorobową.

Dwa lata temu z powodu zapalenia jamy ustnej ponad tydzień spędziliśmy z Zo w szpitalu. Choroba była prawdopodobnie spowodowana podawanym kilka dni wcześniej Augmentinem. Wykwity występowały zarówno dookoła ust jak również na policzkach, języku i podniebieniu. Początkowo przypominały pęcherzyki, a potem zamieniły się w takie białawe placki przypominające afty. Smoczek bynajmniej nie wspomagał procesu gojenia, mimo regularnego wyparzania był on siedliskiem bakterii i sprzyjał roznoszeniu się zakażenia również na zewnętrzną stronę policzków. Z dnia na dzień musieliśmy się więc pozbyć się Zośkowego kumpla, ale na dłuższą metę był to jeden z nielicznych plusów tej choroby. W momencie krytycznym w buzi utworzyły się krwawiące rany. Nie było mowy o jedzeniu czy nawet piciu.  Konieczne było podawanie nawadniających kroplówek.

W tym roku zapalenie jamy ustnej pojawiło się znienacka, po wirusie rota, w efekcie obniżenia zośkowej odporności. Niestety, bez znaków ostrzegawczych jak brzydki zapach z buzi (na który po pierwszym razie jestem wyczulona). Dookoła ust zaczęły pojawiać się wykwity. Nie czekając na rozwój wydarzeń zaczęliśmy działać, niestety ciut za późno, bo dzień po pierwszych krostkach dookoła ust pojawiły się również pęcherzyki na języku. Aby uniknąć szpitala i potwierdzić swoją teorię wezwałam lekarza do domu, który (nie)stety potwierdził moje przypuszczenia. Na szczęście udało się wirusa opanować prawie w zarodku. Dlaczego prawie? Ponieważ pojawiła się już niechęć do jedzenia, ale dzięki szybkiemu działaniu Zo nie przestała pić, a po dwóch dniach jedzenie jest na dobrej drodze do powrotu do normy.

Oba zapalenia jamy ustnej, które do tej pory przerabialiśmy, różnią się od siebie (brak nieprzyjemnego zapachu z ust, trochę inne zmiany w jamie ustnej), ale w obydwu przypadkach stosowaliśmy podobne leczenie. Oczywiście po konsultacji z lekarzem.
Większość specyfików, których używaliśmy dostępnych jest bez recepty, dlatego postanowiłam się z Wami podzielić tym co nas uratowało teraz i dwa lata temu:

1. Gencjana, zwana też fioletem.
Gdy tylko widzimy jakieś bliżej nieokreślone, trudniej gojące się wykwity w okolicach ust Zo w ruch idzie właśnie gencjana. Zarówno na zmiany na zewnątrz buzi jak i te w środku.
Ma właściwości wysuszające i antyseptyczne.
Do tej pory nakładałam ją jałowym gazikiem albo zwykłym wacikiem, jednak odkryciem tego tygodnia okazały się patyczki kosmetyczne - fiolet nakłada się nimi zwinniej, łatwiej jest dotrzeć w kąciki ust, a jeśli smarujemy wnętrze buzi to minimalizujemy ryzyko bycia użartym przez dziecia:)

2. Tantum Verde
Jeśli zmiany nie są bardzo duże, tak jak u nas w tym tygodniu, tantum verde może wystarczyć do znieczulenia, a co za tym idzie, dzięki niemu nasz dzieć może być w stanie przełknąć picie bądź jedzenie.
Psikałam Zo buźkę na ok. 5-10 minut przed jedzeniem. Nadal nie mogła jeść stałych pokarmów, ale papkowate przychodziły jej dużo łatwiej.

3. Roztwór boraksu + Nystatyna
To kombinacja jaką Zo otrzymywała w szpitalu przy pierwszym zapaleniu. Nystatyna to antybiotyk wydawany na receptę. Procedura podania wyglądała tak, że najpierw całą buzię w środku smarowałam rozstworem boraksu, a po chwili nystatyną. Z tego co czytałam powoli odchodzi się od roztworu boraksu, jednak u nas ta kombinacja zadziałała bardzo dobrze.

W internetach znalazłam jeszcze specyfik o nazwie: Orajel Mouth Sore Medicine Gel od 3. r.ż., ale sama nie stosowałam, więc z chęcią poznam Wasze opinie na jego temat.

Inne zalecenia:
1. Dieta półpłynna - najlepiej zasadowa, odpadają np. musy owocowe czy słodko-kwaśne kisielki. U nas najlepiej sprawdzają się kaszki dla niemowląt. Z rzeczy bardziej stałych chrupki kukurydziane i biszkopty. Tak, wiem, średnio zdrowe, ale uwierzcie mi, że kiedy dziecko nie chce jeść absolutnie niczego to kwestie diety schodzą na n-ty plan.
2. Do picia woda/rumianek/herbata. Unikać soków.
3. Wszystko co podajemy do jedzenia i picia powinno być w temperaturze pokojowej. Odpadają gorące obiadki, ale również lodowate napoje. Wszystkie skrajności mogą tylko pogorszyć stan ranek w buzi.

Pamiętajcie, że zawsze dobrze jest się skonsultować lekarzem, aby potwierdził nasze przypuszczenia, aczkolwiek gencjana to tak uniwersalny lek, że stosuje się go również przy bostonce czy ospie.

Mam nadzieję, że nigdy nie będziecie mieli do czynienia cholerstwem jakim jest zapalenie jamy ustnej, ale jeśli tak będzie to być może moje doświadczenia w tym zakresie okażą się pomocne:)
Więcej... >

Dwie kreski - czyli ciąża i co teraz...

Był ciepły, lipcowy poranek. Zapowiadał się intensywny weekend i jeszcze bardziej intensywny tydzień. Bo wyjazd za miasto, bo impreza, a nawet imprez kilka. Jedna tylko rzecz nie dawała mi spokoju, a mianowicie dlaczego jakoś mi śpiąco, jakoś mi się nie chce i jakoś tak na horyzoncie nie widać wiadomych co miesięcznych dolegliwości.

Dla świętego spokoju zrobiłam test ciążowy. I co? I nic. Jedna kreska i jakiś zaciek. Ów zaciek nie dawał mi spokoju przez cały weekend i choć małż twierdził uparcie, że to nic postanowiłam rozwiać wszelkie wątpliwości robiąc odpowiednie badania krwi... W ten oto sposób, w pewien poniedziałek, moje życie zmieniło się na zawsze.

Spokojnie. Nie popełniłam recydywy. Wszystko to działo się dokładnie rok temu. Szok i niedowierzanie ustąpiły miejsca panice, a następnie ciekawości i ekscytacji, później również strachowi, dlatego też postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma okołociążowymi spostrzeżeniami/radami , a nuż trafi tu jakaś ciężarna i coś na tym skorzysta:)

1. Jak już się zobaczy te bardziej lub mniej upragnione dwie kreski grunt to zachować spokój chociaż wiadomo, że ciężko z tym bywa, bo nawał myśli i emocji jest ogromny. Kiedy wynik testu jest pozytywny najpierw należy udać się do ginekologa, który powinien zalecić komplet badań. Ja żeby nie czekać na wizytę u gina poszłam do internisty, opowiedziałam jaka jest sytuacja, że spóźnia się to i owo, że dwie kreski jakieś takie niewyraźne, a przede mną intensywny czas, więc chcę mieć pewność co do mojego bycia/nie bycia w ciąży. Dzięki temu do gina trafiłam z pierwszymi wynikami potwierdzającymi ciążę (beta HCG). Karta ciąży została założona po pierwszym usg w 8tc.

2.  Należę do zwolenników mówienia pracodawcy o ciąży jak tylko będziemy jej pewne, a nie po otrzymaniu bardziej lub mniej zasadnego L4. Dzięki temu pracodawca ma czas na znalezienie zastępstwa, wie mniej więcej czego się spodziewać i nie zostaje postawiony przed faktem dokonanym jakim jest długotrwała nieobecność pracownika.

3. W moim przypadku nie pojawiły się mdłości za to potwierdziły się osławione ciążowe huśtawki nastrojów i to takie do potęgi entej - śmiałam się i płakałam na przemian, a raz nawet rzuciłam talerzem z kanapkami z pieczonym boczkiem - paradoksalnie bardziej niż talerza było mi szkoda tegoż boczku i ogórka kiszonego. Płacz na filmach przyrodniczych, kreskówkach, a nawet na "Jednym gniewnym Czarlim" należał do normy. Biedny był mój małż wtedy, powiadam Wam, ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy i najlepiej na ten czas po prostu przymknąć oko na swoje humory i podchodzić do nich... z humorem właśnie:)
PS II trymestr zapewnił co prawda przerwę w tej jakże absurdalnej huśtawce, za to wróciła ona z nową dawką płaczu bez powodu w III trymestrze.
4. Skoro mowa o huśtawce nastrojów to nie można zapomnieć o ciążowym mózgu, a raczej jego braku. Śmieją się z niego w serialach i filmach, myślałby kto, że to prawda... a jednak. Bo jak inaczej wyjaśnić: pomylenie wlotu powietrza w samochodzie terenowym z rynną, wstawienie wody na herbatę w czajniku postawionym na blacie, a nie na odpalonym już gazie, notoryczne zapominanie słów i wieeele innych wpadek... 
Co by totalnie nie popaść w otchłań ciążowej galarety zamiast mózgu dobrze jest sobie wszystkie najważniejsze rzeczy zapisywać, najlepiej w kilku miejscach, na wypadek zgubienia telefonu/kalendarza/notesu
Dobrze jest mieć też oddzielną teczkę zawierającą wszystkie papierki związane z ciążą: wyniki badań krwi, usg i innych, książeczkę ciąży, listę pytań, zaleceń, ksera zwolnień lekarskich itp. Ja trzymałam tam również aktualną rmuę, tak na wszelki wypadek gdyby nfzowski eWUŚ spłatał mi figla.

5. Wracając do nieco poważniejszych aspektów ciąży - nie ma co się cackać ze zmianą lekarza prowadzącego. Nie podoba się - do widzenia. W tym czasie lekarz powinien być mega empatyczny, a przy tym wzbudzać więcej zaufania niż zwykle, nie powinien natomiast bagatelizować waszych wątpliwości i obaw (nie zależnie od tego jak niepoważne by one były), a ciąże musi traktować jako całość, a nie tylko patrzeć na swoją działkę, znajdującą się między nogami pacjentki. 
Ja odpuściłam, tłumaczyłam sobie, że skoro jest ok, to nie potrzebuję empatii, a potem chodziłam i płakałam, bo lekarz-buc twierdził, że ból kręgosłupa, a następnie utykanie przez bolące biodro to nie jest kwestia zmiany środka ciężkości, rosnącego brzucha itd., że anemia nie jest jego problemem tylko hematologa itd. itp. 
Doszło do tego, że dostałam dwa zwolnienia lekarskie - jedno od ortopedy, po opierdzieleniu mnie, że z czym ja przychodzę przecież w ciąży to normalne, drugie od hematologa, który się załamał widząc tak zaawansowaną anemię...

6. Skoro o lekarzach mowa to należy domagać się skierowań na komplet badań. Chociażby lekarz nas zbywał - nie dać się. Badania są ważne, a nie które mogą pomóc uniknąć różnych komplikacji (np. na cytomegalię lub toksoplazmozę, nie wspominając o chorobach wenerycznych).

7. Nie należy sugerować się wszystkim co znajduje się w internecie. Zazwyczaj czyta się tam straszne historie okołoporodowe i okołociążowe, najlepiej w ogóle do nich nie zaglądać w ramach unikania stresu. Każda ciąża jest inna, tak samo jak poród. Na jednym z forów czytałam jak dziewczyny prześcigały się w oglądaniu programów o położnych, porodach itd. ja przez całą ciążę nie obejrzałam ani jednego, bo uznałam, że nie ma co się nastawiać.
Czasem źródłem opowieści niczym z horrorów są inne matki, które niedawno rodziły i nie wiedzieć czemu uznają, że opowiadanie bardzo szczegółowych i krwistych historii doda otuchy ich ciężarnym koleżankom.
 Do tego dochodzi osławiony doktor google, którego diagnoza finalnie oznacza śmierć lub stałe kalectwo. Jeśli ma się wątpliwości, nietypowe objawy - trzeba iść do lekarza, a jeśli ten daje ciała albo stawia jakąś  poważną diagnozę dobrze jest zasięgnąć drugiej opinii/powtórzyć badania.

8. Dobrze jest się nie nastawiać na nic. Chociaż w przypadku karmienia piersią to podobno błąd. Nie nastawiałam się na jakiś specjalny rodzaj porodu, ani na sposób karmienia. Wychodziłam z założenia, że będzie co ma  być, chociaż oczywiście byłam pełna obaw. Mimo wszystko dzięki takiemu podejściu kiedy przeszłam na karmienie mlekiem modyfikowanym obyło się bez większych wyrzutów sumienia podobnie jak przy cesarskim cięciu. Nie mam sobie z tych tytułów nic do zarzucenia, tak miało być i było, jeśli ktoś uważa, że przez to nie jestem pełnoprawną matką to hak mu w smak:)

9. I na koniec, być może najważniejsze: ufajcie swojej intuicji. Co by Wam nie podpowiadała, czasem lepiej narobić niepotrzebnie paniki ale mieć spokojną głowę, niż nie chcieć robić problemu sobie i innym a potem żałować.
----------------------------
Jeśli spodobał Ci się ten tekst i uznasz, że ktoś może na nim skorzystać - będzie mi bardzo miło jeśli prześlesz go dalej w świat klikając w jeden z udostępniaczy (pod polecanymi postami) 👇
Dziękuję 💐😘
Więcej... >

Ku przestrodze

co robić gdy nie czuć ruchów dziecka intuicja poród wcześniak wcześniactwo 34tc przeczucie intuicja w ciąży
W związku z tym, że do nadrobienia mam całą masę zaległości, a w głowie drugie tyle pomysłów na posty zaczynam poważnie, postem ku przestrodze. 
Przed czym chcę przestrzegać? 
Przed niesłuchaniem swojej intuicji.

Powiem szczerze, że zawsze myślałam, że moja intuicja czy inny szósty zmysł leży i kwiczy. Okazuje się, że muszę jej zwrócić honor.


Tak jak pisałam w poprzednim poście Zo przyszła na świat w 34tc. Z jednej strony słabo, bo wcześniak, z drugiej strony patrząc na to z perspektywy czasu obie miałyśmy więcej szczęścia niż rozumu i zwalam to właśnie na ową intuicję, w której działanie wątpiłam…


Wszystko zaczęło się niewinnie, w ostatni weekend lutego. W sobotę zrobiliśmy sobie ze znajomymi wieczór filmowy, wszystko było cudnie. I film, i goście, i nawet Zofia grająca w piłkę moim pęcherzem. 

W niedzielę zrobiło się dziwnie – niby czułam ruchy, niby spełniały normę ilościową, ale jakoś tak dziwnie, niemrawo. Nie pomagała ani czekolada ani picie zimnej wody, ani leżenie na boku, no bo właściwie w czym miały pomóc skoro ruchy były wyczuwalne? Całą niedzielę chodziłam i liczyłam, i się zastanawiałam. Wszyscy dookoła powtarzali, że taki dzień, że może zmęczenie, że przesadzam, że może ma coraz mniej miejsca i właściwie wszystkie te wyjaśnienia brzmiały całkiem sensownie.

Niemniej jednak w poniedziałek rano udałam się do pani ginekolog – traf chciał, że zwolniło się miejsce u bardzo dobrej pani doktor i nie musiałam jechać do mojego gbura prowadzącego. 
Pani doktor przebadała mnie, posłuchała Zosi – wszystko ok, ale profilaktycznie dała skierowanie na KTG do szpitala.
Właściwie skoro wszystko ok, to po co się fatygować?
Tak czy siak, po obiedzie, na totalnym luzie przejechałam się na Izbę Przyjęć – i tak miałam mieć tam szkołę rodzenia, więc przed zajęciami miałam nadzieję być po KTG i szczegółowym USG.

KTG normalnie trwa około 20 minut. Moje trwało dobrą godzinę, ponieważ badanie ginekologiczne wcześniejszej pacjentki się przedłużało. Kolejny zbieg okoliczności, ponieważ dopiero w drugiej połowie badania (czyli tej której być nie powinno) KTG wykazało spadki tętna płodu, co z kolei zaowocowało moim pobytem na oddziale patologii ciąży, gdzie 
miałam przeprowadzone kolejne badania (USG, KTG itp.).
W czasie ostatniego badania KTG (po którym następnego dnia miałam zostać wypisana do domu) spadek tętna u Zosi był tak duży, że postawił na nogi pół oddziału położnych – Pierwsza ruszała moim brzuchem żeby pobudzić Zo, druga podawała mi tlen, a trzecia zakładała wenflon… Od razu zostałam przeniesiona na salę przedporodową, a tam po kolejnych 9 godzinach KTG (i kolejnych zanikach tętna) lekarz podjął decyzję o CC.
Diagnoza: Małowodzie i zagrażająca zamartwica wewnątrzmaciczna płodu.

Teraz kiedy Zo jest z nami, kiedy możemy trochę odetchnąć, dopiero dociera do nas jak blisko byliśmy tragedii i jak ważna okazała się intuicja, szósty zmysł czy jak to tam nazwać. Dlatego też, ku przestrodze, dziewczyny i chłopaki, jak czujecie, że coś jest nie tak, coś Wam nie pasuje/martwi niezależnie od tego czy jesteście w ciąży, czy nie, nie czekajcie. Lepiej sprawdzić to i owo i wyjść na paranoika niż nie sprawdzić, a potem żałować. Wasi znajomi i rodzina mogą podchodzić do tematu zdroworozsądkowo i podsuwać Wam logiczne wyjaśnienia, ale to Wy odpowiadacie za siebie i wiecie najlepiej co się z Wami dzieje.
Więcej... >
Pani Fanaberia - blog parentingowy z przymrużeniem oka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka