Październik 2014 - podsumowanie

Podsumowanie nieco opóźnione, ale nic to. Jak ten czas leci. Właśnie mija rok od publikacji pierwszego tekstu z tego cyklu:)
1. Zosia
Dopadło nas ząbkowanie. Zo wyżynały się dolne jedynki. Jednocześnie za sprawą jej marudzenia te same jedynki wżynały mi się w mózg. Oba procesy są bardzo bolesne. Jeśli zaś chodzi o rozszerzanie diety to doszło sporo nowości, ale najbardziej mej pierworodnej do gustu przypadł burak. Żeby było weselej ja buraków nie znoszę, ale dzielnie przygotowuje z nich posiłki dla Zo:)
Poza tym księżna ani myśli raczkować, w końcu turlanie jest super:P
2. Serial miesiąca
Oglądam ich sporo ostatnio, ale tytułem miesiąca zostaje wyczekiwane The Walking Dead. Jestem maniaczką Żywych Trupów, co mnie czasami odrobinę przeraża. Niemniej jednak Rickowi odrosły jaja, a przy okazji doszło też kilka zwojów mózgowych. Bardzo dobrze bohaterom zrobił  również  (zapoczątkowany w poprzednim sezonie) powrót do motywu wędrówki wśród coraz bardziej rozkładających się szwedaczy... Z odcinka na odcinek jest coraz lepiej, chociaż nie wiem czy słowo lepiej jest odpowiednie... Coraz bardziej obleśnie? Paskudnie? Krwisto? Jednym słowem - pychota;)
3. Film miesiąca
Październik był łaskawy. Mimo ząbkowania Zo udało mi się obejrzeć całkiem sporo filmów, nie koniecznie tych najnowszych. Nowością był "Gone Girl" o którym pisałam już tutaj. Poza tym udało mi się zobaczyć m.in. "X-Men: Przeszłość, która nadejdzie", "Gran Torino", "Demony", "Obrońcy skarbów".
Filmem miesiąca, mimo wszystko, bezdyskusyjnie zostaje "Gran Torino". Żałuję, że aż tyle zwlekałam z obejrzeniem tej genialnej produkcji.

4. Inspiracje miesiąca
Nie dość, że mam mało czasu to jeszcze siedzę w internetach, a jakby tego było mało to październikowe inspiracje wygrywają ex aequo: 
Dzieci z kotami
Córki z ojcowskimi radami
A poza tym:

5. Gadżet miesiąca - nadal, niezmiennie, pojemniczki na żarełko dla Zo o których pisałam tutaj.
Więcej... >

Ciężko jest

Wiedziałam, że macierzyństwo to ciężka sprawa.
Wiedziałam, że serwowana w mediach papka to... no właśnie papka, mająca niewiele wspólnego z rzeczywistością.
Wiedziałam, że dosyć łatwo popadam w depresję, nie znoszę poczucia bezsilności i wszystkiego co z nim związane.

A jednak rzeczywistość momentami mnie przerasta, zwłaszcza po tygodniowym pobycie w szpitalu dziecięcym na oddziale patologii noworodków i niemowlaków. W skrócie:
W czwartek wieczorem, dwa tygodnie temu, wylądowaliśmy na SOR z wymiotującą Zo. Seria badań, diagnoza: refluks plus niedokrwistość. Po dwóch dniach nas wypisali. Po kolejnych dwóch dniach, jednej wizycie u lekarza w przychodni i jednej wizycie lekarza nocnej i świątecznej opieki lekarskiej w naszych skromnych progach, wróciliśmy na SOR ze skierowaniem od tegoż z Zosią gorączkującą, a wcześniej drącą się przy każdej próbie odłożenia do łóżka. Dwie doby potrzebne były na diagnozę: wirus rota. Kolejne 3 dni leżenia, nawadniania, bez większego dramatu, ale jednak w szpitalu.
W międzyczasie jeśli chodzi o mnie powoli acz systematycznie sypałam się: jedna noc przespana na podłodze, jedna na fotelu biurowym, kilka nocy z pobudką co 2h, Zosia co i raz ulewająca, brak czasu na jedzenie i picie, a na koniec mój własny osobisty wirus rota. W końcu wypis do domu. Po tygodniu na oddziale i dwóch dniach z własną grypą żołądkową ledwo trzymałam się na nogach i po padnięciu w piątek wieczorem ocknęłam się w sobotę rano. Święta rozpieprzone, zero przygotowań, zero zakupów, zero. Nic. Null. Dobrze, że chłopa mam kochanego i kumatego. Po naszym powrocie pomógł mi dojść fizycznie do siebie biorąc na siebie wszystkie obowiązki domowe i w miarę możliwości Zosię. Wspierał i wspiera mnie cały czas chociaż czasami bredzę jak potłuczona, na tyle, że mi samej ze sobą czasem ciężko:P

Dodatkowo, po tygodniu pobytu w szpitalu Zosia zmieniła nieco swój temperament, a raczej nie chodzi o zmianę temperamentu tylko o zwyczajne dorastanie. Ileż można być fasolką, która siedzi cicho w łóżeczku i większość dnia przesypia? Zwłaszcza, że oficjalnie od 04.04 miała być już z nami?
Patrząc na to z perspektywy kilku tygodni pierwszy miesiąc traktuję jako miesiąc „0”, w którym Zo zbierała siły. W końcu należało jej się jeszcze 6 tygodni w brzuchu.
Po zebraniu sił stała się dzieckiem dość absorbującym. Na pewno towarzyskim – kiedy jesteśmy u rodziny, albo goście są u nas uwielbia siedzieć z nami w salonie. Nie ważne, że śpi w swoim nosidełku albo tuląc się do mnie na rękach, nie ważne że jest głośno, ważne, że jest tam gdzie wszyscy, przynajmniej tak to wygląda. Oczywiście po porze usypiania i kolacji Zosia wędruje do łóżeczka mimo marudzenia i jest to jedyna pora (wieczór/noc) kiedy łóżeczko jest miejscem akceptowalnym. W ciągu dnia Zosia nie lubi leżeć w tymże, zwłaszcza kiedy ja jestem na nogach. Zamiast tego może być bujak w salonie, najlepiej kiedy są to moje ręce. I spoko, kiedy nie mam nic do roboty to why not.

Powoli udaje mi się zorganizować na nowo z uwzględnieniem mojego aktywnego, momentami marudnego i nieznoszącego bycia bez mamy dziecka, ale bywa ciężko. Bo jak to burdello w kuchni? Jak to ja mam się do kogoś dostosować po 30 latach bycia samej sobie sterem i okrętem?
Stąd ta depresja czająca się za rogiem  z którą rozważam udanie się do specjalisty albo chociaż do internisty.
Na razie walczę z nią „domowymi sposobami” – spacery, drzemki i dużo przytulania. Próbuję wrzucić na luz, zaakceptować fakt, że nie muszę mieć nieskazitelnego porządku w domu, że w wolnej chwili zamiast lecieć sprzątać mogę (i powinnam) się położyć i odpocząć. Katalizatorami dla mojej "walki" są niewątpliwie M. i Zo. M. który nie krzyczy, stara się mnie zrozumieć i pomóc, ba sam każe mi robić to co opisałam powyżej. Zosia, po której widzę, że uspokaja się kiedy jest blisko mnie cóż że kosztem niepozmywanych naczyń, w końcu one nie krzyczą i nie uciekną:)
Po pierwszych dwóch dniach domowej terapii stwierdzam, że jest lepiej. Mam nadzieję, że tendencja się utrzyma, a już w ogóle najbardziej mam nadzieję, że Zosia będzie zdrowa dłużej niż ostatnio, bo nic nie jest tak ważne jak zdrowie. Jak jest zdrowie można iść do przodu bez mrugnięcia okiem z uśmiechem na twarzy:)

PS Wybaczcie brak składu w poście – wynika on z nawału myśli, spostrzeżeń i wszystkich innych cudactw którymi chciałabym się z Wami podzielić;)
Droga przed nami kręta, ale mam nadzieję, że niezbyt wyboista.
Więcej... >

We’re back!

Długo się zastanawiałam od czego zacząć ten post. Od historii o babskiej intuicji czy może od przerażającego opisu CC? A może od tego, że Zosia w dniu narodzin mierzyła 47cm, ważyła 2300g i dostła 10/10?
Tak czy inaczej w ciągu ostatnich dwóch tygodni mój świat stanął na głowie, wydarzyła się cała masa rzeczy, poczyniłam 100 milionów obserwacji, a pytań mam tyle, że chyba nie starczy dnia żeby je wszystkie spisać…

Zacznę więc może od tego, że 26.02 na świat przyszła Zosia. Trochę się pośpieszyła, bo wg terminu miała do nas dołączyć dopiero 04.04. Tak więc pośpieszyła się kapeczkę i na swoje narodziny wybrała 34tc. Chociaż prawdę mówiąc to nie był do końca jej wybór, a lekarzy, którzy zadecydowali o cesarskim cięciu z powodu spadków tętna płodu. Zadziałała jakaś intuicja chyba, ponieważ do lekarza zgłosiłam się z powodu zmniejszonej ilości zośkowych ruchów. Ten profilaktycznie wysłał mnie na izbę przyjęć, tam profilaktycznie zrobiono KTG. Najpierw jedno, potem kolejnych 6, z czego ostatnie trwało 9h.
Nie będę pisać szczegółowo o pobycie na patologii ciąży, ani o cesarce bez znieczulenia (tak, tak, okazuje się, że na mnie ZZO nie działa jak powinno, szkoda tylko, że dowiedziałam się o tym w trakcie operacji:P)...
Po urodzeniu Zosia od razu trafiła na intensywną opiekę noworodkową. Co prawda oddychała samodzielnie, ale trzeba było ją dogrzać itd. Ja na intensywną trafiłam po 12h od operacji, a Zosię zobaczyłam dopiero następnego dnia.
Opieka położnych na intensywnej przez cały ten czas – rewelacja. Nigdy nie spotkałam tylu pozytywnych i oddanych sprawie specjalistów, podchodzących czule do wszystkich swoich podopiecznych i ich rodziców. Serio. Jako totalna świeżynka potrzebowałam całej masy porad na temat postępowania z noworodkiem, a przy tym zapewnienia, że sobie poradzę. Dostałam i jedno i drugie. To drugie mam nadzieję, że nie bezpodstawnie, aczkolwiek do tej pory dajemy sobie radę całkiem nieźle (tfu tfu).
Po dwóch dniach naświetlań Zo była już ze mną na sali, niestety pojawił się problem jej przybierania na wadze, a raczej pojawiających się spadków. Na szczęście chyba udało się temat ogarnąć i w dniu wypisu został odnotowany kolejny wzrost. Mam nadzieję, że tendencja się utrzyma. Teraz jestem na etapie zgłębiania internetów o tym ile powinny jeść wcześniaki itd. ale sama staram się stopniowo zwiększać podawane ilości mleka.
W tzw. międzyczasie M. wykazywał się zdolnościami ogarniania naszych odwiedzin, pomagania mi po CC, pracy, składania mebelków, sprzątania itd. Spisał się na 6:)
Był to mój najdłuższy pobyt w szpitalu i mam nadzieję, że dług długo tam nie wrócę ani ja ani Zo ani M.
Teraz czeka nas załatwianie spraw urzędowych, dwa tygodnie tatusiowego, rok macierzyńskiego i  cała masa nowych wyzwań. W głowie mam pomysły na kolejne posty w tym takie o powrocie do domu, o baby blues, o rekonwalescencji po cesarskim cięciu, nowym porządku i zadaniach oraz oczywiście chociaż jeden tekst o królowej Zofii:)
Ale wszystko w swoim czasie.
Więcej... >
Pani Fanaberia - blog parentingowy z przymrużeniem oka © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka