W związku z chwilową zmianą statusu na słomianą wdowę miałam czas na nadrobienie wielu, aczkolwiek nie tylu ilu bym chciała zaległości, nie tylko czytelniczych. Dzięki temu, materiału na podsumowanie mam aż nadto. Zmieniam jednak nieco formę tego cyklu – z opisowej na bardziej punktową, głównie po to aby pobudzić szare komórki do pisania recenzji w oddzielnych postach;) Opisowych zostaje punkt dotyczący Zo, bo tutaj ograniczać się nie chcę.
1. Zosia
Och, w tym „temacie” ciągle coś się dzieje. Wróciliśmy ze szpitala, ale to jeszcze w czerwcu. Przeszliśmy kryzys jedzeniowy, a teraz mamy kryzys obżartucha. Był kryzys zębowy, pojawiające się znikąd, a zatem być może z zębów gorączki.
Z pozytywów Zo już rozrabia na całego, biega jak szalona, a w czasie kiedy nie choruje/ząbkuje ma się świetnie. W tych pożądanych i jakże kruchych momentach jest wesołą i pogodną dziewuszką uwielbiającą koty, psy, książeczki i swoje misie, a czasem nawet mamę i tatę, ale tę ostatnią dwójkę tylko do czasu jak czegoś zabroni. Do tego poza etapem histerii przechodzimy obecnie również etap wstydu dziecięcia, ale o ile z tym pierwszym walczymy, o tyle z tym drugim już nie koniecznie i dajemy jej czas na oswajanie się z nowymi ludźmi i miejscami, bo niby dlaczego ma z biegu akceptować wszystkie nowości jakie jej serwujemy?
2. Książka miesiąca
„101 postaci, które zmieniały świat choć nigdy nie istniały” – recenzja już wkrótce. Nadal na tapecie jest Andrzej Pilipiuk („Kuzynki”, „Księżniczka”, a w kolejce czekają „Dziedziczki”) oraz „Apokalipsa Z” w postaci trzeciej części trylogii, jednak „101 postaci(…)”, zdecydowanie zawojowało ten miesiąc.
![]() |
Źródło |
„Randka z Królową”. Tak wiem, miękka buła ze mnie, ale prawda jest taka, że na tle innych filmów, również tych bardziej ambitnych (np. „Birdman”) i bardziej na serio („Coś za mną chodzi”) ta produkcja zdecydowanie najbardziej poprawiła mi nastrój, a właśnie tego mi było trzeba.
Recenzja filmu pojawi się na blogu już w ten weekend:)
![]() |
Źródło |
W ramach budowania swojego ego (bo przecież jest taaaakie maaaalutkie:P) matka zaszalała z koleżanką z internetów i wybrała się na sesję zdjęciową. Przez kilka ładnych godzin mogłam poczuć się jak modelka:)
![]() |
Foto: Basia Ogrodnik |
Po zmianie pracy stwierdzam, że chociaż było ciężko, zwłaszcza z Zo w szpitalu to warto było zaryzykować. Czuję się jakbym pracowała w nowym miejscu zdecydowanie dłużej niż od czerwca i nie jest to odczucie negatywne, ale raczej pełen pozytyw – tak jakbym trafiła tam gdzie powinnam. Przynajmniej w tym momencie. I mam nadzieję, że ta sytuacja będzie trwała jeszcze długo, długo.
- O byciu kreatywnym rodzicem i płynących z tego faktu korzyściach;
- 10 nawyków myślowych, które utrudniają nam życie;
- Bardziej przestroga niż inspiracja, ale warta odnotowania zwłaszcza w okresie wakacyjnym - tekst o tym jak się topią ludzie.
CZasem trzeba zrobić coś tylko dla siebie, świetnie, że zrobiłaś sobie sesję zdjęciową.
OdpowiedzUsuńOj tak, czuję się z nią świetnie, z resztą już skrobie post o takich sposobie dowartościowywania się.
UsuńŁadne zdjęcie. Też momentami myślę, o czymś takim - z tym, że mąż się śmieje... bo niby na co i po co mi to :(
OdpowiedzUsuńDobra praca, w której czujemy się jakby dla nas była stworzona to trafiona w dziesiątkę :)
Nie słuchaj męża, tylko rób swoje, zwłaszcza jeśli dzięki temu poprawisz sobie humor i samoocenę. Uwierz mi, na koniec końców takie zdjęcia doceni i mąż;)))
UsuńPS Na początku przyszłego tygodnia wrzucę tekst mitach i wymówkach związanych z sesjami tego typu - zapraszam, może bardziej cię przekona niż ten komentarz;)
No wreszcie! :p i tą sesją byś się pochwaliła :)))
OdpowiedzUsuń